Nowela. J. M. Brzeski. Ilustrował A. Żmuda
Jan Smith wszedł do wielkiego, zalanego słońcem pokoju. Oszklone drzwi, wychodzące na taras, były otwarte. Ukośne, matowe pasma słońca przynosiły do wnętrza pozdrowienia jasnego poranku. Pachniały lekko różami i były ciepłe, jak przyjazne spojrzenia.
Na tarasie stół ze śniadaniem — jeden z tych zaczarowanych przedmiotów, które same zjawiają się i znikają w bogatych domach. Jan minął pokój, wszedł na taras i zasiadł do stołu. Przez chwilę spoglądał na wierzchołki drzew, kołyszące się w parku naprzeciw. Były od wschodu jaskrawo oświetlone. Wzrok Jana opadł na poziom parku, błądził po dróżkach, alejach — jakby wyczekiwał wizyty.
Smith otrząsnął się z zamyślenia. Zaczął jeść bez przekonania swój codzienny posiłek, jak ci ludzie, którzy wiedzą, że jeść go będą codzień.
Kiedyś Jan starał się unormować swoje życie. Kiedy zaś to nastąpiło, zaczął czynić rozpaczliwe wysiłki, aby zburzyć porządek swego życia. Wreszcie poddał się rygorowi, którego sam pragnął, i przyjmował wszystko, co go spotkało, z apatją, bez zdziwienia, bez rozpaczy, bez najmniejszego uczucia. Wiedział, że istnieje, lecz nie potrafił tego istnienia urozmaicić.
Interesy, które kiedyś absorbowały go i stwarzały wkoło niego atmosferę ciągłego niepokoju i podniecenia, zostały uregulowane i przekazane zaufanym Jana. Dziś, aby zaryzykować olbrzymią fortunę, którą posiadał, trzeba było rzucić się w krąg zawsze ruchliwego pieniądza — trzeba byłoby zacząć popełniać głupstwa. Myśl o czemś podobnem zdawała się być zajmująca, jednakże zimny umysł Jana wzdragał się przed wszystkiem, co wymagało jakiegoś wysiłku. Nie był człowiekiem słabym, a jednak był odrętwiały. Skleroza nerwów kazała mu wierzyć, że nic nie potrafi odmłodzić jego umysłu.
Słońce zwolna posuwało się coraz wyżej. Jan strząsnął serwetkę i rzucił ją na stół. Wziął do ręki dziennik, który pachniał drukarnią, wykrzykiwał wielkiemi czcionkami, krytykował, raz wytworny, to znów żałosny, opłakiwał umarłych.
Jan przerzucał kartki. Jego wyblakłe oczy błądziły po labiryntach cudzych myśli i czynów. Lekki podmuch wiatru obudził się gdzieś w alei i zaszeleścił kartkami. Trawniki zaczynały pachnieć gorącem, rosa przepadła. Kaloryferowe ciepło, suche i antyseptyczne, napełniło park.
Gazeta wciąż tkwiła w rękach Jana. Wzrok przebiegał strony wpoprzek, stawał, pędził dalej. Wśród długiej, mdłej szpalty zaczerniał i drgnął, czarny jak klepsydra i spokojny jak recepta — anons. Oczy Jana spoczęły na nim, posunęły się dalej, wróciły.
„KAŻDY MOŻE PRZEŻYĆ TRAGEDJĘ, KTÓRA GO WRÓCI ŻYCIU”. Klinika dra Sachera.
Droga wiła się betonową wstęgą. Słońce, jak rozkołysana lampa, świeciło coraz to z innej strony. Pagórki falowały, przecinane długiemi rzędami drzew owocowych. Gumy samochodu piszczały cienko na zakrętach.
Jan, rozparty w samochodzie, mierzył wzrokiem lot jaskółek. Nie starał się bynajmniej ustalić, dlaczego odbywał tę podróż. Ogłoszenie dra Sachera nie zahipnotyzowało go bynajmniej. Jako prawdziwy Amerykanin był poprostu zaciekawiony świeżością i tupetem anonsu. Z równą łatwością mógłby wybrać się w podróż na księżyc, gdyby wiedział, że odbędzie się ona wygodnie i może mu przynieść jakieś ciekawe przeżycia.
Sekretarz Jana załatwił telefonicznie kwestję przyjazdu swego szefa. Dzień przedtem pojechały koleją bagaże. Jan dojeżdżał do celu. Wielka tablica dźwigała na skrzyżowaniach dróg czerwone nazwisko: Dr Sacher. Samochód skręcił i skrył się w zielonym tunelu drzew, potem zaskrzypiał na białym żwirze i zatrzymał się przy kole róż — naprzeciw szklanych drzwi zakładu…
— Jest pan dziesiątym miljonerem, który przyjeżdża do mnie po ratunek — rozpoczął dumnie dr Sacher.
— Jestem pierwszym miljonerem, który w pana nie wierzy — Sacher. — Jan poprawił kolorową chusteczkę w kieszonce.
Rozmawiali w pokoju białym i czystym, jak te sale szpitalne, gdzie się najłatwiej umiera, będąc odizolowanym od mikrobów.
— …Dlatego — ciągnął Sacher — wierzę, że pana uleczę. Zwrócę pana życiu — chełpił się doktór.
— Czy można wiedzieć, co przygotował pan dla mnie? — rozpoczął Jan.
Doktór zdawał się być zaskoczonym. Popatrzył uważnie na młodego mężczyznę, wreszcie rzekł:
— Jest pan jednym z bardzo bogatych ludzi naszego kontynentu. Przyzwyczaił się pan do swej pozycji. Nie wyobraża pan sobie życia innego, jak to, którem pan żyje. Podświadomie ma pan pewność swego bytu na pewnym poziomie… Ale proszę mi powiedzieć, coby się stało, gdyby pan naraz stracił wszystko…
— To niemożliwe — odparł spokojnie Jan.
— A jednak… Olbrzymia większość pańskiego majątku to papiery wartościowe. Gdyby pan je stracił lub gdyby one straciły swą wartość i stały się tylko papierami…
W oczach Jana przepłynął cień zainteresowania. Ożywił się. Szybko wyciągnął papierośnicę…
Dni mijały. Ciemna wstęga morza mieniła się za oknami zakładu, jak kameleon. Brużdżona wiatrem, gładzona ciszą, usypiana czerwienią zachodzącego słońca — chełpiła się kolorami, tryskała barwami.
Zastukano do drzwi.
— Proszę wejść — rzucił Jan.
— Jacyś panowie pragną się widzieć z panem.
Jan uśmiechnął się. Wstał, spojrzał na swoje wypielęgnowane paznokcie, podszedł do lustra i poprawił krawatkę.
— Proszę ich wprowadzić.
Dwóch panów weszło do pokoju. Jeden z nich, o przebiegłych oczach agenta, starał się pozostawać na dalszym planie. Rozmowę rozpoczął pulchny jegomość o mdłym wyrazie twarzy.
— Jestem Bros. Pozwolę sobie zauważyć, że szanowny pan opuścił miasto tak błyskawicznie…
— …że nie mógł mnie pan tam złapać — dokończył Jan. — Czem mogę służyć?!
— Mam dla pana niezłą propozycję. Poszukuję lokaty dla mego kapitału. Chciałbym nabyć od pana większą ilość papierów wielkich stalowni.
Gdy Jan znowu znalazł się sam w swym gabinecie, zdawało mu się przez chwilę, że coś w nim drgnęło, że się ożywił. Perspektywy giełdowej gorączki, ryzykownych posunięć zajęły go. Przypomniał sobie rozmowę z doktorem i zaśmiał się głośno, zamilkł jednak zaraz. „Dałem się złapać temu staremu szarlatanowi” — powiedział do siebie. Po chwili zaś dodał: „oby mu się udała ta jego gra”.
Nazajutrz przywołał swego sekretarza.
— Co pan może mi powiedzieć o akcjach naszych stalowni?
Sekretarz zajrzał do notatnika.
— Poszły w górę o dwa punkty, to były notowania z dzisiejszej giełdy.
Jan zamyślił się. Coś to niebardzo wyglądało na sprawkę Sachera. Widocznie wczorajsi klienci byli autentyczni.
— Co pan myśli o sprzedaży tych akcyj? — zagadnął po chwili sekretarza.
— Te papiery w ostatnim czasie ciągle się chwieją w kursie o jakieś cztery punkty. Operując całym naszym portfelem, można zrobić niezły interes.
Jan nie jadał w dużej sali restauracyjnej. Nie lubił zbytecznych słów i trudnej uprzejmości. Jego stolik znajdował się w obszernym pokoju, tuż obok sali. Odgłosy orkiestry, które tu docierały przez szklane drzwi, posiadały urok zwiędłych kwiatów.
Upłynęło kilka dni. Papiery stalowni wahały się w kursie w dalszym ciągu, a Jan nie mógł zdobyć się na operowanie niemi. Bros odwiedził znowu Jana. Siedzieli razem, jedząc obiad.
— Sądzę — rozpoczął Bros — że byłoby bardzo korzystnie dla pana, gdyby mi pan odstąpił te akcje. Zapewne zdziwi pana moje natręctwo, jednak rozumie pan, że pragnę jak najszybszego ulokowania mej gotówki.
Drzwi pokoju rozwarły się. Panowie zwrócili głowy w kierunku wejścia. Na tle ciemnej portjery stała urocza osóbka, trzymając list. Była najwidoczniej zażenowana.
— Proszę, niech pani pozwoli — rzucił Jan, wstając od stołu. — Czy to dla mnie?
— Dla pana Jana Smitha…
— Tak, to ja — dziękuję…
Zjawisko zniknęło za drzwiami. Jan rozdarł papier. Jego giełdowy agent donosił o tendencjach zniżkowych papierów stalowni. Jan zawahał się chwilę, wreszcie powiedział głośno do Brosa:
— Sprzedaję!…
Lili wróciła do swojej kabiny telefonicznej i usiadła przy słuchawkach. Załatwiła dwie rozmowy międzymiastowe, otworzyła książkę i zaczęła czytać. Po chwili jednak podniosła głowę i zamyśliła się. Przypomniała sobie scenę z wręczeniem listu jednemu z kuracjuszy.
— Jan Smith — powtórzyła w myśli.
Dopiero teraz uprzytomniła sobie, że była zdenerwowana, oddając telefonogram. Dlaczego nie potrafiła się opanować? Co ją wyprowadziło z równowagi? Czy może atmosfera przepychu, która panowała w salach hotelowych? Była zła na siebie.
Jak zawsze i tego rana podano najświeższe pisma wraz ze śniadaniem. Jan wypił prędko czekoladę i zabrał się do czytania. Stwierdził, że rusza się szybciej i że wiele rzeczy zaczyna go interesować. W chwili, gdy przerzucał strony dziennika, przypomniał sobie wczorajszy telefonogram giełdowy i młodą osóbkę, która go doręczyła. Pamiętał, że ładnie wyglądała. W tej chwili jednak nie mógł sobie uprzytomnić, jakie miała włosy i oczy.
W białym gabinecie panowała cisza. Przy biurku, zarzuconem papierami i książkami, siedział dr Sacher. Przeglądał raporty dzienne kierowników zakładu. Po chwili nacisnął dzwonek.
— Proszę poprosić mojego sekretarza!
Młody człowiek, starannie wygolony, stanął przed biurkiem swego szefa.
— Proszę, niech pan siada — rzekł Sacher — i niech mi pan opowie, jak przedstawiają się sprawy Jana Smitha.
— Udało nam się zainteresować naszego klienta — rozpoczął sekretarz — obrotami giełdowemi. Pan Smith dokonał w dniu wczorajszym…
Tegoż dnia Lili otrzymała drugi telefonogram dla Smitha. Zakleiła brzeg arkusza i wpisała nazwisko, datę i godzinę przyjęcia. Następnie odwróciła się, by zawołać posłańca. Nie było go w pokoju. Postanowiła poczekać, po chwili jednak, z wyrazem silnego postanowienia, wzięła papier — wstała.
— Oddam sama i… przekonam się, co mnie wczoraj wyprowadziło z równowagi — powiedziała do siebie.
Jan siedział na swym balkonie pod kolorowym parasolem. Był zaskoczony wiadomościami giełdowemi. Nie mógł zrozumieć, jakim sposobem jego agent giełdowy mógł przesłać mu tak idjotyczny raport. Nie wiedział, co ma o tem wszystkiem myśleć. Nie przypuszczał, aby notatka w piśmie była fałszywa. Nie mógł też mieszać w tę historję dra Sachera.
Rozmyślania przerwał mu szmer, dochodzący z pokoju. Jan podniósł oczy i zobaczył zbliżającą się do niego telefonistkę. Przyjrzał się jej — była ładnie ubrana. Włosy ciemne, o nieco czerwonawym odcieniu, starannie ułożone. Oczy…
— Pukałam, ale nikt nie odpowiadał — więc weszłam. Czy nie przeszkadzam?
— Ależ nie — zaprzeczył Smith skwapliwie. — Znowu wiadomość dla mnie. No, ale dlaczego pani fatyguje się sama — panno…
Lili drgnęła. Nawet nie zdążyła pomyśleć, gdy jej usta poruszyły się.
— Moje imię brzmi Lili.
Telefonogram był zgoła niezrozumiały. Agent donosił, że stalownie otrzymały olbrzymie zamówienia rządowe. Akcje znowu poszły wgórę. Agent pytał, jak Smith zapatruje się na kupno tychże papierów.
Tego wieczoru Jan jadł obiad w nastroju podnieconym. Po deserze wstał szybko i poszedł do hallu.
— Proszę zamówić dla mnie — powiedział portjerowi — motorówkę. Chcę zrobić małą wycieczkę na morze.
Doktór Sacher, który przechodził właśnie obok, uśmiechnął się.
Gdy Jan mijał drewniane molo przystani, zauważył na jednej z ławek pannę Lili. Siedziała otulona w swój jasny płaszczyk. Włosy, rozrzucone wiatrem, dodawały jej uroku. Jan ukłonił się. Skinęła głową.
— To tutaj, panie Smith — powiedział chłopiec w białym ubraniu i wskazał stopnie, biegnące wdół do morza.
Jan przystanął. Popatrzył w stronę ławki, na której siedziała Lili. Przypatrywała się kołyszącym motorówkom i morzu. Podszedł do niej.
— Zrobi mi pani wielką przyjemność, jeżeli zgodzi się pani odbyć ze mną przejażdżkę po morzu — powiedział poprostu.
Lili zaróżowiła się ze wzruszenia. Przez chwilę nie wiedziała, co począć, potem wstała i bez słowa ruszyła z Janem ku białej łodzi.
Ryk motoru i szum wodnych rozbryzgów, mieniących się czerwono w promieniach słońca, zdawał się upajać dziewczynę. Patrzyła na odpływające w fioletach brzegi — to znów przed siebie, na czerwone, oddychające głęboko morze.
— Dlaczego zaproponował mi pan tę wycieczkę — zapytała Smitha, nachylając się ku niemu. — Czy tak smutno wyglądałam, siedząc samotnie na molo?
Jan spojrzał na jej czerwone usta, potem na jej duże, piękne oczy, przysłonięte rzęsami.
— Bo zdawało mi się, że zrobię tem pani przyjemność. A pozatem wolałem być w pani towarzystwie…
Mijali właśnie skalisty cypel, czarny i wbity groźnie w rozszalałe fale, gdy sternik zapytał, czy ma zawrócić. A może, dodał, minąć cypel i zatrzymać się po drugiej stronie, przed hotelem. Tam można wypić niezły koktail.
— Pojedziemy do przystani hotelowej — krzyknął Jan.
Minęły dobre dwie godziny, gdy Smith i Lili wstali od stolika w dancingu i wyszli na przystań, pozostawiając za sobą melodyjne echa orkiestry. Gdy schodzili do łodzi, Jan wziął dziewczynę pod rękę. Przycisnęła się do niego mocno.
Ku przerażeniu doktora Sachera, Jan przestał wykazywać jakiekolwiek zainteresowanie dla spraw dotyczących finansów. Nie pomogły hiobowe wieści z giełdy. Papiery, stanowiące dotychczas niewzruszony fundament stanowiska Smitha, traciły z dnia na dzień na wartości. Doktór Sacher obserwował ze zdziwieniem stan ożywienia Jana. Postanowił poznać jego tryb życia.
A Smith zachowywał się zgoła dziwnie. Prowadził długie rozmowy telefoniczne ze swym sekretarzem w mieście. Wydawał dyspozycje. Zapowiedział swój szybki powrót i zarządził gruntowne porządki w domu.
Wieczorami Jan wychodził na spacery. Jakoś tak dziwnie się składało, że zawsze spotykał Lili. Jeździli samochodem, odbywali niedzielne wycieczki, przygotowując w przeddzień zapasy jedzenia w małych koszykach. Jan zachowywał się jak zwykły śmiertelnik, który, zajęty pracą przez cały tydzień, ucieka na niedzielę daleko poza krąg swych codziennych trosk.
Była sobota. Jan ujął słuchawkę telefoniczną i połączył się z centralą. W telefonie odezwał się obcy głos kobiecy. Smith zdziwił się. Zdawało mu się, że Lili powinna mieć dzisiaj dyżur.
— Czy nie ma dla mnie jakiejś wiadomości? — zapytał niepewnym głosem.
— Nie, panie Smith, niczego nie było.
Jan odłożył słuchawkę. Cóż mogło się stać — myślał. Teraz, kiedy zdarzyła się ta drobna, nieprzewidziana przeszkoda w jego programie, kiedy stało się coś, co mogło sprawić mu zawód, poczuł się podrażniony. Zapalił papierosa. Dużemi krokami okrążał pokój. Znów podszedł do telefonu i zdjął słuchawkę.
— Proszę pani, czy pani wiadomo, kiedy przychodzi panna Lili? Powierzyłem jej załatwienie depeszy do mego agenta — skłamał. — Jestem trochę zły, ponieważ nie mam odpowiedzi — tłumaczył niepotrzebnie.
— Nie, proszę pana. Nic nie wiem — mówił głos w słuchawce. — Panna Lili powinna właśnie teraz siedzieć na mojem miejscu. Nie wiem doprawdy, co się stało, że jej do tej pory niema.
Jan odłożył słuchawkę.
Dni mijały. Jan coraz bardziej odczuwał pustkę, jaka zapanowała wkoło niego po zniknięciu Lili. Dowiedział się, że do dyrekcji zakładu wpłynęła wiadomość o chorobie telefonistki. Był zły, że nie zawiadomiła go o tem kartką. Zaraz jednak zdał sobie sprawę, że nie miał prawa irytować się z tego powodu. Nigdy nie powiedział Lili nic takiego, coby upoważniało dziewczynę do interesowania go swoją osobą.
W miarę jak czas mijał, Smith coraz silniej uświadamiał sobie, że ta mała obchodzi go bardzo — coraz bardziej. Jego uczucia krystalizowały się. Wreszcie postanowił, że pojedzie do chorej — powie jej, że chce ją zabrać ze sobą do miasta, jako swoją żonę.
Przechodząc przez hall, wydał dyspozycję portjerowi, by przygotowano jego samochód. Następnie udał się do gabinetu Sachera, aby zabrać adres Lili.
Sekretarz wprowadził Smitha do gabinetu dyrektora i poprosił, by chwilę zaczekał. Jan przerzucał niecierpliwie kartki jakiegoś prospektu, gdy wszedł Sacher. Miał wyraz twarzy człowieka, który boi się pytań.
— Słyszałem o pańskich niepowodzeniach finansowych — rozpoczął z żałosną miną.
Jan zdawał się nie słyszeć, co do niego mówią.
— Poproszę pana dyrektora o adres… o adres panny Lili… Telefonistki z centrali pańskiego zakładu.
Dyrektor zdawał się być zdumiony tem pytaniem.
— Której telefonistki? — wyjąkał.
— Jej imię brzmi Lili. Pracuje w pańskiej centrali telefonicznej… Przecież nie zatrudnia pan czterdziestu panien o tem imieniu — dodał cierpko.
Dyrektor Sacher podszedł do półki, gdzie leżały różne teczki. Wyjął jedną z nich.
— Acha… Lili Irwing — powiedział i zadzwonił na sekretarza.
— Słucham pana, dyrektorze…
— Proszę mi powiedzieć, jakie dyżury ma panna Irwing w centrali.
Sekretarz wyszedł. Po chwili wrócił z teczką. Przerzucił kilka kartek.
— Panna Irwing nie pracuje u nas od kilku dni. Przysłała list, że jest chora. Zastępuje ją panna Eting. Spodziewaliśmy się, że panna Irwing powróci lada dzień do pracy. Tymczasem dziś zawiadomił nas zarząd szpitala, że wczoraj wieczór umarła na zapalenie płuc.
Oczy Smitha błysnęły złowrogo.
— Proszę zaprzestać tej komedji — krzyknął wściekły. — Żądam, aby zaniechano tego niemądrego postępowania. Proszę natychmiast o podanie jej adresu… — Po chwili zaś dodał: — I proszę mi powiedzieć, jaką rolę przeznaczył pan, dyrektorze, tej dziewczynie w mej „tragedji”.
Dyrektor i sekretarz byli zdumieni. Spoglądali na siebie, nie wiedząc, co począć.
— Ależ panie Smith — rozpoczął Sacher — zapewniam pana, że panna Irwing…
— Bez wykrętów — wrzasnął Jan. (W tej chwili nie był zupełnie podobny do tego spokojnego Smitha, który tu przyjechał przed kilku tygodniami). — Jaką rolę odgrywała panna Lili w tem całem błazeństwie, w które niebacznie się wplątałem?
Sacher oprzytomniał już. Jego twarz zastygła w zimnym, obojętnym wyrazie.
— Jeszcze raz pana zapewniam, że nic nie wiem o pannie Irwing, poza tem, że była moją pracownicą. Mój sekretarz powiedział panu szczerą prawdę, o którą pan prosił.
Ręce Jana opadły. Ramiona pochyliły się.
— Zamiarem moim było — ciągnął dalej Sacher — obudzić pana do życia niepowodzeniami finansowemi. Chciałem wytrącić pana z równowagi dobrobytu. Zdawało mi się jakiś czas, że moje postępowanie daje dobre rezultaty…
— Chyba widzicie panowie — przerwał Jan — że już prawie wam wierzę. — Wyprostował się i dorzucił głośno: — Ale na tem gra musi się skończyć. Proszę o adres panny Irwing. Chcę się teraz dowiedzieć, czy będę potrafił ją zdobyć dla siebie…
Sekretarz machinalnie skreślił parę słów na kartce papieru i podał ją Smithowi. Jan bez słowa opuścił pokój.
Sacher podszedł do okna. Za nim stanął sekretarz. Widzieli, jak Smith wskoczył do swojej limuzyny, która ruszyła szybko ku bramie wjazdowej. Doktór wzruszył ramionami.
J. M. Brzeski
Tygodnik AS nr 18, 30 czerwca 1935 (s. 9–11)