„Kobieto, puchu marny” — powiedział nasz wieszcz i to nam zwykle wystarczyło dla określenia płci, słusznie piękną zwanej. Czasem, w sposób niezbyt oryginalny, nazywaliśmy kobiety sfinksem, a teraz, po wojnie, właściwie nie widzimy nowego określenia!
Przejdźmy — najogólniej — literaturę, znajdziemy tam różne definicje. W polskim brak odpowiedniego słowa; po niemiecku nazywa się to „Stichwort”. Jeden z pisarzy lansuje określenie „garçonne”, po polsku brzydko brzmiące „chłopczyca”, drugi stwarza pojęcie przyjaciółki-koleżanki, inni znów odnoszą się w sposób zdecydowanie negatywny i narzekają na konkurencję kobiet, oczywiście w stosunku do mężczyzny.
Pogódźmy się: dawne poglądy widziały w kobiecie idealne stworzenie, mdlejące przy lada okazji, nieporadne, pozbawione samodzielności, oparte o silne — w cudzysłowie lub bez — ramię mężczyzny, godne westchnień, serenady i poematów.
Te poglądy, no i przepisy stworzone przez mężczyznę, były, obrazowo mówiąc, wygodnym fotelem, w którym egoizm mężczyzny mógł spokojnie wypoczywać, zapatrzony w swoją wyłączną własność. Taki mężczyzna wkładał kobietę w swoje uczucia i widział w niej to, co mu było wygodnem — odmawiając jej prawa indywidualności.
Przyszły nowe prądy — u nas okres długich peleryn, nieczesanych włosów, Przybyszewski i t. d., gdzieindziej hasła miss Pankhurst — i, zależnie od wielkości tradycji i zamiłowania do niej, szybciej lub później okowy pękły, szranki opadły i kobieta, czująca się już wcześniej nawet człowiekiem, wystąpiła jako równorzędny mężczyźnie członek ludzkości.
Przyszła wojna światowa — niejeden przesąd czy prawo runęły wtedy ostatecznie. Kobieta stanęła przy warsztacie, przy biurku, przy łóżku rannego — i nikt jej już z tych miejsc nie odesłał z powrotem do salonu.
Tygodnik AS nr 10, 5 maja 1935 (s. 7)