Daleko na morzach południowych, na zachód od wielkich wysp Sundajskich, leży gromada mniejszych wysp, objętych wspólną nazwą Bali. Okrywa je bujna, tropikalna roślinność, zamieszkują je pierwotne plemiona, przekazujące z pokolenia na pokolenie stare kulty i obrzędy, kryte zazdrośnie przed oczyma niepowołanych profanów, a zwłaszcza białych. Mimo prymitywnego sposobu życia ludność tubylcza posiada własną, wysoko rozwiniętą kulturę, uzewnętrzniającą się w pieśniach, tańcach, wierzeniach i obrzędach.
Wspaniały klimat oceaniczny, łagodzący tropikalną spiekotę, powoduje obfitość wszelakich owoców w malowniczo położonych lasach, obfitość zwierzyny łownej i ryb w kryształowo czystych wodach. Potrzeby mieszkańca tych wysp są dość skromne. Za mieszkanie wystarcza chata, sklecona z bambusowych kijów, kryta liśćmi palmowemi, o ścianach plecionych z rafji lub bambusowych prętów. Tubylcy nie znają prawie odzieży, ograniczając się w życiu codziennem do kolorowej przepaski na biodrach z kawałka jedwabiu lub do krótkiej sukni plecionej z rafji.
W to prymitywne życie coraz bardziej wdzierać się poczyna kultura białego człowieka. Odwieczne puszcze, gdzie kryją się stare świątynie, przecinają dziś wspaniałe autostrady, po których mkną wytworne limuzyny bogatych turystów lub też przedstawicieli rządów białego człowieka. Coraz częściej rajski spokój tych wysp zakłóca łoskot motorów i gwar obcych dźwięków, coraz częściej o ścianę puszczy uderza chrapliwy głos radja i gramofonu. Bali poczyna się cywilizować. Poczyna nabierać kultury. Czy kultury…?
Zwróćmy uwagę na kulturę, która jeszcze istnieje — kulturę przekazaną przez pokolenia, a uzewnętrzniającą się w tajemnych obrzędach tubylców.
Wszędobylski Cook potrafi wszystko urządzić. Dla wzmożenia ruchu turystycznego poświęca się wszystko, nawet prastare tradycje. Świętym był dotychczas uroczysty obrzęd Soerabaja, stare święto, w którem mogli brać udział tylko tubylcy. Święto pełne niezwykłych, egzotycznych śpiewów, egzotycznej muzyki i przepięknych tańców symbolicznych. Święto, którego główni uczestnicy występują w bogatych, wzorzystych szatach, święto obchodzone w atmosferze pełnej egzotycznej woni kadzideł, palonych w przepięknych urnach.
Jeszcze dziesięć lat temu biały człowiek, który swą obecnością chciałby splamić uroczystości Soerabaja, zginąłby bezapelacyjnie. Ale dziś… Dziś do „Tanam Bali”, do serca południowego Bali, do raju, do wspaniałych ogrodów okalających świątynie, zawiezie turystę usłużny przewodnik europejskich biur podróży. Oczy „białego” mogą obserwować rytualne tańce, a objektywy jego aparatów fotograficznych mogą notować na kliszach piękne fragmenty niezapomnianych uroczystości.
Wspaniałą autostradą, biegnącą przez puszcze, w której ku niebu wystrzelają wysokopienne palmy, w której wysoko rosną wonne orchideje, drzewiaste mimozy, upajające wonią swych kwiatów akacje, w której korony drzew i gąszcz pnączy tworzą sklepienie nieprzepuszczające prawie promieni słonecznych, w której podszyciu kwitną przecudowne formą, barwą i wonią kwiaty — autostradą pełną krzyków i świergotów barwopiórego ptactwa podążamy do celu.
W pewnym punkcie puszcza rozrywa się na dwie połowy, przed nami leży wieczne, skąpane w słońcu, głośno szumiące morze z rojem wysepek, z których każda jest rajskim ogrodem. Ponad srebrny pas oceanu, na tle ciemnego błękitu nieba, widnieje królewski szczyt Gunung Agung.
Zajeżdżamy do Bangli, głównej wsi i rezydencji książęcej na południu Bali. Dzieci bawią się w słońcu przed drzwiami domostw. Nie boją się nas, uśmiechają się ku nam, rzucają na nas kwiaty. Wysokie, krzepko zbudowane mieszkanki wsi dźwigają na głowach potężne kosze pełne owoców. Przystają na chwilę, patrzą w naszą stronę dużemi, łagodnemi oczyma i pokazują perłowe zęby w uśmiechu.
Na placu tanecznym, przed świętem drzewem, przystaje samochód. Wita nas stary kapłan, strażnik świątyni. Siadamy dokoła na składanych, przywiezionych z sobą krzesłach i czekamy na widowisko. Atmosferę przepełnia wonny, odurzający zapach dymów kadzideł.
Po chwili rozlegają się ciche, przejmujące akordy. W monotonnym rytmie, w coraz potężniejszych akordach płynie dziwna melodja. Śpiewa chór. Jakże wspaniale ześpiewany! To dopiero wstęp, to uwertura do dramatu muzycznego, jakiego za chwilę będziemy świadkami.
Tygodnik AS nr 10, 5 maja 1935 (s. 18)