Książę z „trente-et-quarante”

Służący podszedł do auta i otworzył drzwiczki…

Powieść Williama J. Makina. Tłumaczenie autoryzowane Jana Maleszewskiego. — Rozdział III: Chesham wchodzi w krąg tajemnic. Rozdział IV: Piraci z Piccadilly.

— O, bardzo dobrze się czuję! — rzekł nieco drwiącym tonem.

— Ale jak mógł sobie pozwolić na tak wielką stratę? — pytała się nieco natarczywie, podczas gdy Chesham mięszał łyżeczką herbatę w filiżance.

— Któż może sobie dzisiaj pozwolić na stratę dziesięciu tysięcy? — odpowiedział wymijająco.

— Jedynie warjaci lub miljonerzy — odrzekła. — Czy był on miljonerem?

— Nie, proszę pani, te dziesięć tysięcy funtów szterlingów stanowiły cały jego majątek. — Chesham zamyślił się.

— I tak wszystko zaryzykował?

— Dlaczegóżby nie? Lepiej spróbować szczęścia i zrobić z nich sto tysięcy, jak prowadzić skromną egzystencję w pokojach umeblowanych i żyć z dochodu tych dziesięciu tysięcy. Ale może pani jest wyznawczynią zasady unormowanego i spokojnego życia? To stało się w ostatnich czasach dewizą narodową nieomal.

Chesham zaczął gryźć duży kawałek „toastu”, jak gdyby chciał dalsze słowa, które miał wypowiedzieć, zdusić w ten sposób. Zresztą nie miał ochoty mówić, a wiedział, że oczy pięknej dziewczyny szukają go.

— Wie pan, chętniebym poznała tego człowieka, którego pan widział w Monte Carlo — rzekła spokojnie.

— Wątpię, aby go pani poznała — odparł nieco podejrzliwie, nalewając sobie herbaty do filiżanki.

— Dlaczego pan tak twierdzi?

— Nie przypuszczam, aby… pokazywał się w dobrem towarzystwie po tym wypadku.

Zaśmiała się. Był to przemiły śmiech, który jednak wstrząsnął nim.

— Czy pan grał może kiedy w grę zwaną „Pinero”? — zapytała znów dziewczyna o kasztanowatych włosach.

— Nie przypominam sobie, abym grał w „Pinero”. Lecz dlaczego się pani pyta?

— Pańska uwaga robiła wrażenie, jak gdyby to było zdanie z tej właśnie gry. Była to taka piękna, staroświecka gra z czasów króla Edwarda. Ale ma pan może papierosa?

— Oczywiście, proszę pani.

Mówiąc te słowa, Chesham przypomniał sobie równocześnie, że właśnie papierosów nie miał. Papierośnica jego została w pewnym składzie jubilerskim w Beausoleil w okolicy Monte Carlo. Zaczął się lekko tłumaczyć.

Wyjęła złotą papierośnicę i podała mu ją. Wziął papierosa, a gdy zapalał zapałkę i podawał ją swej towarzyszce, ręka mu zadrżała. Różowe jej wargi, trzymające papierosa, robiły na nim ogromne wrażenie.

— A gdzie on teraz przebywa? — znów zapytała.

— Kto?

— Ten pan, który przegrał te dziesięć tysięcy funtów w Monte Carlo.

Wzruszył ramionami.

— Przypuszczam, że wraca znowu do Anglji. Zarząd kasyna w razie, jak ktoś zgra się do nitki, daje takiemu nieszczęśliwcowi trochę pieniędzy i bilet pierwszej klasy do jego ojczyzny.

— Oczywiście — wypuściła dym ustami. — A może nawet jedzie naszym pociągiem.

— Bardzo możliwe.

Chesham spojrzał się na nią nieco podejrzliwie.

— Ale panby go poznał oczywiście?

— No, naturalnie.

Naraz zjawił się kelner i, wręczając Cheshamowi papierek, rzekł:

— Pański rachunek, sir.

Chesham nie spojrzał się wcale na podaną mu kartkę. Ruchem niedbałym wyjął banknot dziesięcioszylingowy i rzucił na tacę trzymaną przez kelnera.

— Nie potrzeba reszty.

Kelner skłonił się służbiście i rzekł:

— Bardzo dziękuję, sir. Za piętnaście minut będziemy na stacji Victoria.

Chesham sięgnął do swej kieszeni. Była już zupełnie pusta. A gdy zwrócił się w stronę swego vis-à-vis, przekonał się, że młodej kobiety już nie było.

Rozdział III. Chesham wchodzi w krąg tajemnic.

Zabłysły światła Londynu. Dały się słyszeć typowe dla wielkiego miasta głosy i hałasy podmiejskich pociągów, elektrycznej kolejki, aut i wozów. Dały się widzieć czerwone, zielone i żółte światła, pochodzące z tysięcznych reklam świetlnych, napisów, lamp i domów. Coraz więcej świateł. „Złota Strzała” mknęła w tem morzu świetlistem z całym rozpędem. Wkrótce miało się dać słyszeć dudnienie pociągu wjeżdżającego pod ogromne sklepienie dworca. Lekkie szarpnięcie i pociąg stanął.

— Victoria! — dały się słyszeć głosy konduktorów, a równocześnie nawoływania pasażerów, dających rozkazy bagażowym, zamawiających dorożki i cisnących się ku wyjściu.

Chesham rzucił okiem naokoło, szukając młodej kobiety w brązowej sukni. Zdawało mu się, że widział ją wychodzącą z wagonu, ale może się mylił. Zresztą tak było może nawet lepiej. Byłoby bezwzględnie ambarasującem znaleźć się znów w jej towarzystwie ze swemi dwoma kuferkami, resztkami swego majątku, i namyślać się, co dalej należy robić. Przybywszy bowiem do Londynu, nie miał najmniejszego pojęcia, co ze sobą pocznie.

Gdy zbliżał się wraz z innymi pasażerami do wyjścia z wagonu i widział wynoszone kufry, walizki i nesesery, obliczał ich wartość w myśli i zastanawiał się nad tem, ileby można dostać za nie w pierwszym lepszym lombardzie. Artur Chesham nie posiadał nawet przysłowiowego grosza. Ostatnie jego dziesięć szylingów wydał na herbatę z keksami.

— Dzień dobry, kochanie. Cieszę się, że widzę cię. Możesz mnie zabrać na kolację, a potem pojedziemy na przyjęcie do ambasady — dał się słyszeć głos kobiety ubranej w piękne futro, która witała się ze starszym panem, wracającym z kuracji w Spa.

Chesham zamyślił się na chwilę. Miesiące temu i on chodził na przyjęcia do ambasady, a obecnie był parjasem wielkiego miasta. Czekały go nędzne obiady i mieszkanie kątem w jakiejś podejrzanej dzielnicy. Ze złością ujął swoje dwie walizki.

Namyślając się, w którym kierunku iść, i zwolna posuwając się ku wyjściu, Chesham natknął się na mężczyznę w liberji, który zbliżając się zdjął czapkę i rzekł:

— Niech pan pozwoli, sir. — Wyciągnął rękę w kierunku kuferków, trzymanych przez młodego Anglika.

— Nie, dziękuję — odparł Chesham, przypominając sobie, że przecie i tak nie mógłby dać służącemu najmniejszego napiwka.

— A jednak ja pana poproszę o oddanie tych walizek — kontynuował szofer z uprzejmym uśmiechem.

Ku wielkiemu swemu zdziwieniu Chesham widział, jak szofer wziął z jego rąk obie walizki i zwrócił się w kierunku wykwintnej, wysoce eleganckiej limuzyny, która czekała przed dworcem. Był to samochód, jakie się widuje jedynie w wielkich miastach, samochód, który musiał kosztować kilka tysięcy funtów.

Chesham starał się protestować przeciwko niezrozumiałej uprzejmości szofera. — Ale mylicie się, mój przyjacielu — rzekł.

Spostrzegł, że szofer przypatrywał się z pewnem zainteresowaniem jego walizkom, które posiadały nalepki, w jakie zaopatrują hotele zagraniczne bagaż swoich klientów. Na walizkach Cheshama znajdowała się kolekcja tych nalepek, a między innemi figurowała jedna czarno-biała, na której widniał dziwny znak, przedstawiający dwie kości i czaszkę. Chesham pomyślał sobie, widząc tę nalepkę, że wziął z wagonu cudze walizki, lecz spojrzawszy jeszcze raz przekonał się, że były to jego własne.

— Nie zachodzi tu żadna omyłka, proszę pana. Oczekują pana, sir — rzekł szofer.

— Ja zupełnie nic nie rozumiem — zaczął tłumaczyć Chesham.

Szofer podszedł do auta i otworzył drzwiczki. — Niech pan będzie łaskaw wsiąść.

Auto było wybite szarą skórą, a szereg niklowych przyborów dodawał temu wnętrzu dużo uroku. Gdy się siadało w niem, zdawało się, że się tonie w puchu. Chesham przypomniał sobie, widząc wnętrze automobilu, swój szary wjazd do Anglji, którego jakgdyby symbolem były szare chmury i szare morze. Nie namyślał się dłużej i wsiadł, drzwiczki zatrzasnęły się, a szofer usiadł przy kierownicy. Motor zawarczał i auto pomknęło z dworca Victoria w morze świateł Londynu.

— Oczywiście, że cała historja jest głupią omyłką — myślał Chesham. — Pomylono mnie zapewne z jakimś młodzieniaszkiem, na którego czeka jakaś starsza pani, a cała historja skończy się tem, że nie zdążę już do żadnego lombardu. W każdym razie, siedząc za temi szybami, jestem bezpieczny przed biedą i przykrościami na kilka chwil.

Ze śmiechem nieco złośliwym oparł się o poduszki, czekając, dokąd zaprowadzi go ta dziwna awantura.

Nie potrzebował długo czekać. Z ogromną pewnością w kierowaniu szofer prowadził auto poprzez liczne, zapełnione autami ulice, jadąc w stronę Piccadilly. Auto mknęło ulicą, która ze wszystkich stron posiadała ogromne, rzucające snopy światła latarnie, tonąc niejako w tem lśniącem morzu. Dodawało to pewności siebie Cheshamowi, który zaczął się pod tem wrażeniem czuć lepiej, jak poprzednio. W drodze doleciał do niego dźwięk zegara, bijącego na jakiejś wieży. Było kwadrans na ósmą.

— Jestem ciekaw, gdzie będę się znajdował za pół godziny. — Nie dokończył jeszcze tej myśli, gdy auto stanęło wzdłuż trotuaru.

Poprzez tłum ludzi, który płynął trotuarem, zobaczył otwarte drzwi jakiegoś eleganckiego domu, które pozwalały mu spojrzeć do wnętrza rzęsiście oświetlonego. Służący w krótkich spodniach podszedł do auta i otworzył drzwiczki.

— Dobry wieczór, sir — rzekł, skłaniając się głęboko.

Chesham stanął na trotuarze i zauważył, że kilka osób zazdrośnie patrzało się na wspaniałe auto i na wytwornego kamerdynera, który prowadził Artura do pałacyku. Za nimi postępował szofer, niosący obie walizki. Niedaleko wejścia siedział jakiś niewidomy, wyciągając patetycznie rękę z kapeluszem. Instynktownie Chesham sięgnął do kieszeni, by dać mu jałmużnę. Przypomniał sobie jednak zaraz, że nie ma ani grosza.

— Tędy, sir.

Służący w liberji czekał w drzwiach. Wchodząc do domu, Chesham podniósł głowę, by mu się przyjrzeć, i zauważył numer domu. Dom miał liczbę 70a.

Rozdział IV. Piraci z Piccadilly.

Drzwi się zamknęły za Cheshamem, a służba zdjęła z niego płaszcz i odebrała kapelusz. Kamerdyner poprowadził go przez klatkę schodową, wyłożoną grubym dywanem.

