Pewien sceptyk wyraził się kiedyś: „Im bardziej poznaję ludzi, tem więcej kocham psy”. Choćby się nie solidaryzowało z tem powiedzeniem, które autora jego w miarę rozglądania się po świecie prowadziło od jednej kategorji ludzi do drugiej, aż go „sprowadziło na psy”, to jednak trudno oprzeć się wrodzonej sympatji, jaką się czuje do tego stworzenia, najbliższego człowiekowi.
Oczywiście i pies przechodził różne metamorfozy. Nieszczęśliwe to stworzenie musiało zgodnie ze zmieniającemi się gustami ludzkiemi przydłużać uszy lub ogon, zapuszczać sumiaste wąsy lub brodę, innym znów razem skracać nogi lub je wydłużać w nieskończoność.
Pies był przedewszystkiem od wieków najlepszym towarzyszem człowieka. Znajdujemy go też na starych sarkofagach, gdzie jako symbol wierności spoczywa zwykle u stóp swego pana. Obecnie pies również kręci się koło nóg swego władcy, nie przybiera jednak już takich pomnikowych podstaw. Bo też pies dużo stracił na swej ważności i z przyjaciela człowieka stał się w wielu wypadkach jego zabawką.
— Niema pan pojęcia, jak nam psom życie już obrzydło w ostatnich czasach — skarżył mi się pewnego razu znany skądinąd ostrowłosy foxterrier, podkręcając w szczotkę ostrzyżonego wąsa. — Traktują nas jak zabawkę; każą nam się wygłupiać, chodzić na tylnych łapach, grać na fortepianie, bawić się piłką. A my przecież, psiakrew, stworzeni jesteśmy do tropienia lisów, do polowania, do prawdziwych rozrywek. I szkoda gadać…
Poczułem, że dotknąłem bolesnego miejsca, i słuchałem z zainteresowaniem dalej.
— Jeszcze w Anglji nas rozumieją. Naprzykład mój kuzyn Teddy, mieszkający w Kundelbury, wiedzie zupełnie miły żywot i czuje się świetnie. Złość mnie bierze na moich kolegów, którzy zeszli do roli jakichś małp…
Gdy dowiedziałem się o wystawie psów, urządzonej przez Śląskie Towarzystwo Ochrony Zwierząt, podążyłem tam, by odświeżyć swoje „psie” wspomnienia. Nie pożałowałem — było co oglądać. Takie charty, jak „Iwan” lub „Boy” p. Marleny Janiczek, przypominają zwierzęta na starych portretach, odznaczające się swoistą wytwornością. Albo n. p. takie wspaniałe foxterriery ostrowłose, jak „Deli” i „Hexe” p. Ernu Klose lub „Tom”, wzbudzają przecież szczerą sympatję u widza. Lecz również i kuzyn tamtych, „Car” z młodszej linji airedale-terrier, wł. p. Lamli, posiada swoisty psi urok, jak również sealyham-terrier „Bonny”. Chińskie szpice chow-chow, reprezentowane przez takiego „Pinxa”, własność konsula szwedzkiego p. Mauve’go, znajoma moja nazwała „słodkiemi”, i przyznam się, że w tym wypadku miała rację. Wielkie zainteresowanie wzbudziły też pinczerki japońskie, jak n. p. „Myszka”, oraz pekińczyk „Liti”, które, mimo antagonizmu panującego na Dalekim Wschodzie, zgadzały się wyśmienicie.
Konkurencje, urządzone na rewji w Katowicach — „Pani i jej pies” oraz „Dziecko i pies”, wkońcu „Pies — towarzysz” — oświetliły rolę naszych czworonogów z różnych punktów widzenia. Bo przecież, zależnie od rasy, pies ma swój indywidualny charakter. Charta przyrównałbym do znudzonego życiem arystokraty, owczarek jest jakby wcieleniem dobrotliwego ojca rodziny, fox-terrier, zwłaszcza ostrowłosy, przypomina mi dzielnego sportsmena, idącego przebojem na boiskach i kortach, a pekińczyk naprawdę przypomina stylizowany posąg chiński.
Pamiętam, jak pewnego razu, jako młody chłopak, usłyszałem ciekawy wykład właściciela hodowli psów w Klamovce pod Pragą na temat psiej duszyczki. Mówił o nich jak o dobrych znajomych. A więc starajmy się psy zrozumieć, bądźmy ich przyjaciółmi, a wtedy wywdzięczą się nam napewno wiernem spojrzeniem, wesołem szczekaniem lub przynajmniej… machaniem ogona!
J. G. M.
Tygodnik AS nr 18, 30 czerwca 1935 (s. 6)