„Dlaczego pan zbiera znaczki pocztowe?” Takie oto pytania zadaje mi większość znajomych, ale wobec tego, iż nie jestem skłonny do prowadzenia dłuższej dyskusji na powyższy temat, odpowiadam pytaniem na pytanie: „A dlaczego pan pali papierosy?”, albo: „A dlaczego pan musi być dwa razy w tygodniu w kinie?” i t. p. Na to otrzymuję odpowiedź: „Bo mnie to sprawia przyjemność”.
Otóż i filatelistyka, nie będąca sama w sobie koniecznością życiową, daje zbieraczom niemało zadowolenia i przyjemności, która jest dla laików niebardzo zrozumiała; ale postaram się to pokrótce w niniejszym feljetonie wyjaśnić.
Zaczyna się ta „namiętność” prawie zawsze w dzieciństwie i, zależnie od wytrwałości, ilości wolnego czasu i — nie na ostatku — środków finansowych, trwa często aż do… „grobowej deski”. Dziesięcioletni chłopiec nie posiada się z radości, jeżeli może zdobyć maluteńki kawałeczek papieru i pochwalić się przed kolegą: „wiesz — mam Gwatemalę z papugą”, na co odpowiada zazdrosny rywal: „a ja kupiłem za 10 groszy Jamajkę z wodospadem”; trzeci filatelista zapędza ich jednak w „kozi róg”, mówiąc z dumą: „ale ja dostałem trójkątną Liberję z wężem”.
Zaczyna się od menażerji, roślin, wodospadów, widoków, aeroplanów, szachów perskich, a kończy się na poważnem kolekcjonerstwie, artystycznem układaniu kompletów znaczków całych państw, fachowem badaniu najrozmaitszych rodzajów druku, prowadzeniu korespondencji z całym cywilizowanym i niecywilizowanym światem.
Naturalnie, że zbieranie znaczków przynosi więcej praktycznych korzyści młodocianym filatelistom i jeżeli nie poświęcają oni na ten cel czasu, przeznaczonego na naukę, łączą rzeczywiście przyjemne z pożytecznem. Przedewszystkiem w znajomości geografji nikt zbieracza marek nie pobije, a napewno, gdyby Polska wydawała od początku tak starannie wykończone znaczki, jak obecnie, i gdyby nasze stemple pocztowe nie były (niestety!) często podobne do kleksów, zwiększyłoby się zainteresowanie naszym krajem u zagranicznych filatelistów.
Historja czasów najnowszych od 1840 r., kiedy to w Anglji został wydrukowany pierwszy znaczek, jest również uwidoczniona, nawet bardzo jasno, serjami znaczków każdego państwa. Połączenie się państewek włoskich, niemieckich, przebieg i wynik wojny światowej — to fakty historyczne, wiadome każdemu sprytniejszemu chłopcu-filateliście, zanim się o nich od profesora dowie. Potęga kolonjalna Anglji, Szwajcarja i Holandja jako państwa o niezwykłej stałości gospodarczej, historja lotnictwa — oto przykłady setek najróżniejszych ważnych wiadomości, które młody chłopiec nabywa, kolekcjonując nic napozór niemówiące znaczki pocztowe.
A systematyczność i porządek, jaki się wyrabia przy naklejaniu i przechowywaniu marki? Tutaj naturalnie możnaby mieć często zastrzeżenia; ale tylko naprawdę początkujący filatelista bywa niestarannym. Powszechnie wiadomo bowiem, iż uszkodzenie lub zabrudzenie znaczka zmniejsza jego wartość do jednej czwartej lub nawet więcej. Poznawanie obcych języków to dalsza korzyść zbieracza. Opanowuje się język obcy tylko w drobnych fragmentach; są one jednak przy rozpoczęciu nauki już zawsze ważną podstawą.
Z pewnością znalazłbym i inne drobniejsze przykłady, które przekonałyby, że filatelistyka jest dla młodzieży znacznie sympatyczniejszem zajęciem niż granie w gałki, chodzenie na zakazane filmy, a wydawanie pieniędzy na marki ma też chyba więcej sensu niż wykupywanie fotografij słynnych „gwiazdorów” przez nasze gimnazjalistki.
Znacznie trudniej będzie mi jednak wytłumaczyć, dlaczego ja, jak i inni starsi zbieracze, kontynuujemy to zajęcie w dalszym ciągu i znajdujemy w niem przyjemność. Przecież nie dla zyskania wiadomości z geografji, historji, poznania opanowanych już języków, wyrobienia w sobie systematyczności! Zbieranie znaczków jest celem samym w sobie. Kto jednak kolekcjonuje dla zysku i kupione tanio znaczki odsprzedaje drogo, aby pieniądze w ten sposób uzyskane obrócić na inne cele — nie jest prawdziwym filatelistą.
Kolekcjonowanie przynosi amatorom tyle przyjemności, odrywa ich na chwilę, ale zupełnie, od tak często przykrego życia codziennego, pozwala im nietylko poznać, ale i zaprzyjaźnić się z ogromną ilością innych w tym fachu kolegów i jest wreszcie pewniejszą lokatą kapitału niż niejedne akcje lub książeczki oszczędnościowe (jak się to u wielu moich znajomych zdarzyło!). Naturalnie ciężko wytłumaczyć laikowi, dlaczego wydaje się grube pieniądze na „kawałeczek papieru”: wypływa to już właśnie z ducha kolekcjonerstwa. Na pytanie, dlaczego za tę markę płaci się np. sto złotych, kiedy taką samą zrobi litograf lub rytownik za dziesięć, odpowiedzieć można również pytaniem: „A dlaczego za brylant płaci się 1000 razy więcej, niż za szkło, które się tak samo świeci?”
Jak wyżej wspomniałem, Anglja wydała pierwszy znaczek w r. 1840 i za jej przykładem poszły naturalnie wszystkie państwa, a wobec tego, iż we wielu krajach zmieniano bardzo często całe serje, wydano do tej pory przeszło 100.000 różnych marek! Istnieje szereg katalogów (najbardziej znane niemieckie Michel i Senf oraz francuski Yvert), w których wszystkie znaczki są zestawione krajami, z podaniem roku wydania, wartości nominalnej, koloru oraz ceny filatelistycznej.
Bardzo często spotykam się z mniemaniem, iż tylko ostemplowane marki posiadają wartość. Przeciwnie — prawdziwi „smakosze” lubują się w znacznie droższych znaczkach nieostemplowanych. Cena znaczka zależy od dwóch momentów: 1) od rzadkości, 2) od zainteresowania danym krajem. Wszyscy prawie filateliści zbierają znaczki takich krajów, jak Anglja, Niemcy, Belgja, ale np. znaczki Ukrainy lub też Afganistanu nie znajdują wcale amatorów, jako że są przeważnie fałszowane.
Najdroższym jest znaczek z angielskiej Gujany z r. 1856, który zachował się tylko w jednym jedynym egzemplarzu! Spadkobiercy mr. Hinda, który posiadał go w swym największym na świecie zbiorze, uzyskali za niego kilka miesięcy temu około 300.000 złotych. Niemniejszą sławą cieszą się Mauritiusy: jest ich (z wydania r. 1847) kilkanaście zaledwie sztuk.
Wobec olbrzymiej ilości interesujących marek, zbieracze ograniczają się obecnie i kolekcjonują albo tylko znaczki przedwojenne, albo tylko europejskie, lub też niestemplowane kilku krajów, a u nas w Polsce jest bardzo wielka ilość filatelistów, którzy poszukują tylko marek, jakie pojawiły się na naszych ziemiach.
Dawniej poczty wydawały tylko takie marki, które były konieczne. Po wojnie natomiast, wobec kiepskiego stanu finansów, postanowiły ministerstwa poczt we wielu krajach pokrywać deficyt z kieszeni filatelistów. Najrozmaitsze marki zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu: dobroczynne, lotnicze, jubileuszowe, często wspaniałe pod względem druku, rysunku i koloru, ale nie przedstawiające właściwie poważnej wartości filatelistycznej. Prym wiodą pod tym względem Włochy, obchodząc 3 razy do roku jakieś przedziwne jubileusze, i każdy musi przyznać, że państwo, które od r. 1861 do 1920 wydrukowało 130 różnych marek, nie potrzebowało od 1920 do 1933 wypuścić ich aż trzysta.
Naturalnie cierpliwość filatelistów i ich „zdolność finansowa” mają też swoje granice i znaczki wielu państw, które zostały wydane, aby zbieraczy „obedrzeć ze skóry”, powinny być uznane za bezwartościowe. Silne tendencje, panujące pod tym względem w wielu państwach, muszą i w Polsce być jak najsilniej poparte.
Witold Horain
Tygodnik AS nr 18, 30 czerwca 1935 (s. 8, 31)