„Ja lubić Polaki”

Grupa marynarzy, wszedłszy na maszty swego okrętu, obserwuje zbliżający się ląd dalekiej wyspy.

Wspomnienia marynarza

Jasna księżycowa noc. Łagodny powiew passata orzeźwia twarz, rozpaloną tropikalnem słońcem. Z oddali przypływa ku nam zapach lądu. Lada chwila ukaże się małe, nikłe światełko, które będzie mrugać do nas przyjaźnie, a potem z podnoszących się mgieł poranka wyłonią się górzyste kontury wiecznie zielonej wyspy i nowe, nieznane krainy odsłonią przed nami swe cuda i tajemnice…

Srebrzysta poświata księżyca kładzie się długą, szeroką smugą po rozchwianej gładzi oceanu. Fale iskrzą się miljonami tajemniczych świateł… Cisza — mącona cichym szeptem fal i klaskaniem olbrzymich płótnisk żagli — wkrada się do duszy wraz z ukojeniem w tej parnej, dyszącej namiętnością podzwrotnikowej nocy.

Martynika! Nowy, nieznany świat, kuszący tajemnicą rzeczy widzianych po raz pierwszy. Wysiadamy na małem drewnianem molo i wchodzimy w całą tę południową zgraję murzynów i mulatów, z których słońce tropikalne wyssało prędkość ruchów i dało oczom wyraz dziwnego zmęczenia. Gdzieniegdzie widać białego; kroczy dumny, majestatyczny, odcinający się od wszystkich jasnym kolorem skóry.

Błądzimy po mieście, by oczy nasycić widokiem kolonjalnego życia. Zachodzimy do małej, skromnej kawiarenki, która zresztą, jak się okazuje, jest najwykwintniejszym z „tubylczych” lokali. Zażądaliśmy rumu, który, jak wiadomo, cieszy się na Antyllach szczególną popularnością i uchodzi tu za „symbol” cywilizacji europejskiej.

Wkrótce podeszła do nas mała, rozkosznie zgrabna murzyneczka, niosąc na tacy dużą butelkę, pełną złocistego trunku, i cztery małe szklaneczki.

— No — popatrz! — rzekł jeden z moich towarzyszy, wskazując na szczerzącą białe zęby murzynkę. — Czarna jak smoła, a figurkę ma jak tancerka z kabaretu!

Odpowiedź padła na nas jakby grom z jasnego nieba. Murzynka, wdzięcznie się kłaniając, rzekła po polsku:

— Ja lubić Polaki!

Spojrzeliśmy na siebie ze zdumieniem, graniczącem z obawą, czy mocny rum antylski nie pomieszał nam w głowie.

— Ja mówić po polski, ja być w Polska — daleki, zimny kraj! — ciągnęła dalej czarna dziewczyna śpiewnym, melodyjnym głosem, uśmiechając się z wdziękiem.

— Co ty mówisz? — zawołał mój towarzysz, zrywając się z krzesła.

— A tak! — z odcieniem dumy odpowiedziała murzynka. — Ja być w Poznań, ja być na Wystawa…

— Poznań? Wystawa? Nic z tego nie rozumiem — rzekłem, zwracając się do towarzyszy.

— Nigdy nie odznaczałeś się bystrością umysłu — zauważył mój przyjaciel, nalewając nową szklaneczkę rumu. — Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że ta czarna osóbka była w Poznaniu na Powszechnej Wystawie Krajowej. Była tam nawet jakaś wioska murzyńska, wszak sobie przypominasz?

— Tak, ja być na Wystawa — ładna miasto Poznań — zawołała murzynka, bacznie się przysłuchując wywodom mego towarzysza — ale w Poznań zimno! — dodała po chwili, składając ręce na piersiach.

Patrzyliśmy w zamyśleniu na murzyneczkę, która reprezentowała swą rasę w dalekiej, chłodnej Polsce, i myśli nasze z tęsknotą uleciały ku ojczyźnie, gdzie niema wprawdzie tropikalnego słońca, lecz tak pięknie pachnie żyzna ziemia i szumią stare lasy, rozkołysane na wietrze…

Martynika! U stóp wulkanu Mont-Pelée, widniejącego w oddali, wznosiło się ongiś miasto St. Pierre, prześlicznie położone nad morzem w chłodnej dolinie, otoczonej górami. Kataklizm żywiołów, wybuch wulkanu i trzęsienie ziemi sprawiły, że w przeciągu 8 minut miasto rozsypało się w gruzy. Dziś na tych gruzach powstaje nowe miasteczko.

Autobus, prowadzony wprawną ręką szofera-mulata, pędzi po drodze, wijącej się w spiralach między przepaściami. Przed oczami migają nam smukłe palmy, drzewa pomarańczowe, krzewy bananów, drzewa paprociowe i lasy, splątane ljanami, niemożliwe do przebycia. Półtorej godziny jazdy i przeszło 300 wiraży!

Wjeżdżamy do miasta. Dziwne miasto! Gruzy i ruiny, porosłe trawą, krzakami i gajami palmowemi. Gdzieniegdzie widnieje odosobniony domek, tulący się nieśmiało do sterczącej ściany zwaliska. Ze zbocza Mont-Pelée, od samego krateru, spływa zakamieniała, szeroko rozlana rzeka zastygłej lawy. Tędy oto spadał ów potop ognia i zniszczenia.

Cóż za dziwne, wzruszające spotkanie! W zamarłem mieście gruzów i zwalisk poznałem przypadkowo starego księdza Francuza, którego losy rzuciły podczas wojny bolszewickiej aż do Polski. Znał osobiście księdza Skorupkę! Drżącym ze starości głosem prosił, by mu opowiedzieć, jak tam teraz jest w Polsce?

I tak, u stóp wulkanu, przy cichym szmerze szeleszczących liści palmowych, gdy rzeźki podmuch passatu obejmował pieściwie strudzone żarem słonecznym głowy — po raz drugi na Martynice rozmawiałem z jej mieszkańcami o dalekiej, a sercu zawsze bliskiej — Polsce!

Jan Mrozowicki, por. marynarki handlowej

Tygodnik AS nr 18, 30 czerwca 1935 (s. 22)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *