Przyjaciółki

„...otworzyła drzwi do następnego pokoju...”

Nowela. Ludwik Maschoff

W parku, leżącym naprzeciw cmentarza, siedziała na ławce kobieta lat trzydziestu kilku, ubrana w czarną suknię żałobną, a blada twarz i podkrążone oczy świadczyły, że nie przebolała jeszcze straty kogoś drogiego, że myśl o tym, który nie bawi już między żyjącemi, odbiera jej spokój, urok życia i targa nerwy.

Poznać po niej było, że nie potrafiła jeszcze wżyć się w swe położenie. Powłóczyste jej spojrzenie to pełzało po ziemi, to biegło w jakąś dal, nie widząc ludzi tak, iż zdawaćby się mogło, że przestała chwilowo reagować na wszystko, co ją otaczało. Długi czas siedziała nieruchomo, pogrążona w myślach, potem poczęła parasolką kreślić półkola na piasku, zacierać je i znowu kreślić nerwowym ruchem.

A jednak w pewnej chwili spojrzenie jej zatrzymało się na ławce, stojącej po przeciwnej stronie alei. I tam siedziała kobieta tych samych lat co ona, o smutnej twarzy, której oczy również wyrażały rezygnację i dziwną obojętność. Nie miała coprawda żałobnej sukni na sobie, jednak całe zachowanie się owej kobiety zdradzało tyle niemego bólu, taką wewnętrzną walkę, że pani Anna Vaugin, zamierzając i tak wrócić już do domu, postanowiła przejść koło tamtej ławki, aby się przyjrzeć nieznajomej.

Twarz jej interesowała ją. Pięknie lśniły zdaleka jasnoblond włosy, wysuwające się loczkami spod kapelusza, delikatne ręce świadczyły, że nie tknęły one nigdy ciężkiej pracy, a gustowny kostjum, buciki, torebka i szal podróżny zdradzały paryżankę. — Czegóż ona szuka w tem małem miasteczku prowincjonalnem? — zadała sobie pytanie.

Wstała, przeszła na drugą stronę, jakby uwagę swą kierowała na grządki kwiatów, mieniących się przepychem barw, i tak powoli, postępując krok za krokiem, poczęła się zbliżać do nieznajomej. Gdy była już tuż przed nią, podniosła wzrok.

I nagle pani Vaugin stanęła jak wryta. Czyż to możliwe? Ale przecież najzupełniej dokładnie przypomina sobie, poznaje rysy! To jej przyjaciółka z lat dziewczęcych, razem były na pensji… Jakżeż się ona zmieniła! Gdzież się podziały owe przedziwne, subtelne rysy twarzy, nadające jej tyle uroku i pogody? Ostre kontury i zmarszczka między brwiami świadczyły o energji i przebytej walce.

— Margot! — zawołała pani Vaugin, a nieznajoma skierowała na nią zdumione spojrzenie. Patrzyły na siebie kilka sekund — wreszcie nieznajoma, wstając z ławki, spytała niedowierzająco:

— Czy pani jest Anną Lebrun?

Pani Vaugin skinęła głową. Podały sobie ręce.

— Co za przypadek — po tylu latach — w tej miejscowości. Czy mieszkasz tu stale? — pytała Margot.

— Piętnaście lat, to znaczy od dnia mojego ślubu.

— Jak ten czas schodzi — zauważyła Margot. — Piętnaście lat jesteś już tutaj, a lat temu osiemnaście opuściłyśmy liceum. Długo nie widziałyśmy się. Co się z tobą dzieje? Widzę, że jesteś w żałobie…

— Po mężu — odparła pani Vaugin i znowu stanęły jej łzy w oczach. — Może usiądziemy — spytała. — Pewnie będziemy miały sobie niejedno do opowiedzenia. Cóż właściwie robisz tutaj? Co cię sprowadziło na tak zapadłą prowincję, jak to miasteczko?

— Szukam kogoś — właściwie chciałam o kimś zasięgnąć informacji — ale to nie jest narazie tak ważne — dodała wymijająco. — Więcej interesuje mnie twój los. Więc jesteś wdową…

— Od czterech miesięcy.

— Masz dzieci?

— Nie. Po piętnastu latach szczęśliwego pożycia zostałam sama na świecie. Zupełnie sama. Nigdy nie przypuszczałam, że to taki obrót weźmie. Trudno… Rodzice moi pomarli, brat wyjechał do Brazylji, więcej nas nie było. Od piętnastu lat mieszkam tutaj i nie wiem, co dalej ze mną będzie.

