W Paryżu, w miejscu, gdzie w r. 1845 Robert Houdin założył w Palais Royal swój teatr, do dziś dnia mówi nam o tem płyta pamiątkowa, głosząc jego sławę jako „znakomitego prestidigitatora i obywatela-wynalazcy”. Prestidigitator — to mało, obywatel-wynalazca — to dużo. Ale Robert Houdin był nietylko dobrym manipulatorem i jeśli się wie, że potrafił wyczarować żywego, białego królika ze swego cylindra, to nie można zapominać, że przedtem, zanim stał się tego rodzaju sztukmistrzem, był znakomitym zegarmistrzem i jeszcze lepszym mechanikiem. Jako pracownik pilny i inteligentny, zbudował on wiele zabawek mechanicznych i „odświeżył” sztukę konstruowania automatów.
Poszukiwaczy na tem polu pociągała zawsze chęć stworzenia żyjących figur. Przeszło dwa wieki przed erą chrześcijańską Heron z Aleksandrji i Filon z Bizancjum mówili już o głębokich grotach, zaludnionych żywemi figurynkami — pozostawili jednak opis tych widowisk tak skąpy, że nikt ze studjujących ich słowa nie potrafił nigdy ożywić tych cudownych mechanizmów, które czarowały aleksandryjskich obywateli.
Leonardo da Vinci zaatakował problem automatów. Znakomity malarz florencki posiadał przecież tytuł uczonego mechanika, a historja przypomina nam, że skonstruował m. in. w roku 1509 lwa z okazji przybycia do Florencji Ludwika XII.
W kościołach trzeba szukać najwięcej skomplikowanych figurynek ze świata żyjących mechanizmów. Najsławniejszy ze wszystkich zegarów, zegar katedry w Strasburgu, podziwiany jest do dziś dnia. Obecny powstał w połowie ubiegłego stulecia, ale poprzedziły go dwa inne, z których pierwszy został skonstruowany w r. 1352, drugi w r. 1594. Z tych dwu poprzednich zostały tylko szczątki mechanizmu i śpiewający kogut, znajdujący się obecnie w miejscowem muzeum.
Drobiazgowa praca w tym kierunku i uciążliwe poszukiwania, ażeby uzyskać zupełnie naturalne poruszenia figurek, interesowały nietylko zwykłych rzemieślników XVII stulecia. Descartes skonstruował mechaniczną służącą, a Pascal pozostawił świadectwo swoich poszukiwań w swych słynnych maszynach do rachowania, pierwszych próbach stworzenia sztucznego mózgu, które były prymitywnemi modelami dzisiejszych, tak pospolitych maszyn do rachowania.
W wieku XVIII, tem stuleciu lekkiem i wesołem, ukazało się mnóstwo automatów. Był to czas zabawkowych karoc mechanicznych, ptaków śpiewających w złotych klatkach, lasek ozdobionych słowikami i innych najrozmaitszych drobiazgów, rozweselających wielkich panów. Jeden z wytwórców tych automatów, Vaucanson, zrobił majątek, pokazując naprzód na dworze królewskim, a potem sprzedając w wielkiej ilości swych graczy na flecie, tamburzystów i swoje żywe kaczki. Wkrótce później Jaquet-Droz skonstruował inne automaty, jeszcze więcej godne podziwu: rysownika, pisarza, muzyka — od tego czasu jednak nie osiągnięto już jego perfekcji.
Co jeszcze jest dziwniejsze, że zabawki te funkcjonują do naszych dni i wróciły tam, gdzie były konstruowane, a mianowicie do Neuchâtel w Szwajcarji. Warto zobaczyć tam automaty, które pozdrawiają zwiedzających, kaligrafując starannie różne zdania albo rysując. Wszystkie słowa i rysunki są rezultatem kombinacyj mechanicznych, niesamowicie skomplikowanych.
Moda automatów utonęła w morzu rewolucji, ożyła natomiast podczas cesarstwa i restauracji, ale w gorszym już stylu. Powoli zabawki te zdemokratyzowały się, a choć ptaki śpiewające utrzymały się w modzie, to jednak robiono je już serjowo z przeznaczeniem dla Chin i Indyj. Grające pudełka potaniały i w tej dziedzinie stworzono nawet cygarniczki, grające walca z „Fausta”. Dzisiaj zniknęło już to wszystko i czasem tylko ze zdziwieniem napotyka się na coś podobnego na targowiskach starzyzny.
Podczas tego upadku i standaryzowania zabawek mechanicznych jeden tylko Robert Houdin tworzył automaty oryginalne i niezwykłe, któremi posługiwał się w swym teatrze paryskim przy bulwarze des Italiens. Był tam mały piekarczyk, był tańczący arlekin — prawdziwe cuda. Następnie złożono te dzieła niezwykłej pomysłowości, pracowitości i umiejętności w muzeum sztuki i rzemiosła. Tam, jak się wydawało, było dla nich odpowiedniejsze miejsce.
Tymczasem jednak muzeum nie spisało się, gdyż, zaniedbawszy niezwykłe automaty, pozwoliło na to, że poginęły prawie wszystkie i dziś „tamburzystka”, skonstruowana około r. 1780 przez Roentgena i Kinzinga, która tak bardzo podobała się Marji Antoninie, została sama w wielkiej sali zegarowej. Dla rozrywki ma tylko licznych towarzyszy: mechaniczne zabawki, podobne do tych, które przetrwały do dziś. Z prac Roberta Houdina pozostała tylko „Lekcja śpiewu” nietknięta i w całości.
Nasze dzisiejsze automaty są daleko więcej prozaiczne. Żyjemy w epoce robotów, które są ciężkie i masywne. Każą nam je podziwiać jako wykwit inteligencji współczesnej, co nie jest prawdą, gdyż są one mechanizmami zaledwie trochę więcej precyzyjnemi od automatów Vaucansona, ale o ileż brzydszemi!
Jeżeli pominiemy stronę techniczną automatów i zagłębimy się nieco w ich psychologję, stwierdzimy, że istnienie ich daje nam pod wieloma względami dużo do myślenia. Przecież automat, będąc kopją człowieka, ma swoje niesamowite własne życie i przecież zdarzyć się może, że zdoła zaskarbić sobie serce człowieka, który zwątpił już w swych braci, ludzi żyjących.
Na tem tle powstała w końcu XIX wieku jedna z najlepszych powieści fantastycznych, poczęta w nadwyraz pomysłowym i oryginalnym umyśle francuskiego autora, Augusta hr. de Villiers de l’Isle-Adam. Opowiada on w swej powieści dzieje młodego człowieka, który, zawiedziony przez swoją ukochaną, nie może się jednak pozbyć miłości do niej i w tym celu wpada na niebywały pomysł skonstruowania kopji swej narzeczonej, pozbawionej tych wszystkich wad, które raziły go u żywej kobiety. Zwraca się w tym celu do „Czarodzieja z Menlo Park”, Edisona, który czyni zadość jego żądaniom i buduje mu automatyczną kobietę.
Jakkolwiek myśl przewodnia powieści trąci zbyt fantastycznemi sytuacjami, to jednak posiada ona znacznie większą głębię, niżby się mogło zdawać. Autor chce się poprostu rozprawić z okolicznością, na którą zresztą nie ma sposobu, że pozory tak dalece mylą, iż unicestwiają nieraz mniemanie, jakie się powzięło o danej osobie. Człowiek jest w ciągłem poszukiwaniu ideału i pomimo iż tysiące razy się zawiódł, zawsze jednak daje się zwieść mirażowi szczęścia. Niema tych zawodów oczywiście tam, gdzie postaci uroczej kobiety nie zamieszkuje dusza, zmieniająca się nieraz jak kameleon, tylko poprostu maszynerja, która w całości zależy od naszej woli i daje sobą kierować.
Ciekawym jest epilog powieści, polegający na tem, że zakochany młodzieniec przenosi wszystkie swoje uczucia na automat, przywiązuje się do niego bodajże więcej niż do oryginału i czuje się zupełnie szczęśliwy. Trzeba autorowi wierzyć na słowo. A zresztą bez tej metamorfozy duchowej powieść pozbawiona byłaby całego efektu psychologicznego.
Czytając te zdania, trzeba przypuszczać, że ów młodzieniec musiał być dobrze zrażony do świata, jeżeli przenosił bezduszny mechanizm nad uroczą młodą kobietę. Niewiadomo jednak, czy nadwyraz praktyczny i postępowy wiek XX nie narzuci ludzkości poglądów z owej powieści i nie zastąpi różnych emocyj psychologicznych różnemi mechanicznemi sztuczkami. Przyszłość okaże, czy ludzie wolą znosić cierpienia z rąk ludzi żywych, czy też automatów.
zet.
Tygodnik AS nr 17, 23 czerwca 1935 (s. 18–19)