Jadłem obiad w Pekinie

Jedna z ulic Szanghaju, urozmaicona licznemi reklamami świetlnemi, które nadają jej feeryczny wygląd.

Być w Pekinie i nie jeść obiadu po chińsku…

Już dawno prosiłem mego przyjaciela Chińczyka, lekarza z zawodu, którego poznałem w czasie studjów w Paryżu, ażeby zaprowadził mnie kiedyś do restauracji, w której mógłbym zjeść prawdziwie po chińsku. Życzeniu mojemu stało się zadość. Spotkaliśmy się w najwytworniejszej restauracji Pekinu.

Wszedłem obszernemi schodami, lśniącemi od czystości, do wielkiej sali o białych ścianach, bez wszelkich ozdób. Przypominała ta sala pokój operacyjny lub też ambulatorjum w modnem sanatorjum. Tylko w kątach, na postumentach, stały lśniące białe, złocone wazy chińskie, przekreślone czarną sylwetą chińskiego smoka. Mleczne, rozproszone światło wypełniało przestrzeń.

Restauracja mieści się w obrębie czterech pięter. Przyjaciela spotkałem na drugiem piętrze. Tam to znajduje się obszerna jadalnia, ale nie w sensie jadalń, jakie zwykliśmy sobie wyobrażać. Lokal składa się z szeregu małych pokoików. W każdym takim pokoiku stoi tylko jeden stół. Pokoik, a raczej separatka, jest oddzielony od reszty sali ciężkiemi kotarami.

Lampy są przysłonięte barwnemi abażurami, a ściany są jasne, utrzymane w jednym tonie. Obrusy na stołach śnieżno-białe. Z boku, na przystawnym stoliku, stoi olbrzymia ilość małych tac, filiżanek, talerzyków, podstawek itd. W miejsce noży i widelców podają chińskie pałeczki z drzewa hebanowego, ze srebrnemi okuciami. Pałeczki są ponadto bogato inkrustowane. Z początku trudno niemi jeść, ale po tygodniu człowiek się przyzwyczaja i chętniej posługuje się niemi, aniżeli naszem ciężkiem nakryciem.

Usiedliśmy przy stole. Kelner przyniósł kilka małych talerzyków z ziarnkami melona. Każda chińska uczta zaczyna się od ziarnek melona. Są wcale smaczne.

Tygodnik AS nr 10, 5 maja 1935 (s. 26)

Udostępnij ten artykuł