— Z czego żyjesz?

— Po mężu został mały domek, prócz mnie mieszkają tam jeszcze dwie rodziny, trochę to przynosi; mam dobrze idący sklep z artykułami spożywczemi i trochę gotówki w banku, złożonej na procent. O moją przyszłość nie obawiam się, tylko że życie przedstawia mi się jak pustynia — beznadziejna, ponura…

— To się zmieni, droga Anno, czas leczy wszystkie rany. Rozumiem cię, ale przypadki kierują nami i kształtują nasz byt. Kto może wiedzieć, jak się życie twoje ułoży za rok, dwa…

— Nie wyobrażam sobie, aby ono było kiedykolwiek inne, aniżeli dzisiaj.

— Anno, jesteśmy jeszcze młode, jeszcze mamy prawo do życia. Nie wolno nam tracić nadziei i rezygnować. Może na drodze twego życia spotkasz kogoś, kto stanie się twym przyjacielem, towarzyszem, któremu również zaufasz i pójdziesz razem z nim przez życie. Czyż można to wiedzieć?

Pani Vaugin zaprzeczyła ruchem głowy.

— Mój mąż był mi wszystkiem na świecie. Był dla mnie niejako symbolem mężczyzny… Pomijając już to, że był przystojny, wykształcony i posiadał wszelkie walory, któremi mógł ująć każdą kobietę, posiadał tak nieskazitelny charakter, a przytem darzył mnie tak idealną miłością, że nigdy już więcej żaden mężczyzna nie będzie w stanie zająć jego miejsca. Pamięć o nim stała mi się świętą i z pamięcią tą przetrwam do końca.

Pani Vaugin zamilkła. Po chwili, jakby sobie przypomniała jeszcze jakiś szczegół, ilustrujący jej minione szczęście, poczęła mówić:

— Często wyjeżdżał za interesami do Paryża. Kupował towar, rozglądał się za nowościami, które możnaby było tu wprowadzić, zawoził pieniądze do banku i nigdy nie przytrafiło się, aby powrócił do domu z pustemi rękami. Zawsze mi coś przywiózł. Czy to flakonik perfum, czy nowowydaną książkę, czy jakiś materjał na suknię, czy bombonierkę z najlepszemi pomadkami. O sobie nigdy nie myślał. Latami chodził w tem samem ubraniu, a kupienie nowej krawatki wymuszałam groźbą nieprzyjmowania więcej jego podarunków.

— Piętnaście lat prowadziliśmy idealnie szczęśliwe życie. Nie jestem w stanie opisać ci szczęścia, w jakiem żyłam, ani piękna naszego pożycia. Wszystko było jak w jakiej bajce. Każdy dzień przynosił nową radość życia, nową tęsknotę za następnym dniem… A człowiek, jak długo jest mu dobrze, jest przekonany, że tak zawsze być musi, że nic nie jest w stanie zmienić czegoś w tym utartym porządku kojarzących się faktów. I tak nieoczekiwanie przyszedł dzień, w którym wszystko się skończyło. Przechodził na drugą stronę ulicy, gdy wtem nadjechało auto. U nas tak rzadko kiedy auta przejeżdżają, że się o nich wogóle nie myśli — trąciło go, upadł nieszczęśliwie, uderzając głową o kant chodnika; przewieziono go natychmiast do szpitala, ale wszystkie zabiegi były daremne. Od chwili wypadku nie odzyskał już więcej przytomności i po trzech godzinach zmarł. Łatwo teraz zrozumiesz, że myśl o powtórnem zamążpójściu jest mi tak obca, tak odrażająca, że wyklucza wszelkiego rodzaju plany na przyszłość.

Nastała chwila milczenia. Obie kobiety patrzyły na siebie, a wzrok ich błądził po zieleni krzewów.

— Jesteś, kochana Anno, w o wiele korzystniejszem położeniu, aniżeli ja — poczęła mówić Margot, jakby budziła się z zamyślenia — że w twojej wielkiej żałobie możesz bez żalu wspominać o minionem szczęściu. I ja jestem dzisiaj sama na świecie, tak sama jak i ty, z tą jedynie różnicą, że przyszłość moja nie jest zabezpieczona, a ten, który mi zabrał najpiękniejsze lata mego życia i niejednokrotnie stał na przeszkodzie do stworzenia sobie tak zwanego szczęścia domowego, opuścił mnie bez najmniejszego powodu z mej strony, bez śladu jakiegokolwiek przewinienia… Ale z tych kilku słów nie możesz sobie zdać sprawy, o co chodzi. Słuchaj.

— Po ukończeniu liceum nie mogłam pozostać w domu i czekać, aż się zjawi odpowiedni młodzieniec, któryby mnie poprowadził do ołtarza. Stosunki nasze materjalne tak się pogorszyły, że, wyzyskując protekcję mego wuja, wówczas już spensjonowanego wyższego oficera, objęłam skromną posadę w ministerstwie wojny. Po kilku latach byłam już kierowniczką oddziału, a dochody moje równały się poborom kapitana. W ciągu tego czasu umarła naprzód matka, a w niespełna rok później ojciec. Zostałam sama. Mając jednak stanowisko i zapewnioną przyszłość, zatrzymałam swoje mieszkanie, żyjąc w niem niemal samotnie, tylko od czasu do czasu odwiedzał mnie ktoś z dalekich krewnych lub ze zmniejszającego się stale grona znajomych.

— Przypadek zrządził, a było to przed blisko dziesięciu laty, że poznałam pewnego mężczyznę, który po raz pierwszy w życiu wywarł na mnie szczególne wrażenie. Nie wyobrażasz sobie, aby znajomość taka była dla mnie czemś niepowszedniem. W ministerstwie poznałam w ciągu lat setki ludzi. Nigdy jednak nie odczułam tego, co wówczas, gdy ów mężczyzna zbliżył się do mnie. Nie będę ci szczegółowo opowiadała, jak poznanie nasze doszło do skutku. Zaznaczę tylko, że stało się to w operze. Dziwnym zbiegiem okoliczności siedzieliśmy obok siebie, a podczas drugiego antraktu począł ze mną rozmawiać. Po skończonem przedstawieniu odprowadził mnie do domu.

— Z tą chwilą zaczyna się moja romantyczna historja, może jedyna w swym rodzaju. Przez dziesięć lat żyłam z tym człowiekiem, nie wiedząc, kim on jest. Powiedział mi, że posiada fabrykę sukna w okolicy Rouen, na imię nazywa się Maurice, mieszka razem z matką i narazie nie może się żenić. Co tydzień, czasem w odstępach dziesięciodniowych, przyjeżdżał do Paryża. Początkowo schodziliśmy się tajemnie, jak para kochanków. Bywaliśmy w kawiarniach, teatrach, wyjeżdżaliśmy do Wersalu… Tak trwało kilka miesięcy. Aż raz, mimo że umówiliśmy się na ul. Wiktora Hugo, przyszedł niespodzianie do mego mieszkania. Byłam sama, wiedział o tem, że oprócz mnie nikogo tam nie zastanie, może liczył się z tem… Gdy po kilku godzinach odszedł, wiedziałam, że życie moje zostało skojarzone z jego życiem. Nie zajeżdżał więcej do hotelu, gdy był w Paryżu, lecz spędzał ten jeden lub dwa dni u mnie. Żyliśmy jak najszczęśliwsza para małżonków, którzy w szczęściu swem zapomnieli o świecie.

— Często w ministerstwie czy to któryś z oficerów, czy wyższy urzędnik dawał mi do poznania, że chętnie ożeni się ze mną. Kilkakrotnie mogłam zrobić znakomitą partję. Jakkolwiek miłość moja należała do Maurice’a i proponowane mi małżeństwa byłyby tylko małżeństwami z rozsądku, wspomniałam mu o nich. — Czekaj, Margot — mówił mi wówczas — gdy moja matka umrze… Kochał mnie, był o mnie zazdrosny, nie chciał mnie stracić, a jednak…

— Znowu upłynęły lata. Z młodej panienki stałam się trzydziestoletnią kobietą. Propozycje małżeństwa stawały się coraz rzadsze, aż wkońcu ustały. Zdaje mi się, że przed dwoma laty po raz ostatni jakiś już siwiejący niższy urzędnik ministerstwa oświadczył się o moją rękę. Najpiękniejsze lata życia przeszły.

— Aż raz, było to przed czterema miesiącami, w czasie kolacji wyłoniła się dyskusja, w której zadałam mu pytanie: — Co dalej z nami będzie? Maurice zastanowił się i przyrzekł dać mi decydującą odpowiedź za następnym pobytem w Paryżu. I od tego czasu więcej się u mnie nie pokazał. Tu właściwie mogłoby nastąpić zakończenie całej historji. Ale miłość jest potężniejsza, aniżeli wszelki rozsądek. Zaczęłam myśleć nad tem. Dlaczegoż opuścił mnie, dlaczego porzucił? Czyżbym przez te całe dziesięć lat była tak omamiona, że nie poznałam jego charakteru? Czyż to jest możliwe, aby tak odejść bez słowa pożegnania, bez słowa umotywowania swego postępku? Łudziłam się nadzieją, że wróci, i wierzyłam w to. Czekałam miesiąc, dwa, trzy. Stałam się niezdolną do pracy. Dostałam małą pensyjkę, z której żyć nie można, i stoję przed wielkim znakiem zapytania: co dalej?

— A czy twój przyjazd — spytała pani Vaugin — jest w związku z twoją nieszczęśliwą miłością?

— Tak, szukam go teraz. Nie poto, aby go zmusić do powrotu do mnie lub do poślubienia mnie, ale aby otrzymać odpowiedź na to jedno słowo: dlaczego? Może on ze swego punktu widzenia przecież miał słuszność? Może wina leży po mojej stronie?… Raz, prawdopodobnie przez zapomnienie, wypadł mu z kieszeni bilet kolejowy, datowany stąd do Paryża. Znalazłam go nazajutrz u siebie na dywanie. Schowałam na pamiątkę, nie przypuszczając nigdy, iż jakiś inny cel będzie miał do spełnienia. Również nie sądziłam, aby tu mieszkał, ale jako fabrykant prawdopodobnie zatrzymywał się za interesami. Z tego powodu też przyjechałam tutaj. Posiadam kilka jego fotografij i mam nadzieję, że odwiedzając odpowiednie sklepy, uda mi się wydostać jego nazwisko i adres. Nic nie chcę od niego, tylko wyjaśnienia, dlaczego to zrobił.

Znowu nastała chwila milczenia i znowu wiatr zaszumiał przeciągle, poruszając liśćmi.

— Biedna Margot — odezwała się pani Vaugin — teraz widzę, jakim człowiek jest egoistą. Myślałam, że ból mój jest jedyny na świecie, a widzę, że to, co ty przeżyłaś, jest może straszniejsze, aniżeli to, co mnie spotkało. Słuchaj, Margot, byłyśmy przyjaciółkami, czemuż przyjaźń nie ma nas dalej łączyć, chociaż po osiemnastoletniej przerwie? Jestem sama i ty również, nikt na ciebie nie czeka w Paryżu. Zostań u mnie. Twoją rentę możesz i tu otrzymywać. Wiem, że w tej chwili nie możesz mi dać odpowiedzi.

— Miasteczko to dać mi może spokój, którego daremnie będę szukała w Paryżu.

— Chodźmy, Margot, zostaniesz u mnie na obiedzie, a potem będziemy miały jeszcze dużo czasu, by wszystko omówić.

Weszły w typową uliczkę małomiasteczkową. Słońce pieściło czerwone dachy małych domków, przed któremi stały ławeczki po obu stronach wejścia, a z gościńca unosił się szaro-złotawy kurz, który wiatr pędził przed siebie.

Gdy weszły do mieszkania, zdjęły okrycia w małym hallu. Z pewną dumą wprowadziła Anna przyjaciółkę do „salonu”. Był to duży pokój o niezdecydowanym charakterze. Stało tam pianino i szafa na ubrania, a pod pokrowcem znajdowała się maszyna do szycia.

— Tutaj spędzam przeważną część dnia — odezwała się Anna, widząc, jak Margot ciekawie rozgląda się dokoła. — A tu — otworzyła drzwi do następnego pokoju — mogłybyśmy razem spać.

Margot postąpiła kilka kroków naprzód. Dwa łóżka stały obok siebie, a nad niemi, jak zwykle na prowincji, wisiały portrety małżonków.

Margot spojrzała na nie. Oczy jej szeroko się rozwarły, jakieś czarne plamy poczęły jej latać przed oczami, z ust jej wydarł się przeraźliwy krzyk i zemdlona osunęła się na ziemię…

Ludwik Maschoff

Tygodnik AS nr 20, 14 lipca 1935 (s. 9–10)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *