Jedziemy w świat…

Samochód nietylko jest idealnym środkiem lokomocji, ale pozwala na zobaczenie widoków, jakich się nie spotka, siedząc w oknie wagonu.

„Za siedmioma górami, za siedmioma lasami żyła sobie królewna…”. Tak zaczynają się zwykle bajki dla dzieci. Bajki jednak istnieją nietylko dla dzieci i ludzie dorośli miewają w życiu chwile, w których marzą o szczęściu, choćby krótkiem i przemijającem.

Pomimo przebogatej sieci żelaznych szyn, przebiegających cały świat, po których mkną szybkonogie ekspressy, „trains-bleus”, „Latające Szkoty” i przyrodni ich bracia „Latający Hamburczycy”, pomimo iż w powietrzu słychać turkot pasażerskich samolotów, a po szosach gnają połyskujące limuzyny i sportowe auta, to jednak tyle jeszcze jest ludzi na świecie, dla których w czasie wakacyj wszelka podróż przyjmuje postać wielkiego wydarzenia życiowego, a którzy różne zakątki tego świata uważają za krainy, leżące za przysłowiowemi siedmioma górami.

Gdyby można było spojrzeć z wysokości na całą Europę, obejmując okiem wszystkie jej kraje, tak jak się patrzy na kartę geograficzną, zobaczyłoby się na tysiącznych drogach i dróżkach, szosach i autostradach, torach kolejowych i ulicach niezliczonych ludzi, których jedynym celem jest jedna wielka rzecz: podróż.

„Tam jest pięknie, gdzie nas niema” — oto jeden z kanonów człowieka podróżującego. Gdy my marzymy o Jasnym Brzegu, Gdyni, Biarritz, Ostendzie czy Spa, mieszkańcy tamtych znów okolic, ludzie z Francji czy Anglji, z Włoch czy Niemiec, coraz częściej wymawiają słowo Zakopane, Krynica czy też Puszcza Białowieska.

Żyłka podróżowania jest rzeczą dziwną. Jest ona stara jak świat i stanowi pozostałość atawistyczną po ciągłych włóczęgach naszych dalekich przodków, a równocześnie rozwinęła się ona do wielkich rozmiarów w czasach, kiedy komunikacja została udostępniona szerokiemu ogółowi.

Jakież jednak przemiany przechodził ten wrodzony pęd człowieka! Przecież do XVII wieku większość mężczyzn podróżowała konno; wyjątkowo tylko ludzie chorzy czy też bardzo bogaci mogli sobie pozwolić na luksus karety, która, pozbawiona resorów i trzymająca się na pasach, trzęsła może nawet więcej od konia. Jedynie kobiety korzystały z pojazdów, a w niektórych krajach, np. w Hiszpanji i Francji, podróżowały one w rodzaju lektyk, niesionych przez muły czy osły. Oczywiście, że i przerwy w podróży były mniej przyjemne, gdyż zamiast różnych „Ritzów” czekały na nich brudne i niewygodne karczmy.

Wiemy, że już od XVI wieku zamożni mieszczanie i szlachta wysyłali swych synów na „wypolerowanie się” do Bolonji, Rzymu czy Florencji, a nawet do Paryża. Byliśmy wtedy bezwzględnie większymi „globe-trotterami” i zachowaliśmy te zamiłowania do ostatnich czasów.

Podróżując dużo po świecie, można zaobserwować charakterystyczne właściwości każdego narodu w podróży. Są to nieraz cechy, które dają ciekawy dowód psychologiczny, a nieraz nie są pozbawione humoru.

Dawno przed wojną wielką sławą cieszyły się powieści rosyjskiego autora Lejkina, który przedstawił w nich różne epizody z podróży rosyjskiej pary kupieckiej, wojażującej po całej Europie. Bohaterowie Lejkina, a zwłaszcza żona owego kupca, Głafira Siemionowna, personifikują wszystkie śmieszne cechy Rosjan i są niejako odstraszającym przykładem, jak… nie podróżować! Bo też rzeczywiście przedwojenni Rosjanie podróżowali w sposób nadwyraz niewspółczesny. „Nie jedzie się z samowarem do Tuły” — mówi przysłowie rosyjskie, a mimo to wielu Rosjan zabierało ze sobą nietylko lśniący samowar, ale dużo służby, ogromną ilość kufrów i wogóle wszystko to, co pomoże utrudnić swobodne poruszanie się.

Zupełnie innym typem człowieka podróżującego jest Anglik. Wprawdzie i on chętnie zabiera ze sobą dużo kufrów (zwłaszcza jeżeli jest zbzikowanym lordem), ale zato zachowuje się zupełnie odmiennie. Mówi tylko po angielsku, ma ogromne wymagania, daje minimalne napiwki i, uzbrojony w swego „Baedeckera”, z nonszalancją przebiega galerje obrazów, pałace, ogrody z miną, jakby chciał powiedzieć: „Mnie to nie interesuje, ale ostatecznie mogę obejrzeć”.

Jest on przeciwieństwem Niemca, który wchłania w sposób bezkonkurencyjny wszelkie wrażenia, wszystko chce zobaczyć, wszystko traktuje „źródłowo”. Ubrany często w dziwaczny strój sportowy, Niemiec, przynajmniej przedwojenny, był nieraz pocieszną postacią na tle zagranicy.

Włosi i Francuzi, jak również inne południowe narody, interesują się mniej zabytkami, natomiast żywo obserwują bieżące życie. Bardzo oryginalnym typem są podróżujący Amerykanie. Amerykanina wszystko bawi i wszystko znajduje w jego oczach uznanie. Posiada on dziwną świeżość wrażeń, które po większej części jednak są mimo to bardzo płytkie.

A jak podróżują Polacy? Trudno o tem powiedzieć w kilku słowach, gdyż podobnie jak we wszystkiem innem, tak i tu zaszły wielkie zmiany. Umiemy się przedewszystkiem bardzo prędko dostosowywać do otoczenia i lubimy się naginać do panujących zwyczajów. Należałoby to raczej nazwać wadą, niż zaletą, gdyż wszędzie i zawsze należy zachować własny charakter narodowy. Ogółem jednak nie umieliśmy do czasów przedwojennych podróżować praktycznie, nie posiadając specjalnego zmysłu w tym kierunku, z drugiej zaś strony robiąc niejedno na efekt, co oczywiście słono kosztuje.

Lecz to się zmieniło gruntownie. Zarówno liczne stosunki handlowe z zagranicą, jak też podróże dyplomatyczne i urzędowe i wiele innych jeszcze momentów wyrobiły ze współczesnego pokolenia Polaków wcale dzielnych i praktycznych podróżników.

Czy koleją, czy też autem lub samolotem prywatnym powinniśmy podróżować jaknajwięcej, zaczynając od własnej ojczyzny, a kończąc w miarę możności na dalszych, ciekawych krajach. Należy jednak zawsze postawić sobie pewien konkretny cel, dla którego się wyjeżdża, i trzymać się ściśle tego programu. Wszelki dyletantyzm i wszelka wszechstronność szkodzą tylko, nawet w podróży.

Jan Maleszewski

Tygodnik AS nr 20, 14 lipca 1935 (s. 16–17)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *