Blaski i cienie życia Mimi Pinson

Midinetki paryskie przygotowują kreacje mody, które wkrótce nosić będą kobiety całego świata.

O pewnej, ściśle określonej godzinie z wielkich magazynów, bazarów, biur i tysiącznych zakładów wielkich miast wychodzą roześmiane dziewczęta, które, rozmawiając ze sobą nadwyraz żywo, wsiadają prędko do tramwajów, autobusów lub też udają się do najbliższego przystanku „metra”. Scena ta, pełna żywości, zgiełku i radości życia, powtarza się regularnie codzień tak, jak regularnym jest pracowity żywot tych istot.

Panienka sklepowa, zwana nieraz „marszantką”, drobna urzędniczka biurowa, panienka pracująca w magazynach mód i przygotowująca „ostatnie kreacje”, stenotypistka i wkońcu tyle jeszcze innych odcieni pracującej młodej dziewczyny — oto typ zupełnie nowoczesny, typ posiadający swoiste cechy, psychologję, a będący dzisiaj już nietylko zjawiskiem życiowem, lecz zagadnieniem.

Lat temu mniejwięcej sto słynny poeta francuski Alfred de Musset skreślił wiersz pełen uroku i świeżości p. t. „Mimi Pinson”. Przedstawia on tam w kilku charakterystycznych skrótach żywot i myśli „midinetki” paryskiej, czyli pracującej dziewczyny. Opuszczając swój warsztat pracy o dwunastej w południe (midi), doczekała się ona tej nazwy; później zaś określenie to przybrało znaczenie osoby lekkich obyczajów i jako takie przeszło do słownika.

Musset, który poza genjuszem poetyckim odznaczał się urodą i wielką elegancją, był z tego powodu bożyszczem kobiet wszelkich sfer i musiał też dobrze znać tajniki życia panienki sklepowej. Niejedna może z nich odegrała w jego życiu większą rolę. W każdym razie „midinetki” są nadwyraz charakterystyczne tak dla Paryża, jak i dla innych dużych miast.

Z chwilą powstania wielkich magazynów w Paryżu zaczął się też wyrabiać ten nowy typ młodej dziewczyny. Oczywiście, że zwłaszcza czasy powojenne przyczyniły się bardzo w tym kierunku, usamodzielniając kobietę.

Pierwszy wielki magazyn, a raczej bazar, powstaje w Paryżu w połowie XIX wieku, to jest w czasie, kiedy Francja cieszy się dobrobytem i może hołdować narodowemu bożyszczu: kobiecie. Ona nadaje ton Paryżowi; dla niej, pięknej, kapryśnej strojnisi, wydają pół majątku mężowie i rujnują się kochankowie. Fatałaszki i tysiączne drobne szczegóły jej toalety nabierają znaczenia kwestji stanu.

Bazar „Au Bon Marché”, istniejący wtedy na rue du Bac, jest jednak jeszcze mało wykwintny i pozostawia dużo do życzenia pod względem wyboru w towarach. Pracuje jednak w nim człowiek, który wkrótce będzie umiał stworzyć pierwsze olbrzymie magazyny paryskie, przynoszące Paryżowi sławę miasta mody kobiecej, a jemu olbrzymi majątek. Jest nim André Boucicaut, wspólnik właściciela „Au Bon Marché”, Videau. Wkrótce powstają też inne bazary: „Printemps”, założony przez Jules Jaluzot, „Samaritaine”, w którym pierwsza panna sklepowa mademoiselle Jay staje się żoną właściciela i prowadzi z wielkim gustem i kompetencją dział kobiecy, „Louvre” i wiele innych.

Interesy tych bazarów idą świetnie. Jest to przecież chwila, kiedy Tuilerje i cesarzowa Eugenja nadają ton w elegancji w całym nieomal świecie. Boucicaut już w roku 1862 ma obrót 7 miljonów franków, wkrótce zakupuje cały blok domów między ulicami de Sèvres, Velpeau, du Bac i de Babylone i buduje olbrzymi magazyn, który w roku 1869 może wykazać się obrotem 20 miljonów franków.

W miarę przybywania wielkich magazynów zastępy midinetek rosną. Ale nie zawsze rosną ich dochody, przeciwnie — utrzymują się one na skromnym poziomie, zmuszając te dziewczęta do oszczędności i wyrzeczeń. Jednak młodość i uroda dopominają się o swe prawa: beztroskie dziewczęta nie martwią się swem położeniem, owszem, śmieją się nawet, w wolnych chwilach opowiadają o drobnych wydarzeniach swego życia, cieszą się byle czem.

Choć za czasów Musseta „midinetki” nie chodziły do kina ani na dancing, to jednak serce kobiece nie zmieniło się ani na jotę. Nie zmieniły się też zagadnienia, które i dzisiaj są równie aktualne, jak wtedy.

Bardzo często wielkomiejska karjera panny pracującej zaczyna się wtedy, gdy zerwała z rodziną spowodu jakiegoś mniejszego lub większego „skandalu”, nieraz wprost wypędzona z domu przez złych krewnych, lub też spowodowana chęcią pójścia „własną drogą życiową”. Dziewczęta te, będące bez opieki, dają się unieść prądowi, na jaki w życiu natrafią. Ciężka ich praca budzi chęć powetowania sobie tych godzin pracy na zabawie, dancingu, w lepszym lub gorszym kabarecie. Inicjatywa wychodzi zwykle od ich „chłopca”, który dostarcza im drobnych rozrywek.

Wszak dla pięknej dziewczyny sklepowej życie wielkiego miasta ma też swój urok i swoje niespodzianki. Niejedna już, podobnie jak owa słynna markiza Dubarry, która zaczęła swą „karjerę” jako modniarka, znalazła bogatego protektora i mogła porzucić swój nędzny żywot, aby zamieszkać we własnym pałacu lub w eleganckiej willi. Poza małżeństwem jedyna to droga, jaką one wyjść mogą z kręgu trosk i błyszczącej nędzy.

Chociaż ta liczna rzesza pracownic wszelkiego rodzaju rekrutuje się z najrozmaitszych sfer, to jednak technika życia upodabnia je między sobą pod względem poglądów, psychologji i postępowania. Zwłaszcza po wojnie spotkać wśród nich można dziewczęta z najrozmaitszych środowisk: córki z t. zw. „dobrych domów”, to znów dziewczyny wiejskie, panny z uniwersyteckiem wykształceniem i t. d.

Pozostawione same sobie, mieszkające zwykle zdala od rodziny i korzystające z jedynego przywileju — samodzielności i swobody — szukają one oparcia w sympatycznym, często kochanym mężczyźnie. „Narzeczeni” tacy są nieodzowni.

— Nie można przecież żyć tak samej, bez kogoś, przed którym można się wyskarżyć, znaleźć choćby chwilową pociechę, z którym możnaby pójść do kina czy na dancing, lub w niedzielę wyjechać za miasto na zieloną trawkę — mówiła mi pewnego razu młoda dziewczyna, gdy się jej spytałem, czy ma narzeczonego.

Swoją drogą „narzeczeni” ci są o tyle problematyczni, że znajomość rzadko kończy się małżeństwem, a częstą zmianą na innego lub dramatem miłosnym.

Lecz również z innego punktu widzenia pracujące te dziewczęta są zagadnieniem socjalnem. Pracując nie lżej od wielu robotników fabrycznych, nie posiadają one jednak tej organizacji co tamci, nie umieją sobie wywalczyć lepszego losu. Kontentują się okruchami szczęścia, jakich im dostarcza wielkomiejskie życie. Midinetka jest w dzisiejszym świecie bezwątpienia istotą wydziedziczoną. Wydziedziczoną z lepszej przyszłości, o którą wszystkie inne zawody się dobijają.

Wprawdzie z szeregów midinetek rekrutują się nieraz znane artystki filmowe i sceniczne i te wszystkie sławy przejściowe, które stanowią specjalność wielkomiejskiego życia, lecz, ogółem biorąc, los ich nie jest do pozazdroszczenia. Za wesołym uśmiechem, ukazującym piękne ząbki i zaróżowioną buzię, kryją się nieraz tragedje, ciche, porywające, o których epilogu czytamy pod rubryką zbrodni.

Nic też dziwnego, że właśnie one, te biedne dziewczyny, pracujące nieraz nad siły, zapełniają najliczniej wszelkie lokale rozrywkowe. Nie mają czasu na wyspanie się ani na spokojne zjedzenie posiłku, znajdują czas na taniec, dający im złudzenie dostatniego życia, a śmiejące się i rozbawione otoczenie ludzi łudzi je, że i one należą do tych osób, dla których świat i szczęście stoją otworem. Niedawno temu znany lekarz angielski stwierdził, że większość wypadków choroby płucnej, anemji i t. d. pochodzi u tych dziewcząt z nienormalnego i nadwyraz niezdrowego trybu życia, polegającego na ciężkiej pracy we dnie, a w nocy na zabawie i hulance.

Choć dzisiejsza Mimi Pinson nie nosi krynolin i bufiastych rękawów, lecz skromne sukienki, to jednak również i dziś w jej życiu więcej jest cieni i cierni niż radości.

Jan Godziemba

Tygodnik AS nr 18, 30 czerwca 1935 (s. 18–19)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *