My home is my castle! Moje ognisko domowe jest moim zamkiem-fortecą, powiada Anglik i… stosuje się do tego!
Naród, do którego należy 3/4 świata, jest ciekawy nawet w swych drobnych przejawach życia. Rodzina, ta komórka składowa społeczeństwa, ta „wylęgarnia” obywateli i równocześnie charakterów, oddawna była w Anglji czemś świętem i silnie zrośniętem, gdzie panował mniej lub więcej srogi ojciec i Pismo Święte, parę razy dziennie odczytywane. Atmosfera nie musiała być dawniej zbyt miła, jeżeli tylu uciekinierów notują nietylko akta policyjne, ale i historja. Bardzo wielu z tych, co uciekli z domu, przyczyniło sławy narodowi i zdobyło dla niego nowe kolonje, nowe kopalnie i wszelkiego rodzaju zdobycze. Rzeczywiście nadziwić się nie można, że nawet wady home’u angielskiego wyszły w ostatecznym rozrachunku narodowi na dobro.
A cóż dopiero zalety! Przedewszystkiem do domu wraca Anglik nie jak do miejsca powszedniego, ale widzi we własnym home pewnego rodzaju świątynię uczuć rodzinnych i miejsce, gdzie powinien pokazywać się z najlepszej tylko strony. Gdy my wracamy do domu, wkładamy podarte pantofle i wytartą narzutkę lub szlafrok, to Anglik wręcz przeciwnie — po powrocie do domu wkłada na obiad (jadany wieczorem) smoking lub frak. Panie ubierają się jak na proszoną kolację, a nie jak do domu w naszem znaczeniu! Pan domu wobec pani zachowuje się tak, jakby wzajemnie byli u siebie w gościnie.
To nie znaczy bynajmniej, że panuje zbyt sztywna atmosfera. Nie! Atmosfera jest bardzo swobodna i wesoła, ale nie widać w niej poufałości — braku taktu. Ogólny poziom angielskiego home’u jest bardzo wysoki.
Mój Boże, powie ktoś — toć to tylko duszne formy zewnętrzne. I stokrotnie nie będzie miał racji! Nie, właśnie formy zewnętrzne odróżniają nas między sobą, a całość od zwierząt. Nawet lepiej wychowane pieski jedzą inaczej niż kundys podwórzowy. Rasa, wyhodowana długą kulturą, robi swoje, daje ludzi, u których savoir vivre jest nie narzuconą politurą, lecz istotnym składnikiem charakteru, uzewnętrzniającym się odruchowo w każdej okazji.
Warto widzieć Anglików zwłaszcza przy stole. Jedzenie nie jest ładną funkcją, trzeba kultury i dobrego wychowania, by to wypadało estetycznie; to też najniżej w dół drabiny społecznej schodząc, nie zobaczymy przy jedzeniu rozstawionych szeroko łokci, jedzenia nożem, używania wykałaczek i tym podobnych niby to drobiazgów, a tak ważnych z punktu widzenia estetyki i zachowania.
Anglik często trzyma ręce w kieszeni, co my uważamy za brzydkie, ale poza tem nie robi wielu rzeczy, które u nas uchodzą. W domu zachowuje się jak w salonie u dobrych znajomych, bawi się całą duszą w rozmaite zabawy i gry towarzyskie; starzy i młodzi pêle-mêle napełniają śmiechem dom, nikt się nie boi utracić swojej powagi. I to jest zasadnicze: Anglik może być ministrem, być najmądrzejszym, najpoważniejszym, „wysoko postawionym” dygnitarzem, a mimo to prestige’u nie boi się stracić, jeżeli będzie rozbawiony jak dzieciak. On wie, że jego wartość wewnętrzna jest dobrze ugruntowana i spoczywa na rzeczywistych wartościach, a nie na dąsie na twarzy lub szorstkiem, nieprzystępnem zachowaniu.
Ale i tu są granice — i to ściśle określone. Drobna rzecz, nietakt, wywołać może najpoważniejsze skutki — pozbawić tytułu gentlemana, tytułu dla Anglika najważniejszego. Drobny przykład: niedawno temu gazety przyniosły cykl fotografij europejskich panujących za młodu. Cóż widzieliśmy? Prawie wszystkie fotografje przedstawiały młodziutkich następców tronów w szablonowych pozach, w mundurach i t. d. Tymczasem królowa angielska była sfotografowana ze swoim synkiem na plecach, jak to mówią „na barana” — jak zwykła śmiertelniczka, a nie jak pani połowy świata. Uważam, że ta fotografja była najlepszym dowodem wysokości poziomu Anglika i jego home’u.
Ciekawym dalej szczegółem jest, że Anglicy swego home nie narzucają dzieciom jako czegoś koniecznego, jako stajenki, do której ma wracać i gdzie ma spędzać większość swojego życia. Anglik zdaje sobie sprawę z tego, że wychować na dobrego i zdrowego obywatela może tylko (z pewnemi wyjątkami) zbiorowa, dobra szkoła. Wyrobienie to jest oparte na towarzyskiem pożyciu, sportach i nauce. Te trzy momenty w miarę dozowane dają materjał na męża stanu, uczonego i zdobywcę kolonji.
Nieraz słyszy się u nas pogardliwe wyrażanie się o wychowawczych walorach college’ów. Tam, powiadają, jest więcej piłki nożnej jak nauki! U nas tego niema, ale jednak chcielibyśmy mieć połowę tej ilości mężów nauki i światowej sławy uczonych, jakich ma Anglja. Widocznie nie jest tak źle z tą nauką, a prócz tego jakie twarze mają często ci uczeni — młode, zdrowe i pogodne. Niejeden z najsławniejszych uczonych wygląda na człowieka światowego, a nie na „mola książkowego”!
Nie rzadkie są wypadki, że posag lub zapis jakiś na korzyść rodziców idzie w całości na wychowanie dzieci. Pieniądze te nie są ruszane, aż dziecko dojdzie do wieku szkolnego. Bo wychowanie i nauka nie jest tania w Anglji — wręcz przeciwnie, jest bardzo droga nawet. To jest dalszy przykład, jak ważnem dla Anglika jest dziecko, ta najmniejsza składowa home’u. Znanym jest ten rysunek angielski, przedstawiający jakąś dużą, ruchliwą ulicę w Londynie. Z obu stron zatrzymano w pędzie konie i samochody, a przez utworzoną w ten sposób przez policjanta wolną przestrzeń maszeruje sobie małe bobo, nic sobie z niczego nie robi, bo wie, że około niego kręci się w danej chwili cały świat. Podpis pod obrazkiem: „His Majesty, Baby!” — „Jego Majestat, dziecko”.
Wracając jeszcze do home’u — uderza w nim nadzwyczajna przytulność mebli. Już to tylko w angielskich meblach można naprawdę wypoczywać. Meble te są dopasowane do człowieka, a nie naodwrót, nie trzeba się do nich dostosowywać. Meble, dywany, obrazy, cały podział mieszkania obmyślany z punktu widzenia miłego nastroju, by powracający z miasta pan czy pani domu czuli się „u siebie”.
Przyczynia się do utrzymania nastroju też i podział mieszkania, a raczej domu. Przeciętny dom Anglika tworzy dla siebie całość, podzieloną piętrami na część mieszkalną, salon, jadalny, sypialny; osobno mieszkają dzieci. Każdy może być oddzielony od reszty. Użytkowe ubikacje (kuchnia i t. d.) są ściśle oddzielone od właściwego mieszkania.
Częścią składową home’u trzeba też nazwać otoczenie. Każdy dom, choćby najmniejszy, musi mieć swój ogródek. Trochę kwiatków, trawnik, ścieżki (czasem tylko krócej skoszona trawa oznacza ścieżkę), altanka — wszystko utrzymane z prawdziwem zamiłowaniem. Zwłaszcza trawniki to prawdziwy monopol Anglika. Trawa, koszona maszynkami — przedmiotem codziennego użytku na zachodzie — jest równa co do wielkości i gęstości, kolor soczysty, jednolity.
Parkan, biegnący naokoło ogrodu, to także symbol. Nie ma rzeczy trudniejszej dla obcego, jak dostać się do domu Anglika. Bez polecenia, bez upoważnienia nie jest to możliwem. Ale zato, jak się już przekroczyło progi, to i nie ma serdeczniejszego przyjęcia, jak właśnie w angielskim homie. Anglik, którego my nazywamy zimnym, jest wręcz przeciwnie bardzo uczuciowy, a jeżeli jest zamkniętym nieco, to właśnie dlatego, że nie pragnie swych uczuć rozrzucać na lewo i prawo, nie chce ich marnować. Stąd pochodzi to zamknięcie się od obcych, nieznajomych.
Generalizując, całe imperjum angielskie jest jednym wielkim home, do którego wstęp nie jest łatwym i które jest zamkniętą dla siebie całością. Tak, nie jest przesadą, gdy Anglik mówi: „My home is my castle”!
Dołęga

Tygodnik AS nr 21, 21 lipca 1935 (s. 27)