Ciekawość szkodzi szczęściu

Ilustracja do noweli „Ciekawość szkodzi szczęściu”. Rys. A. Żmuda.

Nowela. Marja Manberowa. Ilustr. A. Żmuda

— Czem mogę służyć?

Bazar rozbrzmiewał tem pytaniem przez dziewięć godzin zrzędu. Każdy dział pęczniał od natłoku kupujących. Było po pierwszym, początek sezonu letniego. W atmosferze unosiła się zapowiedź wyjazdów. Ekspedjentki opuszczały swe placówki zziajane, wyczerpane, ochrypłe, z odrętwiałemi kończynami i mózgami. Trzeba było wycisnąć ze siebie maksimum pracy i użyteczności, zamienić się w automaty pracy i sprawności.

— Czem mogę służyć? — zwróciła się Justyna do klientki, wtaczającej się do działu trykotaży z czterema pociechami.

— Poproszę o skarpetki dla moich małych. Uf! Gorąco! Bysiu, przestań drapać się w głowę! Zdejm buciki, to pani przymierzy ci nowe skarpetki.

— Przepraszam, ale u nas się skarpetek nie mierzy — zauważyła Justyna z uprzejmie wymuszonym uśmiechem.

— Taaak? No to poszukam sobie bardziej wyrozumiałej firmy. Nie myślę kupować kota we worku tylko dlatego, że pani jest za leniwa. Dosyć sklepów w mieście. Chodźcie, dzieci! — Gromadka wydreptała posłusznie za mamą, jak kurczęta za kwoką.

Justyna rozśmiała się wesoło. Jeszcze w zeszłym tygodniu byłaby chyłkiem zerkała w stronę szefa, czy przypadkiem nie widział jej porażki. I byłaby drżała ze strachu. Ale teraz…

— Czego się pani właściwie śmieje? — Kasjerka, stara panna, zaszyta po czubek włosów w swojej pracy, była szczerze zdumiona. — Interes się nie udał, szef zerka w tę stronę, a pani się weseli?

— Panno Lolu, zaraz pani wytłumaczę, ale pssst! Słowo honoru, że ani mru-mru?

— Cóż to, pani mnie nie zna? Milczę jak grób. No, gadaj, mała. Oświadczył ci się kto?

— Nieee! Jeszcze się taki nie znalazł, coby mnie wogóle zauważył!

— Bo pani ma chorobę wmawiania sobie, że jest brzydka. A pani poprostu nie chce czy nie umie się ubrać. Młoda dziewczyna, nigdy nieupudrowana, blada, szara, bez ondulacji! A któż to widział? Gdybym była chłopcem, samabym na panią nie spojrzała!

— No dobrze, niechże już pani przestanie zrzędzić! To się wszystko zmieni, gdy tylko… Czem mogę służyć?

Oglądanie, przymierzanie w lustrze. Klientka stwierdza, że kombinacja wprawdzie ładna, ale… Wkońcu dochodzi do porozumienia. — Kasa!

Justyna przysuwa się do Loli.

— Więc wszystko to się zmieni, bo — bo od kilku dni jestem bardzo bogata. Zaraz pierwsza. Pójdziemy na obiad, ja funduję. W restauracji wszystko pani wyjaśnię. Czem mogę służyć?…

Nareszcie. Zegar wybił pierwszą. Powietrze rozdygotało od tonów hejnału. Justyna zamknęła szufladę i udała się z Lolą do garderoby. Przebrały się i wyszły.

Lola spoglądała przez drogę podejrzliwie na towarzyszkę. Upiła się? Oszalała? Jest bogata i sterczy w budzie? — mówił jej wzrok.

Weszły do restauracji. Justyna zamówiła dwa obiady. Na stole pojawiła się apetyczna, dymiąca zupa. Ale Lola siedziała jak na szpilkach.

— Jak Boga kocham, że pani ma specjalny talent torturowania człowieka! Ani jeden kęs mi przez gardło nie przejdzie, zanim się o wszystkiem nie dowiem!

Justyna wybuchnęła śmiechem. Jaka komiczna jest ta Lola!

— Mówiłam pani, że jestem sierotą. To nie było takie ścisłe. Miałam jeszcze ojca. Ale nie wiedziałam nawet, czy żyje. Zostawił matkę, gdy miałam trzy lata, i wyjechał do Ameryki. Po prawdzie, matka była z tego zadowolona, bo ją strasznie torturował. Była przekonana, że zginął marnie gdzieś w Nowym Jorku czy w Chicago. I ja też tak sądziłam. Po śmierci matki musiałam przerwać naukę i zarabiać na życie. Byłam samiuteńka. Jedna z moich nauczycielek poleciła mnie jako dochodzącą korepetytorkę do córeczki naszego szefa. Później wziął mnie do sklepu. Otóż przed kilku dniami zawiadomił mnie notarjusz, że ojciec mój, którego właściwie nie znałam, umarł w Ameryce i zostawił mi duży majątek.

— Duży?! Ile?…

— Około 200.000 dolarów.

Lola skoczyła jak na sprężynach. Salaterka z mizerją przewróciła się na jej suknię.

— Matko Boska!! — Niewiadomo, czy okrzyk ten wywołała wymieniona suma, czy widok zniszczonej sukni, którą starała się oczyścić serwetą.

— Głupstwo. Kupię pani nową. I niejedną. Muszę przecież sprawić komuś uciechę!

— Dziękuję. Ale podziwiam panią! Opowiada pani o tem tak sobie, jak z gazety, a to przecież pani sama zamieniła się z biedaczki w miljonerkę. Ojej, nie wytrzymam! Głowa mi pęknie albo coś się ze mną stanie! No, to się dopiero zaczną chłopcy uwijać koło pani.

— A właśnie, że nie!

— Jakto nie? Więc nie ma pani tych pieniędzy, czy co?

— Mam! A właściwie będę je miała za kilka tygodni, po załatwieniu formalności. Są pewne, jak to, że siedzimy tutaj i zajadamy tę leguminę. Ale chłopcy nie będą się koło mnie uwijali. Nie chcę i już. Przedewszystkiem nikt nie będzie wiedział, że mam pieniądze. Tak sobie to umyśliłam. Pani mnie chyba nie zawiedzie, prawda? — dokończyła błagalnie.

— Nie, nie zawiodę. Ale nic jeszcze nie rozumiem, dlaczego…

— Otóż… tylko niech się pani ze mnie nie śmieje!… — Na twarzy jej wykwitł rozmarzony uśmiech. — Chciałabym, aby znalazł się mężczyzna, któryby pokochał mnie dla mnie samej, nie dla pieniędzy. A takie marzenia mogą mieć tylko bogate dziewczęta.

— Co za wykrętne pojmowanie sprawy! — żachnęła się Lola. — Przecież tylko biedna dziewczyna może być pewna, że jej nikt nie weźmie dla pieniędzy, bo ich niema!

— Może być pewna, to prawda. Ale nie może o tem marzyć. Bo biedna dziewczyna nieczęsto zwraca na siebie uwagę. Jest zanadto zatroskana i zapracowana. Bogata natomiast ma wszelkie dane, żeby się podobać. Ale marzy o tem, żeby mężczyzna zakochany nie brał jej pieniędzy pod uwagę. Więc będę dalej na posadzie, ale wyjadę, a raczej wyjedziemy obie zagranicę, ładnie ubrane, jak dobrze płatne urzędniczki na urlopie. Dam się uczesać u fryzjera, trochę się wymaluję, aby jednak być podobną do ludzi. Gdy zjawi się odpowiedni chłopiec, musi być przekonany o mojem ubóstwie. Wiem, że nie jestem ładna…

— Pani jest tylko zgaszona pracą! — zaoponowała Lola. — Ale gdy to minie i ubierze się pani jak kobieta, która chce się podobać, może pani być nawet bardzo ładna! Rysy ma pani regularne, włosy gęste, figurkę zgrabną. Czego pani właściwie chce?

— Przypuśćmy, że jest tak, jak pani mówi. Tem lepiej. Pojedziemy nad morze, dobrze? Nigdy w życiu nie widziałam morza! — rzekła tęsknie.

— Pociesz się, kochanie, i ja także. Powiedziałam sobie, że jeżeli dwa takie urlopy w Jastarni lub w Orłowie nie osiągną celu, otworzę sklep i nigdy nie wyjdę zamąż. Wolę zostać starą panną, jak być uważana za dodatek do majątku — zawołała z zawziętością.

* * *

— Raaaz, dwaa i trzy!

Skok, plusk, bryzg słonej wody. W ciągu kilku sekund zataczało opięte w trykot kąpielowy ciało płynny łuk w powietrzu, niby ptak olbrzymi, i zanurzało się w szmaragdowo-szarej toni. Justyna przypatrywała się zazdrośnie zielonej otchłani. Zła była na siebie, że nie potrafi opanować swego tchórzostwa. Pływała słabo i bała się skakać. Tak potworny lęk ściskał ją za gardło, ile razy sprężyła do skoku swe smukłe ciało… Stojąc na skraju deski, przeżywała wszystkie emocje skaczących, ale nie mogła się na skok zdobyć.

Spróbuje jednak. Jeżeli inni to potrafią, to dlaczego i ona nie miałaby dokonać tego samego? A więc… raaz, dwaa i trzy!! Nie, to jeszcze niewłaściwa pozycja. Jeszcze raz. No, odwagi. Raaaz, dw…

— Ra… ra… tunku!! To… nę!!

Przez głowę, zamroczoną szumem wody, przelatywało pytanie: kto mnie popchnął?… Dlaczego?… Umieram… nie… wydobędę się… słabo… mi… ciemno…

W tej chwili poczuła chwyt silnych ramion. Uczepiła się kurczowo swego wybawcy. Lecz ten zerwał ze siebie kleszcze jej palców. Jedną ręką chwycił ją za kostjum, drugą pruł fale. Już dopływają do brzegu. Justyna poczuła gorącą radość życia. Jest ocalona…

Rozgrzany piasek rozlał po skórze Justyny strugę ożywczego ciepła. Wargi i język szczypał ostry alkohol, wlewany troskliwie do ust przez jej wybawcę. Otworzyła oczy. Jaki przystojny i miły! Jeżeli to on ją zepchnął ze skoczni, gotowa mu wybaczyć…

Nie, to nie on. Dowiedziała się o tem w pół godziny później, gdy, przebrana w suchy kostjum rezerwowy i otulona w cape kąpielowy, siedziała z nim w restauracji plażowej w towarzystwie Loli. Nazywał się Zdzisław Osetko. Jest szoferem prywatnym. Skończył gimnazjum, lecz nie miał na studja, przeszedł więc kurs szoferski. Marzy o otwarciu własnych garaży samochodowych. Praca wdzięczna, przedsiębiorstwo rentowne, dające niezależność. Ale na to trzeba dużo pieniędzy… Westchnął, podpierając piękną, ciemnowłosą głowę na muskularnej ręce.

Zkolei opowiedziała mu Justyna o sobie. Jest biedną urzędniczką biurową. Przez cały rok oszczędzały z ciotką, aby wyjechać nad morze. Cóż z tego, kiedy pływa kiepsko. A tak strasznie lubi wodę!

— Głupstwo! Nauczę panią. To żadna sztuka. Trzeba wytrwałości i odwagi — ot i wszystko.

Tak mile narzucił jej swoje towarzystwo, że przyjęła je z ochotą. Zaczęły się dni najrozkoszniejszego wysiłku, pokonywania we dwoje oporu fal morskich. Lola nie dała się skusić do wzięcia udziału w ich wycieczkach.

Po trzech tygodniach pływała Justyna wyśmienicie. Pogoda sprzyjała przez cały czas. Z żalem myślała o tem, że już wkrótce stanie za ladą sklepową, z przyklejonym do warg uprzejmym uśmiechem, z wzrokiem utkwionym wyczekująco w klientce lub w kliencie. Postanowiła być konsekwentna. Oj, za warto udawać ubogą dziewczynę, gdy się ma taką wprawę w tej roli i gdy chodzi o wywalczenie szczęścia na całe życie…

* * *

Już stół nakryty. Jak rozkosznie pachną kwiaty! Zdzisław będzie zadowolony.

I Justyna przyglądnęła się swojej postaci w lustrze ze szczerem zadowoleniem. No, trzeba przyznać, że zmieniła się na korzyść przez tych dziesięć lat niezmąconego szczęścia. Zdzisław stale jej to powtarza, że staje się coraz piękniejsza. Coprawda, taki zakochany mąż patrzy na żonę przez bardzo różowe okulary… Dziesięć lat minęło od nieudałego, a tak szczęśliwego skoku do wody. Do dnia dzisiejszego nie wie, kto ją pchnął ze skoczni. Ale błogosławi tego człowieka z całego serca!

Ileż się nacierpiała, gdy przekonała się, że spadek po ojcu był tylko fikcją! Człowiek, który zostawił swej córce 200.000 dolarów, nosił to samo imię i nazwisko, co jej ojciec, ale był zupełnie obcy. A chociaż Zdzisław nic nie wiedział o jej aferze spadkowej — zdołała utrzymać to przed nim w tajemnicy — był właśnie w owym czasie dziwnie markotny.

Ha, trudno. Wspaniała niespodzianka nie udała się. Nie mogła obdarzyć ukochanego męża fortuną za jego bezinteresowne uczucie, jak sobie to uplanowała w najskrytszych marzeniach. Na domiar złego przez dwa lata spłacała notarjuszowi dług, zaciągnięty na wyjazd nad morze.

Dzięki Bogu, ma już to wszystko poza sobą. W ciągu tych 10 lat oszczędzali i dorobili się małego kapitaliku. Zdzisław jest właścicielem wymarzonych garaży. Są idealnie szczęśliwem małżeństwem. Dzieci, rozkoszna parka, są przedmiotem podziwu wszystkich znajomych.

Ktoś dzwoni. Pewno Zdzisław. Nie, to jakiś obcy głos męski. Otwierają się drzwi. Nieznajomy mężczyzna wita się serdecznie.

— Wybaczy pani to niespodziewane najście, ale… No, no, ktoby to pomyślał, że z niepozornego pączka rozwinie się kwiat tak wspaniały! — zawołał ze szczerym zachwytem.

— Pan mnie zna? A ja…

— A pani mnie nie zna. Wiem o tem. Jestem Henryk Kosalski, przyjaciel Zdzisława i kolega z ławy szkolnej.

— Przepraszam, ale mój mąż nigdy mi o panu nie wspominał…?

— Nic dziwnego, wstydził się biedaczysko. Przecież to ja wyswatałem państwa. Może w sposób dotychczas niepraktykowany, ale szczęśliwy, jak mnie Zdzich zapewniał.

Zadużo zagadek, stanowczo zadużo. Justyna była nieco oszołomiona. Uprzejmie wskazała przybyszowi miejsce.

— Proszę usiąść. Doprawdy, jestem bardzo ciekawa, jaki związek ma osoba pana z naszem małżeństwem?

— Niebardzo pochlebny dla nas! — roześmiał się gość. — Byłem dependentem u notarjusza, który zajmował się pani spadkiem. Opowiedziałem o tem Zdzisławowi. Postanowiliśmy śledzić panią, aby Zdzisław mógł zdobyć jej rączkę i posag. To ja właśnie pchnąłem panią do wody, Zdzisław zaś grał rolę wybawcy. Świetny kawał, prawda? — chichotał Kosalski.

Twarz Justyny poszarzała i zgasła. Więc to tak! Jej ubóstwiany, „bezinteresowny” mąż pospolitym łowcą posagowym! Jakie to smutne i druzgocące. Runęła rozkoszna fikcja szczęścia… Nie spełniło się marzenie jej życia…

— A gdy przekonał się, że się zawiódł…? — wyjąkała z trudem.

— Wtedy było już zapóźno.

— No tak — westchnęła. — Wtedy byliśmy już po ślubie.

— Ależ nie o to chodzi! Było zapóźno, bo był już zakochany w pani bez pamięci. Nigdy nie spotkałem człowieka, któryby aż tak szalał za własną żoną! Z pani musi być prawdziwa czarodziejka. Ile razy spotykamy się, powtarza z zapałem, że mnie zawdzięcza szczęście, jakie przypada w udziale bardzo nielicznym mężczyznom!

Justyna ożywiła się. Zapłonęła jak młoda dziewczyna. Cóż to, łzy? Chyba tak. Ale jest bardzo, szalenie szczęśliwa…

W przedpokoju rozległ się głos dzwonka. To on! Zanim otwarły się drzwi, zdołała jeszcze szepnąć Kosalskiemu z gorączkowym pośpiechem:

— Błagam pana, niech mu pan nie powie, że ja już wiem o waszym spisku sprzed dziesięciu laty. Tak będzie napewno lepiej. Bo widzi pan… w małżeństwie prawda niezawsze jest wskazana i celowa.

Marja Manberowa

Tygodnik AS nr 17, 23 czerwca 1935 (s. 9–10)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *