„As” speakerów mówi: „Najdramatyczniejszy moment w mem życiu”…

Tadeusz Bocheński, „as” speakerów Polskiego Radja.

Tadeusz Bocheński.

Dochodziła druga po południu. Korzystając z przerwy w transmisjach radjowych, rozmawiam z Tadeuszem Bocheńskim w zacisznem studio speakera. Ściany niewielkiego pokoju, wyłożone specjalną masą izolacyjną, tłumią wszelkie odgłosy dochodzące z zewnątrz. Podłogę pokrywa bardzo gruby dywan. Na stole speakera stoją skomplikowane aparaty elektryczne, łączące go z rozmaitymi działami transmisji. Przez pociśnięcie guzika speaker dopuszcza do głosu prelegenta czy śpiewaka, lub też wyłącza mikrofon.

Myli się ten, kto sądzi, że zadaniem speakera jest tylko zapowiadanie poszczególnych części programu, że wystarczy jedynie radjofoniczny głos. Na jego barkach spoczywa niejednokrotnie odpowiedzialność za całość i ciągłość audycji. Trzeba doskonale orjentować się w transmisji, ażeby umieć w odpowiedniej chwili wypełnić niespodziewaną przerwę lub zręcznie wybrnąć z ciężkiej sytuacji. Trzeba wiedzieć, jak zastąpić prelegenta, który nie przybył, lub czasem nawet orkiestrę czy zespół operowy. W tym celu speaker ma przygotowane teksty pogadanek, odczytów oraz komplety płyt gramofonowych.

Tadeusz Bocheński, obecnie niewątpliwie jeden z najpopularniejszych ludzi w Polsce, był przed 8 laty studentem polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Wybitnie utalentowany recytator, niemal od ukończenia gimnazjum występuje z powodzeniem na estradach. Znany jest nietylko w Warszawie, ale i w całym kraju. Z wielkim zapałem i talentem propaguje na niezliczonych wieczorach młodą poezję polską z Lechoniem, Tuwimem i Wierzyńskim na czele.

— Gdy Polskie Radjo rozpisało konkurs na speakera — rozpoczyna „as” speakerów naszego radja opowiadanie — zgłosiłem swoją kandydaturę. Głos mój uznano za radjofoniczny i w ten sposób rozpoczęła się moja karjera…

— W pierwszych miesiącach miałem nieopanowaną tremę przed mikrofonem. Mówienie do martwego aparatu, za którym kryją się tysiące niewidzialnych słuchaczy, napawa niewypowiedzianą trwogą, której doznają ci wszyscy artyści i mówcy, którzy po raz pierwszy stają przed mikrofonem. I dziwna rzecz. Dawniej dotkliwie odczuwałem brak kontaktu z publicznością. Teraz odwrotnie: osiem lat pracy przy mikrofonie przywiązało mnie do ciszy i samotności studia. Teraz obawiam się bezpośredniego zetknięcia z publicznością. Przyzwyczajony do skryptu, nie chciałbym obecnie recytować, nie mając przed oczami tekstu utworu. W związku z tem przeżyłem nawet przed mikrofonem bardzo ciężką chwilę.

— Miałem recytować poemat Lechonia „Mochnacki”. Wygłaszałem go już wiele razy na wieczorach poetyckich i umiałem dobrze na pamięć. Ulegając przyzwyczajeniu lat ostatnich, sięgnąłem przed audycją po tom poezyj tego autora. Jakież było moje przerażenie, gdy w chwili otwarcia mikrofonu spostrzegłem omyłkę. W zbiorze nie było „Mochnackiego”. W pierwszej chwili dosłownie mnie „zatkało”. Myślałem już o wyłączeniu mikrofonu, gdy, zebrawszy wszystkie siły, w najwyższem podnieceniu rozpocząłem recytację. Audycję przebrnąłem szczęśliwie, nie „sypnąwszy się” ani razu.

— Chyba nie było to najdramatyczniejszym momentem w pańskiem życiu? — rzuciłem pytanie.

— O nie! Najcięższe chwile przeżyłem przed osiemnastu laty w Rosji. Urodzony i wychowany na Ukrainie, chodziłem do szkół w Kijowie. Byłem w szóstej klasie, gdy wybuchła rewolucja. Kijów, nieszczęśliwe miasto, przechodził dziesiątki razy z rąk do rąk. Niekończące się walki pomiędzy bolszewikami, białymi i petlurowcami rozgrywały się na ulicach, zmuszając mieszkańców do spędzania całych tygodni w piwnicach.

— Pewnego dnia, w czasie zdobywania miasta przez bolszewików, wybiegłem na plac Sofijski. Dnia poprzedniego z placu tego gromiła bolszewików baterja ukraińska. Dziś już jej nie było. Na placu pozostały tylko umocnienia pozycji artyleryjskiej. Byłem pewien, że walka narazie jest skończona. Nagle rozległ się zupełnie blisko charakterystyczny świst pocisku, który pękł na środku placu. To bolszewicy, „wymacawszy” pozycję artylerji ukraińskiej, zaczęli prażyć z armat ustawionych po drugiej stronie Dniepru. Plac Sofijski stał się celem ich pocisków. W jednej chwili cały opustoszał i zostałem sam. Nieliczni przechodnie ukryli się natychmiast w bramach i piwnicach domów.

— Gmach katedry drżał w posadach. Z okien domów sypały się szyby. Tu i owdzie wybuchał ogień. Sytuacja była fatalna. Nie mogłem nawet myśleć o ucieczce, gdyż pociski padały co chwila w inną stronę. Wkońcu zdobyłem się na odwagę i rozpocząłem „odwrót”. Padając co chwilę na ziemię, przebiegłem wśród pękających pocisków wielki plac Sofijski, docierając wreszcie do nawpółotwartej bramy. Kilka osób, które obserwowały moją ucieczkę z bombardowanego przez bolszewików placu, powitało mnie jak po powrocie z tamtego świata. Nikt nie liczył, że wyjdę z tego cało. Pamiętam jakiegoś żołnierza, który podobno uciekł z pozycji i przez cały czas bombardowania placu klęczał w bramie, modląc się żarliwie.

— Na panu nie powinno to chyba robić takiego wrażenia — powiedziałem mu. — Widział pan napewno na froncie dużo gorsze sceny.

— Wierzcie mi — przekonywał nas żołnierz — że w polu znosi się to dużo łatwiej. Ogień artyleryjski w mieście ma w sobie coś piekielnego.

Huk pękających pocisków wśród murów odbija się dziesięciokrotnem echem. Błyski wybuchającego ognia i brzęk tłuczonego szkła potęgują okropność sytuacji.

— Gdy następnego dnia, towarzysząc pewnej nieszczęśliwej rodzinie, udałem się do prosektorjum miejskiego, aby szukać zaginionego, oglądałem pełny obraz nieszczęścia, jakie dotknęło miasto. W wielkiej sali prosektorjum ułożonych było na podłodze kilkaset trupów poległych. Leżeli rzędami, ciasno obok siebie. Wielu z nich śmierć zastała na ulicy.

— Uciekłem… Ciężko mi do tych strasznych chwil powracać pamięcią.

W. M.

Tygodnik AS nr 7, 14 kwietnia 1935 (s. 6)

Udostępnij ten artykuł