Na skrzydłach „Białego Ptaka”

Dzicy wykonują swój taniec wojenny wokoło „Białego Ptaka”, którego uznali za tajemnicze jakieś bóstwo. Fot. Furrst.

Otwierając nową zupełnie drogę odkrywczą, państwo Johnson, będący nadwyraz dzielnymi pionierami, przebyli Czarny Ląd w dwóch wielkich samolotach typu „Sikorski”, zdolnych do lądowania tak na ziemi, jak i na wodzie. Ekspedycja obejmowała pana i panią Martin Johnson, kierownika samolotu Verne Carstena i specjalistę od udźwiękowiania filmów Boba Moreno.

Pierwsze lądowanie, które widzimy w tym ciekawym filmie, odbyło się na stokach Mont Kenya, na wysokości 2.000 m. Następnie podróżnicy decydują się na przebycie góry i zjawiają się samolotem na szczycie Kenyi, posiadającym 5.000 m wysokości. Wprawdzie widok jest wspaniały, ale zimno jest tak wielkie, że zmusza naszych dzielnych pionierów do opuszczenia się niżej.

Następuje potem koczownicze życie, dziwne i wspaniałe, pozwalające podziwiać zupełnie nieprzewidziane obrazy, których nie można nigdzieindziej zaznać, jak tylko w samolocie. Tam n. p. znajdują się olbrzymie krokodyle lub też jakgdyby pływające wyspy, któremi są grzbiety hipopotamów. Oczywiście, że samolot wzbudza zainteresowanie tubylców, to też tylko z trudem udaje się państwu Johnson z pomocą Boba Moreno utrwalić na taśmie obraz kilku szczepów, odznaczających się charakterystycznemi cechami rasowemi.

Co za wspaniały widok tych stad zebr, gnu i innych zwierząt, galopujących po piaskach! Nawet lwy nie zdołały się ukryć przed ciekawością objektywu. Żyrafy są specjalnie czułe na widok samolotu, to też uciekają, wziąwszy nogi za pas. Gdy jednak samolot opadł na ziemię i gdy schowano go przed oczami mieszkańców pustyni, nawet najdziwaczniejsze zwierzęta ośmielają się i przychodzą blisko do kryjówki podróżników, co pozwala im zrobić szereg ciekawych fotografij.

Następnym etapem podróży jest opuszczenie się na Kilimandżaro, najwyższej górze Afryki. Samolot znajduje się wtedy na wysokości 6.000 metrów, co pozwala na zrobienie szeregu ciekawych zdjęć. A potem znów znajdujemy się w kraju nosorożców. Podróżnicy okazali się bohatersko odważnymi, gdyż z pomocą tubylców puścili się w pogoń za temi zwierzętami; zdarzyło się też, że pani Johnson ledwo uszła śmierci.

W kilka tygodni później Johnsonowie opadają ze swym samolotem na wspaniałych wzgórzach, zamieszkałych przez szczep Rendille, który, będąc koczowniczym, wędruje ze stadami owiec, wielbłądów i kóz. Jeszcze kilka tysięcy kilometrów dalej, a Johnsonowie znaleźli się w krainie wspaniałej, przeciętej kilkoma rzekami i posiadającej piękne katarakty z wspaniałym a dzikim krajobrazem. Jest to kraj słoni.

Niebywałe upały i związane z niemi burze zmuszają Johnsonów do lądowania, a przy tej sposobności udaje im się złapać młodego słonia, jako też małe gepardy, które wraz z małpką Wah i szympansem Yo-Yo stają się aktorami niebywałych scen, rozgrywających się pod piekącem słońcem Afryki.

Ale już i kraj Pigmejów jest niedaleko. Johnsonowi udało się odszukać kolonję Pigmejów w Babouinville, gdzie zrobił on szereg zdjęć z życia tego plemienia. Widzimy więc przestrach, szerzący się wśród Pigmejów, a następnie jesteśmy świadkami walki między leopardem i innym drapieżnikiem.

Po tych wszystkich przygodach Johnsonowie opuszczają Czarny Ląd, wywożąc tysiące klisz fotograficznych i niezwykle ciekawy film, będący unikatem w całem tego słowa znaczeniu.

Tygodnik AS nr 17, 23 czerwca 1935 (s. 16–17)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *