Psychologja śmiechu

Harold Lloyd w charakterystycznych rogowych okularach.

Napisał Harold Lloyd

Człowiek, na którego spada w życiu dużo nieszczęść i katastrof, może być pewny, że odniesie w filmie duży sukces. Ja sam jestem tego najlepszym dowodem. Prędko po wstąpieniu do wytwórni odkryłem, że ścieżka, wiodąca do sukcesów, jest równie kamienista, jak ta, która, wykuta w skale, prowadzi do Dublinu. Doznałem bowiem na niej wszelkiego rodzaju szturchańców i przykrości, które niejednego flegmatyka zmusiłyby do zupełnej rezygnacji.

Pierwszą rzeczą, jakiej musiałem się nauczyć po rozpoczęciu pracy w studjo, to umiejętność „padania”. Byłem tak dalece zdecydowany zdobyć kawałek chleba codziennego we filmie, że nie przestraszały mnie nawet największe złośliwości ze strony kolegów. Zdecydowałem się nie ustępować nawet wtedy, gdy zaproszono mnie do udziału w „bumpsach” i „brodiesach”.

Czem właściwie są te „bumpsy” i „brodiesy”? Postaram się to wyjaśnić tym, którzy stoją zdala od życia filmowego. Oba określenia pochodzą ze studja filmowego i określają wszelkiego rodzaju wyczyny akrobatyczne, jak skakanie, upadanie i t. d. Człowiek, który „upada”, nazywa się „bumperem”.

Otóż i ja byłem takim „bumperem”, gdy w r. 1914 zacząłem pracować w „Keystone Company”, grając rolę włoskiego handlarza owocami. Przygotowałem się do tej roli bardzo starannie. Jednak dyrektorowi nie zależało, zdaje się, zbyt wiele na tem, czy będę wyglądał jak chłop włoski, czy też jak rybak norweski. Zadanie moje można było streścić w kilku słowach: „Motocykl przejeżdża przez wózek z owocami, a właściciel jego upada w sposób nadwyraz śmieszny”.

Zachodziło więc pytanie, czy będę umiał tego dokazać, czy też jestem niezdatnym do niczego aktorem. Przypadkowo filmy „Keystone Company” obejmowały całe serje takich „upadków”, a reżyserzy znani byli z wielkiego znawstwa w tym kierunku. Istotnie aktorzy tej wytwórni „padali” jak nikt dotychczas.

Mój wózek na owoce był składany, to też gdy przejechał po nim motocykl, rozleciał się na dwa kawałki, a owoce pofrunęły na wszystkie strony. Co do mnie, to dałem fantastycznego susa w powietrze i wylądowałem wśród pomarańcz, bananów i innych owoców na… plecach. Zobaczywszy ten wyczyn, zarówno dyrektor, jak też wszyscy ludzie, znajdujący się w studjo, bili mi brawo i przyjęli mnie do swego grona.

Fachowcy określają taki „upadek”, zresztą zupełnie bez powodu, cyfrą 108. Zaczyna się on wyskoczeniem w powietrze, przyczem aktor schyla głowę, potem następuje pół salta mortale i „lądowanie” w nieprawdopodobnej pozie.

Wówczas nie zastanawiałem się nad tem, jakie komiczne elementy składają się na taki skok, wywołując śmiech u publiczności. Potem, po nakręceniu szeregu filmów, doszedłem do przekonania, że ludzie śmieją się dlatego z tego rodzaju scen i wogóle znajdują coś śmiesznego w zachowaniu się komika filmowego, ponieważ odnajdują w tem wszystkiem własne słabostki i swoich znajomych, absurdalności i niedociągnięcia życia. Zdaje im się, że śmieją się z grającego aktora, a tymczasem śmieją się sami ze siebie.

Jedynym sposobem, aby zmusić ludzi do wesołości, jest być przedewszystkiem sobą, a więc nie udawać. Wiem o tem może dlatego, że przeszedłem przez całą skalę kreacyj filmowych i oberwałem nieraz silne razy. Przez ten czas odczuwałem w wysokim stopniu zdolność rozśmieszania innych. Musiałem być smutny, jeżeli miałem wywoływać śmiech. Interpretując role wesołe, znosiłem nieraz męki Tantala, byle tylko dobrze je odegrać. Pokazywałem publiczności już wcześniej to, co mnie spotykało dopiero później, a ona, przypatrując się otchłani, otwierającej się ze szczytu drapacza nieba, i wiedząc, że za chwilę zepchną mnie w nią, śmiała się już zgóry. Bo takim jest widz kinowy.

Pytano się mnie nieraz o sposób wywoływania piorunującego wrażenia u publiczności. Równie dobrze możnaby się mnie spytać, jak głębokiem jest morze lub ile metrów długości obejmuje wszechświat. Na takie wnikliwe pytanie zawsze odpowiadam: „To przychodzi samo z siebie. Na końcu zawsze się jakoś udaje”.

Nie istnieje żadna ogólnie dająca się zastosować reguła, według której możnaby zdobyć sukces filmowy. Cała sprawa nie jest tak prostą, jakby się zdawało, gdyż to, co się podoba dzisiaj, może spotkać się jutro z niepowodzeniem. Gust publiczności ciągle się zmienia. Ludzie żądają ciągle nowych typów i tematów. Z tem wszystkiem musi się liczyć producent filmowy, a nawet uprzedzać wymagania publiczności. Najlepszym może sposobem jest ciągła zmiana typów i wprowadzanie nowych, pod warunkiem jednak, że leżą one wszystkie w kręgu życiowym publiczności. Powinny one pobudzać fantazję i nie przekraczać granicy rzeczy możliwych.

Niektórzy autorzy scenarjuszów popełniają błąd, przenosząc akcję na jakąś oddaloną wyspę i tworząc nieprawdopodobne sytuacje. Zapominają o fakcie, że znane historje, budzące sympatję otoczenia i łączące się z faktycznemi zdarzeniami, są najbardziej lubiane przez widza kinematografu. Film taki musi jedynie zawierać nieoczekiwane tricki i różne niespodzianki, jak n. p. że ktoś w najlepszem swem ubraniu wpada naraz do kałuży. Istnieje przecież tyle tragedyj różnego rodzaju, a każda indywidualna przykrość wzbudza u poszczególnych jednostek wspomnienie osobistych przejść.

W początkach mej karjery filmowej zdarzało się wiele takich wypadków, które wzbudzały wesołość u otoczenia. Można mi jednak wierzyć na słowo, że kosztowały mnie one wiele nerwów i wysiłków fizycznych, że były, razem wzięte, jedną wielką dla mnie przykrością. I może właśnie dlatego publiczność reagowała tak żywo na nie — śmiała się, nie wiedząc, że w rzeczywistości ogląda na ekranie człowieka najbardziej udręczonego.

Harold Lloyd

Tygodnik AS nr 18, 30 czerwca 1935 (s. 20)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *