Melodja maszyn…

Parowóz wyprodukowany w Fabryce Lokomotyw w Chrzanowie.

W Fabryce Lokomotyw w Chrzanowie.

Ciszę poranku rozdziera przeciągły gwizd syren fabrycznych. Szerokie bramy warsztatów pracy wchłaniają w siebie szare tłumy robotników. Po chwili gmachy te tętnią już życiem.

Wejdźmy za temi tłumami. Jesteśmy w nowoczesnej fabryce lokomotyw. Oszałamia nas dziwna melodja, płynąca z maszyn, z piekielną zawziętością wżerających się zębami-nożami w najtwardszą stal, aby nadać jej takie kształty, jakich wymaga człowiek. Szum motorów elektrycznych, jazgot i zgrzyt mniejszych i większych obrabiarek, przeciągły jęk suwnic przewożących ciężary, rzężenie pilników, zdzierających powierzchnie żelaza — oto najpiękniejsza melodja czasów dzisiejszych: melodja pracy.

Wsłuchani w ten przedziwny rytm, idziemy dalej. Oto uwagę naszą zwraca różnorodność obrabiarek: tokarń, frezarek, wiertarek. Jedna, pochwyciwszy żelazną część składową lokomotywy w swoje szpony, gryzie ją zębami równo i metodycznie. Inna znów wprawia obrabiany przedmiot w ruch wirowy, drąc z niego długie, skręcające się pasy żelazne, mieniące się różnemi kolorami pod wpływem powstającego przy tej operacji ciepła.

Wśród obrabiarek widać olbrzymie murowane stoły z metalowemi, kilkunastocentymetrowej grubości płytami. Są to stoły „traserskie”, na których odbywa się bardzo odpowiedzialna praca, wykonywana przez specjalistów „traserów”. Mają oni za zadanie oznaczyć na częściach parowozów miejsca podlegające obróbce. Takie oznaczanie miejsc obróbki odbywa się w ten sposób, że powierzchnię części podlegającej obróbce maluje się pokostową farbą, a na niej rylcem stalowym określa się te miejsca, na podstawie dokładnych rysunków opracowanych przez techników pod nadzorem inżynierów. Rzemieślnik, pracujący przy maszynie, ma przez to ułatwioną kontrolę pracy maszyny.

Idziemy dalej, do kuźni (młotowni), której specjalny charakter pracy da nam niewątpliwie szereg silnych wrażeń.

Rozgrzane, spocone twarze robotników świadczą o tem, że praca nie jest tu łatwa. Wzrok nasz pada na rozżarzony do białości blok żelaza, opuszczający w tej chwili ziejącą ogniem paszczę pieca kuźni. Przy pomocy dźwigów blok podstawiony jest pod olbrzymich rozmiarów młot. Chwila i… rozlega się głuchy grzmot… Zadrżała ziemia, zadźwięczały szyby… Młot spadł i znów idzie w górę… Wtem odzywa się młot drugi, trzeci, dziesiąty… Grzmi melodja młotów. Blok żelazny zmienia kształty, wydłuża się, stygnie i ciemnieje…

Lecz oto znów inna melodja: wycie elektrycznych wiertarek, nerwowy i przeraźliwy stukot nitowniczek, chrzęst ciętego na nożycach żelaza, dźwięk przekładanej blachy, a nad tem wszystkiem zgrzyt dźwigów — wszystko to na nowo porywa nas w wir i szalone tempo pracy nad skompletowaniem poszczególnych części, połączeniem ich ze sobą i stworzeniem cudownego dzieła techniki — lokomotywy.

Tu rzucają się nam w oczy potężne cielska kotłów lokomotyw z przyczepionemi do nich mrówkami-robotnikami, tam znów uwagę naszą odwraca dzwonek suwnicy, podnoszącej kocioł na ostojnicę.

Wszystko posuwa się szybko i sprawnie. Każdy wie, co do niego należy i jaką ma wykonać pracę. Liczne części składowe, w liczbie kilku tysięcy sztuk, łączą się ze sobą, tworząc okazałą całość. Dużych rozmiarów koła, podające jedno drugiemu swe ręce — wiązary — gotowe są już do uniesienia kilkutysięcznokilogramowego ciężaru wykończonego i polakierowanego parowozu.

Niestety, parowóz jest jeszcze martwym przedmiotem, niezdolnym do samodzielnego życia. Życie musi być dopiero w nim rozbudzone. Dopóki krążąca we wnętrzu lokomotywy woda (krew) nie rozgrzeje się do tego stopnia, że wyzwoli się z niej para (duch lokomotywy), która wniknie w cały jej metalowy organizm, dopóty lokomotywa nie żyje…

Gdy buchnie w palenisku płomień, który przejdzie przez wnętrzności parowozu (składające się z rur zwanych płomienicami i płomieniówkami) i swą siłą przemieni wodę w parę, na jedno skinienie maszynisty — mózgu maszyny — zaskrzypią dźwignie, zgrzytną koła… lokomotywa poczyna żyć.

Nieśmiało, powoli stawia swój pierwszy krok. Gdy jednak minie bramę fabryczną, spojrzy oczami w szeroki świat, spostrzeże wytyczoną dla niej żelaznemi wstęgami szyn drogę — wtedy ze stalowej swej piersi wyda przeciągły gwizd i pomknie w daleki świat, porywając za sobą długi sznur wagonów… Z dumą wyrzuca z siebie pod niebo kłęby dymu i mknie, aby zbliżać ludzi i kraje, a czasem, gdy ktoś nie usłucha jej ostrzeżenia — przynosi śmierć i zniszczenie…

(Joz).

Tygodnik AS nr 7, 14 kwietnia 1935 (s. 15)

Udostępnij ten artykuł