— Mam nadzieję, że panu będą się podobać jego pokoje, sir — rzekł służący, gdy szli długim korytarzem. — Gdyby pan coś potrzebował, proszę zadzwonić do mnie nadół.

— Dobrze, zadzwonię. Jak wam jest na imię?

— Juljan, proszę pana.

— A nazwisko tego…

Chesham wskazał ręką na otoczenie, w którem się znajdował, chcąc dowiedzieć się przynajmniej trochę o nowem miejscu pobytu.

— Piraci, proszę pana.

— Ach, tak, Piraci — rzekł Chesham tonem nieco niepewnym.

Był to zapewne jakiś klub, a chociaż Chesham nie słyszał nigdy o nim, to nie przeszkadzało, że mógł taki istnieć. Dzisiaj przecie kluby powstają przez noc i trwają dosyć krótko. Chesham był już zbytnio zamieszany w tę całą przygodę, aby dłużej się pytać. Ale Juljan zatrzymał się przed drzwiami, które otworzył przed gościem.

— Oto są pańskie apartamenty, sir. Mam panu przypomnieć, że obiad jest o ósmej. O tej zresztą godzinie zbiorą się goście. Pan zajmie swoje miejsce przy końcu stołu na 10 minut po ósmej. Mam nadzieję, że nie ma pan co do tego żadnych wątpliwości.

— Zupełnie jasne, Juljanie. Rozumiem.

Chesham starał się nie okazywać żadnego zdziwienia. Gdy drzwi się za nim zamknęły i Juljan za niemi zniknął, młody człowiek zobaczył swoją twarz w lustrze na drugim końcu pokoju.

Był to wspaniale urządzony pokój, który odznaczał się przedewszystkiem umiarkowaniem i prostotą w stylu mebli, które jednak musiały być bardzo kosztowne. Widział naokoło lustra, meble o metalowych, lśniących obiciach i charakterystyczne linje dla nowoczesnego urządzenia. Posadzkę przykrywał puszysty dywan o wzorze bardzo oryginalnym. Ściany oświetlone były dyskretnie schowanemi lampami. Na jednym ze stolików znajdowała się lampa w postaci szklanej kolumny. Chesham, nacisnąwszy guzik, zapalił ją.

— Pokój urządzony zupełnie jak dla jakiejś gwiazdy filmowej — rzekł do siebie. — Ale dlaczego ja tu mam mieszkać?

Podczas inspekcji, którą przedsięwziął po swoim pokoju, odkrył metalową czarną skrzynkę, znajdującą się niedaleko elektrycznego kontaktu. Znajdował się też tam guzik, który go zaintrygował. Nacisnąwszy go, natychmiast pokój napełnił się głosami dochodzącemi z jakiejś rosyjskiej orkiestry bałałajek. Grała ona jakąś smutną melodję, która razporaz przechodziła w gwałtowny rytm wesołości, aby potem znów przejść do smutniejszych akordów. Niewiadomo dlaczego Artur Chesham musiał ciągle myśleć o dziewczynie w brązowej sukni, z którą mówił godzinę temu w ekspressie „Złota Strzała”. Przypominał sobie żywo czerwone złoto jej włosów, mocne i otwarte spojrzenie jej oczu i śliczny wykrój młodych ust. Miejsce numer 13! Przygoda, która trwała 50 minut. A teraz?

— Dzień dobry, panie Chesham, czy mogę wejść?

Spojrzał przypadkiem w lustro, które wisiało obok niego, i zobaczył młodą kobietę w brązowej sukni. Stała u wejścia do pokoju, a oczy jej, szare, przyglądały mu się z zaciekawieniem, podczas gdy usta uśmiechały się nieco. Zamknęła drzwi za sobą i postąpiła kilka kroków w jego stronę.

Była to kobieta z ekspressu „Złota Strzała”.

(Ciąg dalszy nastąpi).

Tygodnik AS nr 2, 10 marca 1935 (s. 21–22)

Udostępnij ten artykuł