Mam do pani prośbę…

Ilustracja do noweli „Mam do pani prośbę...”. Rys. A. Żmuda.

Nowela. Felicja Stendigowa

Po 10 latach małżeńskiego pożycia wyjeżdżała pani Niuta po raz pierwszy do jednego z zagranicznych sanatorjów w celu podreperowania nadszarpanych nieco nerwów i wypoczynku zdala od rozkosznej, lecz niemniej rozkapryszonej pary dzieciaków i kieratu codziennych zajęć gospodarskich. Czuły i troskliwy małżonek sam ją do wyjazdu nakłaniał, przyrzekając staranną opiekę nad dziećmi. Uspokojona przeto na duchu, po udzieleniu jeszcze mnóstwa wskazówek mężowi i służącej, wyruszyła pani Niuta na swe pierwsze wywczasy.

Pani Niuta nie była kobietą nowoczesną w pełnem tego słowa znaczeniu. Nawet jeśli chodzi o aparycję zewnętrzną. Ani platynowa, ani tycjanowska, ba, nawet bez znajomości i bez stosowania maquillage’u i z nieporównanie mniejszym od Marleny Dietrich sex-appealem. Niemniej była przy swych kasztanowych lokach i zlekka pudrowanym nosku ładną i zgrabną, a przytoczone mankamenty rekompensowała umysłowym ekwipunkiem.

Zupełnie niewspółczesna była jednak pani Niuta na punkcie swych archaicznych poglądów na instytucję małżeńską. Bo, proszę się nie gorszyć, przez całe dziesięciolecie swego małżeństwa nie zdradziła pani Niuta ani razu swego męża i, co gorsza, nie miała wcale zamiaru go zdradzić. Może po części z tej racji, że, będąc fatalistką, obawiała się, by jakikolwiek „faux pas” nie odbił się fatalnie na niej i na jej dzieciach, może też i dlatego, że krew nie płynęła tak burzliwie w jej żyłach, jak w wenach Messaliny czy Lukrecji.

A jednak małą, niewinną przygodę przeżyłaby chętnie i pani Niuta. Rok za rokiem bezpowrotnie mija, 32 rok wykazuje kalendarz jej życia — tak mało już pozostaje z drugiej młodości. Granica wieku dziś wprawdzie znacznie przesunięta, lecz czy jest jej pisano być Ninon de Lenclos czy Mistinguette?! Toteż należałoby się spieszyć… Pani Niuta radaby się przekonać, czy potrafi się spodobać mężczyźnie (oczywiście takiemu, któryby się jej podobał). Czyż może być lepsza po temu okazja, jak pobyt w zagranicznem sanatorjum wypoczynkowem? Możemy zaś zaufać pani Niucie, że nie przekroczy ona granic, wyznaczonych uczciwej kobiecie.

W sanatorjum zgoła nieciekawe towarzystwo. Nieco wymoczkowatych, niewyraźnych młodzianów, paru zgrzybiałych weteranów, kilku specimenów w tak zwanej sile wieku, jednak zbyt korpulentnych lub łysych. Wprawdzie młody lekarz asystent wcale przystojny i miły, ale najwidoczniej zajęty pozyskaniem względów przystojnej, posażnej jedynaczki, towarzyszącej tu rodzicom na kuracji. Krótko mówiąc — nikt, ktoby wchodził w rachubę dla pani Niuty.

Pierwszy tydzień minął jałowo. Poczęści na kuracji, na spacerach w nieatrakcyjnem towarzystwie, no i na lekturze. Tej miała poddostatkiem w domu i nie po to tu przyjechała!

W drugim tygodniu jej pobytu przyjechał pan Henryk. Rosły, przystojny, elegancki, o ujmującym uśmiechu, odsłaniającym pyszne, zdrowe zęby. Po raz pierwszy ujrzała go pani Niuta w pawilonie podczas śniadania. Uwagę jej zwrócił wówczas głośny śmiech, tak rzadki gość w tem apatycznem gronie. To właśnie nowoprzybyły pan Henryk przy jednym z sąsiednich stołów opowiadaniem swych „bon mots” galwanizował ospałe towarzystwo. Po śniadaniu pani Niuta, wracając do swego pokoju, przechodziła obok stołu z rozbawionem towarzystwem. I po raz pierwszy spotkały się ich spojrzenia. Pan Henryk z widocznem zaciekawieniem zmierzył panią Niutę od głowy do stóp. Tak — najwyraźniej do stóp, zatrzymując wzrok dłużej na jej nogach.

Bo też pani Niuta miała ładne nogi — tego nie mógł nikt zaprzeczyć. Nie śpiewała ona wprawdzie w dumnem samopoczuciu, jak Loda Halama: „Ja mam nogi” — niemniej była świadomą posiadaczką prężnych, wysmukłych łydek i zgrabnych stóp (niespełna 36 numer obuwia).

W tej chwili przypomniała sobie pani Niuta, że należałoby zakupić tę parę pięknych pantofelków z prawdziwej wężowej skóry, oglądanych przedwczoraj w wystawie tutejszego wielkiego magazynu obuwia. Niemal wszystkie panie, korzystając ze sposobności pobytu w kraju słynnym z produkcji i taniości obuwia, zakupywały po kilka par tych skórzanych cacek. Jeszcze tego samego przedpołudnia wprowadziła zamiar w czyn i już, zdążając na obiad do sanatorjum, obuła nóżki w nowo zakupione pantofelki. Nogi zyskały jeszcze na ekspresji w tej korzystnej oprawie.

Na jednej z ławek w parku, tuż przed sanatorjum, siedział pan Henryk w towarzystwie starszej pani (pani Niuta miała ochotę uściskać tę matronę z wdzięczności za jej wiek). Tym razem poddał sylwetkę pani Niuty jeszcze bystrzejszej obserwacji, poświęcając najwięcej uwagi jej kończynom. Na widok nowych, pięknych pantofelków uśmiechnął się lekko. Zauważyła to pani Niuta.

Tego dnia sprzyjał jej los najwyraźniej. Starsze małżeństwo z Pragi, zajmujące obok pani Niuty miejsce przy stole w sali jadalnej, a zabawiające ją z reguły wyliczaniem swych dolegliwości, wyjechało tego samego dnia, a opróżnione miejsce, tuż po lewej stronie pani Niuty, wyznaczyła gospodyni panu Henrykowi.

— Tak miłe sąsiedztwo dostało mi się w udziale — zaczął po dokonanem przedstawieniu się pan Henryk — znamy się wszakże już od rana.

Rozmowa popłynęła odrazu jak między dawnymi, dobrymi znajomymi, niczem auto po dobrze asfaltowanej szosie, ku niewielkiej satysfakcji sąsiadki pana Henryka z prawego boku. Chociaż na chwałę pana Henryka dodać trzeba, że i zażywnej sąsiadce po drugiej stronie świadczył uprzejmości przy stole, jak przystało na kawalera ze znajomością savoir-vivre’u.

Przez szereg dni towarzyszył p. Henryk pani Niucie na spacerach (rozegrali kilka partyj tenisa); nigdy nie zabrakło im tematu do rozmowy. Należeli do tych ludzi, którzy nawet nie posługując się zdawkowym flirtem, znajdowali poza pogodą i obgadywaniem kochanych bliźnich jeszcze sporo innych zajmujących tematów. Pani Niucie przelatywały dnie jak obłoki po wiosennem niebie. Przyłapała się nawet — o zgrozo — na tem, że nie wyczekuje już z takiem utęsknieniem poczty z domu, jak dawniej. Nowa znajomość przysłoniła sobą wszystko.

Pan Henryk zachowywał się jak prawdziwy gentleman, z tych prawdziwych „made in England”. Nie pozwalał sobie na nic, coby mogło urazić w czemkolwiek panią Niutę. Miał dla niej najwidoczniej wiele szacunku. Może nawet nieco za dużo — myślała skrycie pani Niuta. Bo ostatecznie — mój Boże — pewne widome oznaki sympatji czy adoracji nie byłyby znowu tak wielkiem przestępstwem. Zastanawiało to jednak panią Niutę, że jej towarzysz zatrzymuje często wzrok na jej nogach. Nie jest chyba fetyszystą! Najwidoczniej czuły tylko na piękno kobiecej nóżki. A jednak nie zdradził dotąd ani słowem swego kultu, który ujawniał się w spojrzeniu.

Po dwóch tygodniach, najmilej spędzonych w rajskiej niewinności, wybiła chwila wyjazdu pana Henryka. Musiał on skrócić swój pobyt i przy kolacji zakomunikował pani Niucie o liście, wzywającym go do kraju.

— Miałbym dziś do pani wielką prośbę, pani Niuto — wypowiedział z dziwnem u niego zażenowaniem. — Czy pozwoliłaby pani przyjść na chwilkę do siebie po kolacji?

— Nie odmawia się wszakże ostatniej prośbie — odparła pani Niuta, a serce łomotało jej w piersiach.

Po kolacji pobiegła do swego pokoju, zamieniła popołudniowy kostjum na seledynową sukienkę, w której wiedziała, że najkorzystniej wygląda (czyż nie należało podkreślić swych walorów fizycznych?), przypudrowała nosek, zaczesała swe kasztanowe loki i pokropiła kilkoma kroplami „Quelques fleurs”.

Pełna napięcia i wyczekiwania usiadła przy stoliku, opodal drzwi balkonowych. Przez uchylone drzwi ciepłe powietrze lipcowej nocy, przesycone aromatem parkowych róż, wdzierało się wonną smugą do pokoju i zlewało z zapachem kwiatów w wazonie. Przez niezamknięte okiennice zaglądało wygwieżdżone niebo i mrugało tajemniczo mirjadami złocistych punkcików. Przyćmione abażurem światło lampki potęgowało nastrój.

„Nigdy jeszcze nie przestąpił progu mego pokoju, choć mieszkamy w tem samem skrzydle. Dziś poraz pierwszy prosił o pozwolenie odwiedzenia. Czyżby nagły wyjazd uzbroił go w śmiałość? Cóż miałaby oznaczać ta prośba?…” Jak rój natrętnych komarów wirował splot pytań w mózgownicy pani Niuty.

Niebawem zjawił się pan Henryk z białą paczką pod ramieniem. „Czyżby kwiaty? Chyba nie w tym kartonie. Na bombonierkę zbyt wielkie pudło! Pocóż zresztą wyprzedzać wypadki?” — snuła dalej swe myśli.

Rozmowa nie biegła zrazu tak potoczyście, jak zazwyczaj. Swobodny zwykle pan Henryk wydawał się zakłopotanym. Wkońcu wziął się na odwagę:

— Przykro opuszczać miejsce, z którem łączą się wspomnienia tak miło spędzonych chwil… Muszę pani wyznać… — (przy tych słowach lekki dreszcz wstrząsnął panią Niutą) — że nie spotkałem dotychczas tak miłej towarzyszki wywczasów jak pani… Jest pani tak różną od innych kobiet. Szkoda, że pobyt mój zostaje przerwany tak raptownie, jak zresztą wszystko, co w życiu piękne i miłe — krótkotrwałe.

Pani Niuta czuła, że płonie. Nie potrafiła wydobyć z siebie słowa. I pan Henryk był jakoś zażenowany. Zapanowało krępujące milczenie. Pan Henryk spojrzał na zegarek.

— Już pół do dziesiątej. Pociąg mój odchodzi jutro nad ranem o piątej, należałoby jeszcze dzisiaj spakować walizy. Niestety, będę musiał panią wkrótce pożegnać. Miałbym przedtem jedną prośbę do pani, pani Niuto!

Wzrok pana Henryka pobłądził ku stopom pani Niuty. Nastrój stawał się stanowczo zbyt napięty. Co on powie? Co on zrobi? Czując niemal uderzenia serca w samej krtani, wyszeptała ledwo dosłyszalnie:

— Proszę… Słucham…

Pan Henryk, jakgdyby mu ciężar spadł z serca, począł rozpakowywać tajemniczą paczkę. Zaczął mówić dosyć prędko, jakgdyby podniecony czemś.

— Pani pantofelki są czarujące… Już od dawna je podziwiałem. No, część swego sukcesu zawdzięczają oczywiście pani pięknym nóżkom. Ileż uroku w nich się mieści! Kupiłem taką samą parę i chciałem panią prosić…

Pani Niuta znalazła się bodaj pierwszy raz w podobnej sytuacji, żeby obcy mężczyzna śmiał jej proponować coś takiego. Wzrok jej zaczął błądzić po pokoju, wkońcu pytająco-zdziwiony zatrzymał się na panu Henryku.

— Tylko z tem nowem obuwiem… Wie pani… Na granicy… są zawsze takie ceregiele. Czyby pani nie była łaskawa…

Pani Niuta czekała z zapartym oddechem na ostatnie słowa.

— Chciałem właśnie panią prosić, czyby pani nie była łaskawa zachodzić je trochę dzisiejszego wieczoru… W całem sanatorjum tylko pani jedna ma takie małe i piękne nóżki… Zupełnie ta sama wielkość, co u mojej żony!

Pani Niuta lekko westchnęła. Duży ciężar spadł jej z serca, które ją jednak równocześnie lekko zabolało…

Felicja Stendigowa

Tygodnik AS nr 15, 9 czerwca 1935 (s. 9–10)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *