Ziuk w szkole

Marszałek Piłsudski w mundurze gimnazjalisty.

Kpt. Mieczysław B. Lepecki, adjutant Marszałka Józefa Piłsudskiego. Wyjątek z pracy p. t. „Od Sybiru do Belwederu”, która ukaże się wkrótce w nakładzie „Bibljoteki Polskiej”.

Największy nawet człowiek wyrasta z małego dziecka. Marszałek Piłsudski był też kiedyś małym chłopcem, na którego wołano: Ziuk. Naturalnie, nikt wówczas nie przypuszczał, że wyrośnie z niego odnowiciel polskiej wolności, najpierwszy obywatel Ojczyzny i jej wódz. Był sobie taki mały, czupurny Ziuk i już. Jak wszyscy chłopcy, uczył się najpierw w domu, na wsi.

Wieś nazywała się Żułów i leżała w tej części Polski, którą nazywamy Wileńszczyzną. Należała do jego ojca, również Józefa, czcigodnego człowieka, chlubiącego się uczestnictwem w powstaniu w roku 1863. Piękna to była miejscowość, ten Żułów. Położony nad rzeką Maną wśród pięknych lasów i pól, był typowym dworem polskim, cichym, spokojnym, uroczym.

Mały Ziuk biegał jak młody źrebak i rósł jak prawdziwy dębczak: zdrowo i wysoko. Matka, pani Marja, miała z nim niekiedy dużo utrapienia, jak to zwykle bywa z takimi żywymi chłopcami.

Lata swobody i beztroski skończyły się jednak prędko. Pewnego dnia ojciec oświadczył krótko:

— Ziuk musi pójść do szkoły.

A trzeba pamiętać, że dawniej szkoła była moskiewska, chłopcom nie wolno było w niej mówić po polsku, zmuszano ich do używania mowy obcej, niezrozumiałej i nienawistnej. Nic też dziwnego, że dzień oddania dziecka do szkoły nie był wówczas, jak to jest teraz — dniem radości, lecz dniem smutku. Nic też dziwnego, że na samą wiadomość o postanowieniu ojca, matka przytuliła mocno Ziuka, jakgdyby go chciała obronić przed tą okrutną szkołą, gdzie młody Polak był szykanowany, gdzie deptano jego godność narodową i godność człowieka.

Nie było jednak innej rady — Ziuk musiał skończyć gimnazjum, aby móc później kształcić się dalej i zostać lekarzem, o czem stary pan Piłsudski marzył.

Był to właśnie rok 1877, gdy zamknęły się za nim drzwi klasy pierwszej gimnazjum wileńskiego.

Ciężko wówczas było w Polsce. Moskal, zgniótłszy krwawo niedawne powstanie, panoszył się na naszej ziemi, nadsłuchując pilnie każdego żywszego słowa polskiego, aby natychmiast je zdusić. Życie polskie zamknęło się jak w twierdzach, w domach prywatnych, do których dostępu obcy nigdy uzyskać nie potrafił.

Ziuk był mały, ale już wówczas pod wpływem słów matki, wielkiej patrjotki, budzącej w sercach swych dzieci już od najwcześniejszych lat miłość do biednej, uciśnionej Ojczyzny, począł odczuwać nienawiść do zaborcy i marzył o orężnej z nim rozprawie.

W gimnazjum rosyjskiem trzeba było mówić odrazu po rosyjsku, a tu Ziuk, znając wprawdzie już język francuski, rosyjskiego nie znał. Zaczęła się prawdziwa bieda. Biedny chłopiec kaleczył sobie język, a robił to tem niechętniej, że ruszczyzna była u Polaków w pogardzie, traktowano ją jako coś obrzydliwego, nieznośnego. Ziuk był jednak zdolny, trudności językowe pokonał prędko, a raz pokonawszy — przełamał trudności w nauce.

W tym samym czasie uczęszczał do gimnazjum jego starszy brat, Bronisław, który później, jako student uniwersytetu, został skazany przez sąd moskiewski za udział w ruchu politycznym na piętnaście lat katorgi, czyli ciężkich robót. Już jako dorosły mężczyzna, opowiadał Józef Piłsudski, że Bronisław był wzorem pilności i pracowitości. Ziuk podziwiał go za wielką rozumność i kochał mocno, ale nie zawsze naśladował. Zacietrzewiony w niechęci i nawet nienawiści do szkoły moskiewskiej, przenosił tę niechęć i do książek, przemawiających do niego językiem wrogów. Ratowały go jednak wielkie zdolności, łatwość przyswajania sobie wiadomości, doskonała pamięć i niebywałe wprost szczęście. Naogół jednak postępy w nauce robił dobre i jego dziennik nie widywał „dwój” ani „pałek”.

Dla młodego gimnazjalisty największem zdarzeniem w roku są, naturalnie, wakacje. W tem świat się mało zmienia. Tak jest i teraz i tak było w latach młodości dzisiejszego Pierwszego Marszałka Polski. Spędzał je Ziuk zwykle na wsi. Czasem w Żułowie, czasem zaś na Żmudzi, gdzie rodzice posiadali drugi majątek, Tenenie. Odwiedzał wówczas zawsze pana Tomasza Billewicza, swego dziadka ze strony matki, dostojnego starca, będącego senjorem licznych rodów Piłsudskich i Billewiczów, spowinowaconych z sobą licznemi węzłami pokrewieństwa.

Na wakacjach czas biegł, jak z bicza strzelił. Koń i strzelba, najmilsze rozrywki, nie odstępowały młodego Piłsudskiego. Widmo carskiej szkoły odsuwało się na dalszy, ledwie widoczny plan, życie nabierało barw i wesela. Beztroskie spędzenie paru tygodni pozwalało zebrać siły do dalszej walki o własną duszę, po którą nauczyciel-wróg wyciągał ręce.

Lata biegły. Rok po roku Ziuk przechodził z klasy do klasy, nigdzie nie „zimując”. Rok po roku przynosił do domu cenzury, na których wprawdzie nie roiło się od piątek, ale na których dwójek nie było zupełnie, a i trójek też nie zawiele.

Nadszedł wreszcie rok 1885, rok matury. Wiadomo, co to jest matura. Ciężki i trudny egzamin, do którego trzeba pracowicie i starannie przygotowywać się przez długie miesiące. Z próby tej wyszedł osiemnastoletni Józef Piłsudski zwycięsko. Uzyskał świadectwo dojrzałości, czem otworzył sobie drogę do dalszych studjów, oficjalnych, na uniwersytecie, i osobistych. Niestety, tego radosnego dnia nie doczekała Jego ukochana matka.

Kpt. Mieczysław B. Lepecki

Tygodnik AS nr 13, 26 maja 1935 (s. 4–5)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *