Kto zdobył tytuł „wielkiego łowcy posagów”?

Sergjusz Mdivani i Pola Negri podczas uroczystości ślubnych, które odbyły się na zamku słynnej artystki filmowej w Rueil we Francji.

„Młody człowiek na stanowisku poszukuje przystojnej, wysportowanej, młodej osoby do lat 30 w celach matrymonjalnych. Majątek dla wspólnego dobra chętnie widziany. Łaskawe oferty z fotografją kierować pod: „Strzały amora”.”

Tak mniej więcej brzmią tysiączne ogłoszenia, ukazujące się w dziennikach, a mające ułatwić stworzenie szczęścia rodzinnego. Takie szukanie żony pozbawione jest wprawdzie romantyczności, ale, jak oświadczyło mi kilka osób, jest praktyczne i współczesne. Dawniej związki małżeńskie szły koniecznie w parze z obfitemi łzami panny młodej, błogosławieństwem starszej generacji i wielkiem przyjęciem. Dzisiaj bierze się ślub prawie że mimochodem, a jedynie drugie śniadanie gromadzi trochę gości, poczem wyjeżdża się samolotem czy kajakiem na miesiąc miodowy.

Instytucja ta zmienia się jednak tylko co do form zewnętrznych. Samolot, auto czy kolej lub kareta nie przeszkadzają, że zawsze te same czynniki decydują o t. zw. „dobrej” partji: gotówka i względy socjalne.

Od niepamiętnych już czasów znajdowali się ludzie, którzy na małżeństwie opierali swe przyszłe sukcesy życiowe. I to nietylko sukcesy osobiste, ale też wielkość całych państw i dynastyj. Całe średniowiecze, jak również późniejsze czasy, pełne są na to przykładów. Gdyby przecież królowa Jadwiga oświadczyła, że przyszły małżonek Jagiełło jej się nie podoba, że się ubiera niemodnie i nie umie prowadzić inteligentnej konwersacji, Polska nie wyrosłaby może na takie mocarstwo, jakiem się stała przez wchłonięcie ziem litewsko-ruskich. Gdyby Stefan Batory, dzielny książę siedmiogrodzki, uważał swą przyszłą żonę Annę Jagiellonkę za zbyt starą, nie otrzymałby może królewskiej korony.

Ileż jednak razy pucołowaty bożek Hymenu, Amor, nie przedzierzgał się w krwiożerczego Marsa, który swoje strzały, używane dotychczas jedynie jako broń podjazdowa, zatruwał celem zniszczenia swych nieprzyjaciół! Przecież tak dobrane małżeństwo, jakim był związek między arcyksięciem Maksymiljanem a księżniczką Marją burgundzką, obchodzony w 1478 r. z wielkim przepychem, skończył się zatargiem o Burgundję, który trwał prawie że 300 lat. Otrzymawszy jako wiano Burgundję, Maksymiljan musiał ją wkrótce oddać swej córce Małgorzacie, narzeczonej ówczesnego Delfina, a późniejszego Karola VIII.

Jak wiemy, Habsburgowie uchodzili, i to słusznie, za ludzi, którzy, mówiąc językiem dzisiejszym, lubili się „przyżeniać” do posażnych jedynaczek. To, co im się udawało w ciągu ostatnich 300 lat, było szczytem sukcesów matrymonjalnych, jakie kiedykolwiek odniesiono. Strzały amora, będącego ogniomistrzem w wojskach habsburskich, były znacznie celniejsze od tych, które wypuszczały armaty z cesarskiego obozu. Przecież dzięki tym kombinacjom zdobyli nietylko Węgry, Czechy, Tyrol, ale również bogatą Hiszpanję z jeszcze bogatszemi kolonjami. Nic też dziwnego, że pewien poeta XVI wieku w panegiryku, ułożonym na cześć Habsburgów, zamieścił zdanie: „Bella gerant alii, tu felix Austria nube”.

Przeglądając galerję wielkich „posażników”, jak się wyrażano przed wojną, trzeba wymienić choćby dziadka byłego króla Ferdynanda bułgarskiego, który, ożeniwszy się z księżniczką Kohary, otrzymał za nią olbrzymie dobra na Węgrzech, w ostatnich zaś czasach takie efektowne małżeństwo zawarł kuzyn króla greckiego, książę Krzysztof, żeniąc się z wdową po amerykańskim miljarderze Williamie Bateman Leedsie, z domu Stewart. Dodać należy, że olbrzymi majątek szedł na propagandę monarchistyczną, która zrobiła swoje.

A cóż dopiero powiedzieć o małżeństwach w dawnej Rzeczypospolitej! Wszak Radziwiłłowie wyrośli na fortunach Kiszków i Illiniczów, Lubomirscy zdołali otrzymać część olbrzymiej sukcesji po ks. Ostrogskich, a Potoccy również dzięki szczęśliwym małżeństwom weszli w posiadanie olbrzymich fortun.

Wszystkie jednak wyczyny matrymonjalne bledną wobec kilku małżeństw ostatnich czasów, które odznaczyły się specjalnie efektownemi skutkami. Pewnego pięknego poranku cała Europa przedwojenna zelektryzowana została małżeństwem pięknego margrabiego Bonifacego de Castellane z p. Gould, córką jednego z „królów” amerykańskiego przemysłu. Wziął on za nią olbrzymią na ówczesne czasy sumę 60 miljonów franków, które wkrótce zamieniły się w wspaniały pałac, liczne ekwipaże, wielkie przyjęcia itd. Oczywiście, że nawet silne naówczas dolary nie wytrzymały zachcianek pięknego markiza i wkrótce zamieniły się… w protestowane weksle.

Wszystko to jednak zostało przewyższone przez sukcesy matrymonjalne rodziny Mdivanich. Pięcioro członków tej rodziny — Nina, Sergjusz, Roussie, David i Aleksy — mieli to wątpliwe szczęście, że przez dłuższy czas stanowili temat nietylko licznych reportaży, ale też jeszcze liczniejszych skandali. Dziwna to rodzina! Drobni ziemianie kaukascy byli synami rosyjskiego generała armeńskiego pochodzenia, właściciela około 30 domów w Tyflisie, któremu nigdy nie marzyła się światowa karjera dla jego dzieci.

Rodzeństwo Mdivanich posiadało jednak właściwy Armeńczykom zmysł kupiecki, to też, dostawszy się w r. 1917 do Konstantynopola, a następnie do Paryża, zorjentowali się, że dzięki swojej egzotyczności, zamieszaniu w całym świecie i pewnym walorom osobistym mogą zrobić pierwszorzędną karjerę. Przez dłuższy czas dwóch starszych synów było urzędnikami w amerykańskich biurach towarzystwa naftowego „Sinclair Oil Company”. Powróciwszy do Paryża, zamieszkali w Passy, na ulicy des Eaux. Roussie studjowała rzeźbę, a braciszkowie jej szukali bogatego łupu. W tymże czasie Nina Mdivani wychodzi zamąż za bogatego adwokata Huberticha.

Również i Roussie robi karjerę niepoślednią. Poznaje bowiem znanego paryskiego malarza Serta i wychodzi za niego zamąż w roku 1928. Oczywiście, że i tym razem, zgodnie z tradycją tej dziwacznej rodziny, nie obchodzi się bez rozwodu, gdyż Sert unieważnił w Rzymie swe pierwsze małżeństwo, aby ożenić się z piękną Armenką. Staje się ona wkrótce znaną postacią w Paryżu i figuruje jako bohaterka sztuki Alfreda Savoira na deskach teatralnych.

Mdivanowie mają dziwny „węch” w kwestjach matrymonjalnych, to też każdy z nich ma w zapasie kilka flirtów, które w danym wypadku mogą doprowadzić do małżeństwa. Sergjusz i David jadą do Ameryki i pracują przy eksploatacji nafty. Wkrótce David poślubia gwiazdę filmową Mae Murray, która jest dwa razy starsza od męża, ale ma wielki majątek. Sergjusz, poznawszy w Paryżu Polę Negri, primo voto hr. Eugenjuszową Dąmbską, wkrótce ją zaślubia. W tymże czasie na widowni występuje również najmłodszy z braci, Aleksy, który dotychczas studjował w Anglji. Zaprzyjaźnił się z rodziną Van Allenów i po pewnym czasie ożenił się z ich siostrą Ludwiką, bardzo posażną panną. Małżeństwo z Polą Negri stało się powodem wielkiego skandalu, gdyż Mae Murray pragnęła być jedyną księżną w Hollywood.

Wybitną rolę w tej rodzinie odegrał Aleksy, który okazał się pierwszorzędną głową do interesów. Udało mu się nietylko „zmontować” fikcyjne poselstwo gruzińskie, które zatwierdziło mu niemniej fikcyjny tytuł książęcy, ale dzięki swemu małżeństwu stał się właścicielem wspaniałej stajni wyścigowej i jednym z najbardziej znanych graczy w polo. W tymże czasie Sergjusz zdołał się rozwieść z Polą Negri i stara się, zresztą z dobrym sukcesem, o rękę Mary Mac Cormick, amerykańskiej multymiljonerki.

Wkońcu małżeństwo Aleksego z Barbarą Hutton, jedną z najbogatszych kobiet Stanów Zjednoczonych, właścicielką kilkuset magazynów o jednolitych cenach, w cerkwi prawosławnej sprowadza najwybitniejsze osobistości paryskiego świata na ten obrzęd. Małżeństwo to daje Aleksemu 20 miljonów dolarów „na rękę”. Wkrótce jednak skandale w tej rodzinie stają się tak głośne, że zarówno Mae Murray, jak i Mary Mac Cormick zamykają swe konta bankowe dla małżonków. Amerykańskie prawo małżeńskie, będące pod tym względem bardziej surowe od europejskiego ustawodawstwa, kwalifikuje obu braci podczas rozwodowych rozpraw jako… sutenerów. Obie panie uzyskują rozwód, a również Barbara Hutton porzuca ostatnio swego małżonka, wychodząc następnie zamąż za niemieckiego arystokratę.

Aleksy Mdivani posiada obecnie dwie stajnie wyścigowe w Paryżu, urządza światowe zawody gry w polo, poluje z maharadżą z Jaipuru na lwy i tygrysy. Braciszkowie jego spekulują na giełdzie i wszystko jest w najlepszym porządku.

Współczesne poglądy uczyniły niestety z instytucji, cieszącej się dotychczas czcią i poważaniem, taką samą transakcję handlową, jak każda inna. Upadły dawne tradycje i te wszystkie dodatki, które małżeństwu dawały dużo uroku i poezji, pozostała tylko intercyza ślubna, stanowiąca „clou” umowy małżeńskiej. Jakkolwiek zniknęły w wielu państwach urzędy łowczych nadwornych, to… łowcy posagowi istnieją w dalszym ciągu i bodajże mają znacznie wyższe apanaże, jak tamci. Co do Mdivanich, to nikt dotychczas nie przewyższył ich w umiejętności wyszukiwania, a co najważniejsze, zaślubiania bogatych jedynaczek.

Jan Maleszewski

Tygodnik AS nr 16, 16 czerwca 1935 (s. 4–5)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *