Rozmowa z drem Tartakowerem przed olimpjadą
Starożytni nazywali grę w szachy „grą królewską”, współcześni uważają ją za najmądrzejszą wśród mądrych. Świetnym szachistą był Napoleon I i wielu jeszcze innych wybitnych postaci historycznych staczało wpierw na szachownicy walki, które wkrótce mieli przenieść na realny teren europejskiej dyplomacji. Jak się więc okazuje, jest to rodzaj przedszkola życiowego, jakiś „mikrokosmos”, zawierający w sobie te wszystkie elementy, jakie powtórzą się na arenie życiowej.
Grając w szachy „jak noga”, miałem dla tej pokreskowanej deszczułki i dla szachistów zawsze wielki respekt. Co więcej, uważałem tę dziedzinę za jakieś gusła, ujęte w formułki matematyczne, wiedzę nieomal hermetyczną. A mówiąc szczerze, byłem przekonany, że szachiści to rodzaj genjalnych manjaków, żyjących nietyle w obłokach, co na kratce szachownicy.
Gdy, będąc referentem orderowym w protokóle dyplomatycznym Ministerstwa Spraw Zagranicznych, miałem pewnego razu wygotować trzy formularze na krzyże Zasługi dla trzech znanych szachistów polskich, wśród których znajdował się dr Tartakower i Makarczyk, zastanowiłem się nad znaczeniem tego kunsztu i udałem się do jednego z klubów szachowych, mieszczącego się w kawiarni na ul. Marszałkowskiej. Dziwny to światek! Milczący, zamknięty, odseparowany od wszelkiego zgiełku życia.
Stwierdziłem, że dla rasowego szachisty konik nieprzyjaciela lub wieża są znacznie ważniejsze od własnej żony lub starego przyjaciela z ławy szkolnej. Jest to dziedzina, w której istnieje olbrzymia literatura, zarówno fachowa, jak też traktująca szachy jako temat pośredni. Zdaje się, że jednem z najstarszych dzieł naszego piśmiennictwa, jakie powstało o szachach, jest poemat Jana Kochanowskiego, w którym poeta wskazówki praktyczne połączył z ciekawą fabułą.
Jeżeli chodzi o Polskę, to posiadamy szereg wybitnych szachistów, którzy wywalczyli sobie na szachownicy bardzo wybitne miejsce. Należy tu przedewszystkiem wymienić dra Tartakowera, wielką gwiazdę międzynarodową, Makarczyka, Frydmana, Appela, Rzeszewskiego, który wprawdzie jest tylko Polakiem z pochodzenia, niemniej jednak pamięta o swojej dawnej ojczyźnie, i innych.
Chwila obecna jest dla szachistów chwilą pełną wielkich oczekiwań; zbliża się przecież olimpjada, w której na szachownicy stoczą ze sobą bezkrwawe walki liczne asy międzynarodowe świata szachów. Przedstawicielowi naszemu udało się uzyskać w Łodzi chwilę pogawędki z drem Tartakowerem, który chętnie poinformował go o licznych szczegółach, dotyczących świata szachów, zwłaszcza w Polsce.
— W Polsce — zaczyna z uśmiechem dr Tartakower — wyrasta młode pokolenie szachistów o specyficznym systemie gry. Wśród graczy tego młodego pokolenia jest kilka młodych talentów, rokujących najpiękniejsze nadzieje, zwłaszcza gracze warszawscy. Paulin Frydman jest graczem na wielką skalę i nawet w turnieju mistrzów miałby wiele do powiedzenia, a odniósł już szereg cennych sukcesów na terenie międzynarodowym. Wielkim talentem jest Najdorf — rokuję mu piękną przyszłość. Również i Makarczyk jest graczem ambitnym, bojowym, na którym można polegać, posiada jednak pewne luki w dziedzinie teoretycznej. Bardzo zdolnym graczem, o sporej wiedzy, jest również lwowianin H. Frydman.
— O ile chodzi o łodzian, to wszyscy bez wyjątku reprezentacyjni gracze łódzcy, z którymi się zetknąłem, są niewątpliwie zdolnymi szachistami. Moimi „pogromcami” na turnieju w Warszawie byli tylko dwaj łodzianie, A. Frydman i Appel. Obaj ci gracze — to swego rodzaju tanki, które niejeden mur obronny potrafią przebić — dorzuca po chwili mistrz Polski.
Na zapytanie, jak się przedstawiają szanse poszczególnych drużyn na tegorocznej olimpjadzie, dr Tartakower oświadcza po chwili namysłu:
— Na podstawie papierowych obliczeń i przewidywań — zresztą często zawodzących — na mistrza olimpijskiego typuję St. Zjednoczone. Za ekipą amerykańską przemawia jej bojowość, bezkompromisowość oraz ambicja utrzymania swego prymatu, zdobytego na ostatnich dwóch olimpjadach. Reprezentanci St. Zjednoczonych — zarówno stary, wielki mistrz Marshall, jak i młody, ale również wielki talent, Rzeszewski — są gwiazdami szachowemi wielkiej miary. Na drugiem miejscu stawiam drużynę austrjacką. Szachiści austrjaccy reprezentują krańcowo odmienny typ gry. Ekipa ta składa się z samych poważnych, wybitnych teoretyków szachowych, reprezentuje jednak szkołę gry może zbyt miękkiej, lubującej się w pięknych, subtelnych kombinacjach, zato skłonnej do remisów, niewdzięcznej, o ile chodzi o wyniki w walkach turniejowych.
— Jugosławja — to dr Vidmar czy Pirc. Gracze ci mają niewątpliwie wielką rutynę turniejową, ale są także raczej wielkimi znawcami, niż nieustępliwymi bojownikami. Mistrzyni Europy, Czechosłowacja, nie jest, mojem zdaniem, taka groźna. Jej główną siłą jest znakomity Flohr, następni gracze ustępują mu wielce zdolnościami i wiedzą. Dużo do powiedzenia będzie zapewne także miała Francja, ze względu na udział w jej ekipie mistrza świata Aljechina.
— A jak się przedstawiają nasze szanse? — pada wkońcu pytanie naszego przedstawiciela. — Czy potrafimy powtórzyć sukces ostatniej olimpjady w Folkestone, która dała nam 3 miejsce?
Mistrz Polski uśmiecha się tajemniczo.
— Szachiści polscy grali zawsze dobrze i byli groźni dla najlepszych drużyn świata. Gdyby podsumować nasze ostatnie międzynarodowe wyniki, to rezultaty nasze wypadłyby lepiej niż Ameryki. Niewątpliwie przedstawiciele młodego pokolenia, z jakich się będzie składała nasza drużyna narodowa na obecnej olimpjadzie, mają pewne braki, wynikające z braku doświadczenia turniejowego. Braki te staram się obecnie uzupełnić, przeprowadzając z czołowymi graczami treningi i ćwiczenia. Pewien jestem, że ambicja i zapał, w połączeniu z należytym zasobem wiedzy i zdolnościami naszych graczy, złożą się na zasłużony sukces drużyny polskiej na olimpjadzie — kończy arcymistrz szachownicy.
Tygodnik AS nr 21, 21 lipca 1935 (s. 7)