W 90. rocznicę urodzin Wilhelma Konrada Roentgena.
Mało który z wielkich uczonych osiągnął popularność równą popularności Roentgena. Nic w tem dziwnego, skoro odkrycie jego stało się epokowe zarówno dla nauk ścisłych, jak stosowanych, np. medycyny czy techniki. W dniu 27 marca minęło właśnie 90 lat od przyjścia na świat tego człowieka, którego nazwisko jest dziś znane we wszystkich zakątkach świata.
Wilhelm Konrad Roentgen, odkrywca tajemniczych promieni X, urodził się w r. 1845 w Lennep, na granicy niemiecko-holenderskiej, jako syn niemieckiego właściciela fabryki sukna i matki Holenderki. Wychowywał się w Holandji, gdzie uczęszczał do gimnazjum, którego jednak nie ukończył, gdyż nie odznaczał się wcale pilnością.
Był zato bardzo dobrym kolegą, co — jak to często bywa — odbiło się na nim fatalnie, gdyż zato, że nie chciał wyjawić nazwiska ucznia, który na tablicy narysował karykaturę profesora, został z gimnazjum wydalony.
Nie mając matury, zapisał się do szkoły budowy maszyn w Appeldoorn, gdzie jednak spowodu braku dyplomu nie mógł studjów kontynuować. Dowiedziawszy się, że na politechnice w Zurychu przyjmują bez matury, zapisał się tam, ale i w Zurychu nie odznaczył się początkowo niczem.
Dopiero jeden z nauczycieli, wyczuwając w Roentgenie pod warstwą lenistwa nieprzeciętne zdolności, potrafił dobrać się do jego ambicji i pod jego wpływem Roentgen zabrał się do pracy i uzyskał tytuł inżyniera.
Popularną podówczas w Zurychu była gospoda pod „Zieloną szklanką”. Zbierała się tam śmietanka intelektualna miasta, ale Roentgen bywał tam często po to raczej, by móc patrzeć w piękne oczy córki właściciela gospody, późniejszej swojej żony. Tak więc gospoda pod „Zieloną szklanką” stała się epokową w jego życiu, równocześnie jednak stała się epokową w życiu całej ludzkości. Tam bowiem poznał się Roentgen z wybitnym profesorem fizyki, Kundtem, który zaproponował wałęsającemu się bez zajęcia inteligentnemu młodzieńcowi stanowisko asystenta przy swojej katedrze i zaopiekował się nim, zabierając go z sobą do Würzburga.
Nie mając matury, nie mógł się tam Roentgen habilitować, a dopiero później, już na innej uczelni, wsławia się pracami naukowemi.
To jednak odkrycie, które uczyniło go nieśmiertelnym, przypada dopiero na okres, gdy Roentgen objął katedrę w Würzburgu. Od tej wiekopomnej chwili mija właśnie 40 lat.
Genjalne odkrycie Roentgena jest typowym dowodem tego, iż bardzo często największą zasługę przy wielkich odkryciach ma — przypadek. Tegosamego odkrycia, którego dokonał Roentgen, dokonać mógłby ktobądź, ale Roentgena wiekopomną zasługą jest to właśnie, że zorjentował się natychmiast w doniosłości tego odkrycia i jego konsekwencjach dla życia ludzkiego, i odkrycie to naukowo opracował i rozwinął.
Najrozmaitsze krążyły plotki na temat tego odkrycia. Tak np. opowiadano, że dokonał je służący laboratorjum, Marstaller, względnie jeden z asystentów Roentgena; inni znowu twierdzili, że myśl zasadniczą podsunął uczonemu jeden z jego przyjaciół. Wszystko to jest właściwie obojętną rzeczą, gdyż niezbitym faktem pozostaje to, że Roentgen, jedyny z pośród wszystkich, którzy odkrycia tego dokonać mogli, wyciągnął z niego należyte konsekwencje.
Pewnego dnia w r. 1895 manipulował Roentgen przy tak zw. rurce Hittorfa. Była to rurka szklana z wtopionemi w nią dwiema elektrodami metalowemi. Z rurki tej wypompowano powietrze i wtedy pod wpływem wyładowań elektrycznych, np. zapomocą silnego induktora, powstawał strumień promieni katodowych, dążących od elektrody ujemnej. W rurce promienie te, wskutek wklęsłego kształtu katody, skupiały się na kształt promieni świetlnych w pewnym punkcie na platynowej blaszce.
Od dawna eksperymentował Roentgen z tą rurką, jak również z cokolwiek inaczej zbudowaną rurką Lenarda. I wtedy spostrzegł Roentgen, że jego pierścień, który znajdował się w szczelnem pudełku drewnianem obok aparatu Hittorfa, pozostawił wyraźny ślad na papierze fotograficznym, na którym pudełko to się znajdowało.
Początkowo o jakieś manipulacje z papierami fotograficznymi podejrzewał Roentgen służącego Marstallera. Służący jednak poprzysiągł na wszystkie świętości, że niczego nie tknął…
[Zakończenie artykułu przypada na dolne szpalty s. 13, których nie udało się odczytać w całości.]
Tygodnik AS nr 6, 7 kwietnia 1935 (s. 13, 16)