Z duetu Andy Kitschman do „Metropolitan Opera House” w N. Jorku

Marek Windheim, artysta „Metropolitan Opera House” w Nowym Jorku, przesyła pozdrowienia Czytelnikom „Asa”.

Ameryka i Amerykanie stanowią dla Europy sferę szczególnego zainteresowania. Specjalną sensację budzą zawsze u nas wiadomości o stosunkach w amerykańskim teatrze, pełnej przepychu rewji, a zwłaszcza filmie. Przesadne, najczęściej mało mające z prawdą wspólnego informacje i opisy obliczone są przedewszystkiem na reklamiarski efekt. Relacje wnikliwych i spostrzegawczych pisarzy i reporterów europejskich, względnie artystów stykających się ze środowiskiem amerykańskiem, są tym wartościowym materjałem, w którym odnajdujemy najbardziej realny obraz.

Niezwykle ciekawą jest przeto garść wrażeń i wspomnień polskiego artysty-emigranta, który, opuściwszy kraj przed 9 laty, wytrwałością, talentem i pracą dobił się za oceanem pierwszorzędnego stanowiska, przeszedłszy przedtem przez ciężkie próby i doświadczenia.

Marek Windheim, partner Andy Kitschman — bo o jego właśnie przeżyciach będzie tutaj mowa — wyjechał do Ameryki wraz z Romualdem Gierasińskim i Marją Żelską, ażeby tam w środowiskach polskiego wychodźtwa wystąpić z szeregiem programów, zawierających wiele naszych piosenek, monologów i skeczów.

Wysiadając w porcie nowojorskim, Windheim nie rozporządzał bogatym słownikiem angielskim; umiał bowiem wymówić poprawnie tylko: yes sir, good bye i all right. Pierwszego wolnego wieczoru wybrał się z przyjaciółmi do kina. Nowojorski „Capitol”, obliczony na kilka tysięcy widzów, z olbrzymim programem rewjowym, poprzedzającym film, wywarł na polskich artystach oszałamiające wrażenie. To był jednak dopiero początek.

Sześć tygodni tournée artystycznego po ośrodkach Polonji amerykańskiej minęło bardzo szybko. Artystów ze starego kraju przyjmowano wszędzie owacyjnie i serdecznie. Trzeba było wracać do Polski. Windheim, opanowany myślą wybicia się w Ameryce, pozostał.

Nie na długo starczyły zarobione w czasie tournée pieniądze, choć przedstawienia, dawane wśród wychodźtwa, cieszyły się dużem powodzeniem. Zarobione dolary rozchodziły się tem szybciej, ile że Windheim rozpoczął natychmiast po przyjeździe do Stanów systematyczne szkolenie głosu. Uczył się jednak nietylko na lekcjach u profesora śpiewu, ale i na koncertach, a przedewszystkiem na operach w „Metropolitan House”. Bilety na koncerty i do opery pochłaniały oczywiście znaczne kwoty. Patrząc z niepokojem na „rozpływanie się” kapitałów, śpiewak nie ustaje w staraniach o jakikolwiek zarobek.

Jedyną dla artysty drogą do zdobycia engagement w teatrze rewjowym czy filmie jest w Ameryce agent i jego biuro. Takich agentów liczy Nowy Jork tysiące. Główne siedlisko znajduje się oczywiście na Broadwayu. Wielki gmach pod numerem 1580, t. zw. „Bond building”, zajmują biura kilkuset agentów teatralnych, koncertowych i filmowych, angażujących na Stany Zjednoczone, Amerykę Płd., a nawet na Europę.

Windheim schodził „Bond building” we wszystkich kierunkach, szukając pracy i zarobku. Trzeba znieść wiele upokorzeń, a przedewszystkiem wykazać dużo wytrwałości. Windheim miał tę wytrwałość i nie ustępował. W biurze agenta składa artysta dane, dotyczące personaljów, i adres. Na wezwanie trzeba czekać tygodniami, miesiącami, a czasem wogóle nigdy ono nie nadchodzi. W „Bond building” jest kilkanaście sal do prób, z których korzystają agenci. Artysta, który wzbudzi zainteresowanie, natychmiast prowadzony jest do takiej sali, gdzie demonstruje swój talent i wyszkolenie.

Gdy pewnego dnia Windheim zjawił się poraz dwudziesty z rzędu w biurze braci Samuelsów (jest ich pięciu i każdy ma inny dział), sekretarka powiedziała mu ze współczuciem:

— Znów niczego niema dla pana. Szef jest zajęty i doprawdy nie wiem, czy znajdzie kiedyś dla pana czas. Szkoda pańskiej fatygi.

Windheim jednak, który miał bardzo dużo wolnego czasu, postanowił czekać. Nagle otworzyły się drzwi jednego z sąsiednich pokojów i Windheim zobaczył przez szparę jakąś młodą kobietę. Patrzyli na siebie, z trudnością się poznając. Wreszcie owa młoda osoba wstała i podeszła do Windheima, mówiąc:

— Gdzie ja pana widziałam?

— Ja panią napewno już gdzieś spotkałem…

— Czy pan jest emigrantem?

— Może pani to poznać po moim akcencie.

— Skąd więc pan pochodzi?

— Jestem z Warszawy.

— Pan Windheim? — zawołała po polsku.

— Rachelcia! — krzyknął z radością Windheim.

Rachelcia przed kilku laty była akompanjatorką w „Qui Pro Quo”. Wyjechała do Ameryki z wiarą w siebie i w swój talent. Była bardzo zdolna i szybko zdobyła sobie dobre stanowisko.

— Co pan tu robi? — zapytała Rachelcia.

— Bezskutecznie usiłuję dostać się do Samuelsa.

— Co? Ten drab nie chce pana przyjąć? Ja mu dam.

Rachelcia pobiegła do gabinetu Samuelsa i po chwili sprowadziła go do Windheima. Żądała od agenta, ażeby znalazł dla niego jakieś engagement. Samuels, zasypany potokiem słów, uwierzył, że ma do czynienia z gwiazdorem nieprzeciętnej wielkości.

— W tej chwili naprawdę nie mam czasu, ale niech pan przyjdzie jutro.

Następnego dnia śpiewak został natychmiast przyjęty przez agenta. Po krótkiej próbie, w czasie której Windheim zaśpiewał kilka swoich najlepszych piosenek angielskich, włoskich i niemieckich, agent schwycił go za rękę i wybiegł z nim na Broadway. Każdemu spotkanemu znajomemu powtarzał:

— Widzisz tego człowieka? To jutrzejsza sława Broadwayu — a wskazując na wielką reklamę świetlną Chevaliera, dodawał: — Ten jest niczem wobec niego.

Samuels zaprowadził śpiewaka za kulisy wielkiego kina „Roxy”. Tam znów odbyła się próba w obecności dyrektora rewji.

— Bierzemy pana — powiedział dyrektor.

Windheim był pewien, że został zaangażowany conajmniej jako główna atrakcja.

— Jest pan przyjęty do chóru — powiedział dyrektor — i będzie pan dostawał 75 dolarów tygodniowo.

To było bardzo dużo, gdyż zwykły chórzysta otrzymywał tylko 40 dolarów. Przez kilka miesięcy Windheim występował w chórze „Roxy” pod pseudonimem Vitoff.

Grając w rewji kinowej, artysta ani przez chwilę nie zapominał o swojem marzeniu dostania się do „Metropolitan”. Wkońcu zdołał uzyskać audycję w tej największej operze świata i to w obecności generalnego dyrektora, Gatti Casazza. Zdając sobie z tego dobrze sprawę, że natura nie obdarzyła go wielkim głosem i że może coś osiągnąć tylko starannością i techniką wykonania partji oraz dobrą formą aktorską, wybrał na audycję partję Dawida z I aktu „Śpiewaków Norymberskich” Wagnera, która muzycznie i wokalnie jest trudna, a przytem mało efektowna. Trzeba ściśle trzymać się partytury, nie można pozwalać sobie na fermaty, można jednak zademonstrować zarówno technikę śpiewaczą, jak i grę aktorską. Kandydat na członka zespołu „Metropolitan” nietylko śpiewał partję, ale i odegrał całą rolę, co nie jest nigdy praktykowane na audycjach w operze. W szereg lat później dowiedział się Windheim od sekretarza „Metropolitan”, że dyrektor Gatti Casazza powiedział wówczas o nim:

— To jest albo warjat, albo dobry artysta.

Rok przedtem zjawił się Windheim w poszukiwaniu zarobku w teatrze rewjowym słynnego Ziegfelda, i to na skutek ogłoszenia, zamieszczonego w dziennikach. Przygotowywano tam właśnie wielką rewję pod tytułem „Trzej Muszkieterowie” i kompletowano chór. Pomocnik reżysera, dokonywując przeglądu kandydatów, zobaczył Windheima i już po chwili odsunął go, mówiąc: — Pan nam nie będzie potrzebny!

— Dlaczego? — zapytał śpiewak. — Przecież pan nawet jeszcze nie słyszał, jak ja śpiewam.

— Proszę odejść — powtórzył pomocnik reżysera.

— Ja przeszedłem pół miasta na wezwanie, zawarte w ogłoszeniu, a pan nawet nie pozwala mi spróbować. Dlaczego?

— Pan jest dla nas za „krótki” — odpowiedziano.

Chór bowiem składał się z grupy mieszczan i grupy muszkieterów. Mieszczanie byli już skompletowani, a na muszkieterów angażowano tylko chórzystów wysokiego wzrostu (Windheim ma wzrost niski). Ta bezceremonjalność wytrąciła śpiewaka z równowagi. Wtedy odezwał się siedzący na widowni we wspaniałem futrze i kapeluszu Ziegfeld:

— Dlaczego nie usunięto jeszcze tego bezczelnego gościa?

— Jestem wprawdzie bardzo zmęczony — powiedział Windheim — nogi mnie bolą, ale mam jeszcze dość sił, by wyjść bez pomocy.

I na tym incydencie skończył się jego kontakt z rewją amerykańską.

Zaproszony niedawno temu przez przyjaciela, znanego aktora filmowego Edwarda G. Robinsona, spędził Windheim kilka tygodni w Hollywood. Pewnego wieczoru zetknął się na obiedzie w domu przyjaciela z właścicielem i dyrektorem wielkiej wytwórni filmowej „Columbia”, Harry Cohenem. Z jego wytwórni wyszedł znany również i w Polsce film pod tytułem „Idziemy ku szczęściu” z Grace Moore w roli głównej.

Gdy film już był gotów i miał być wypuszczony na rynek, dyrekcja „Columbji” miała poważne wątpliwości, czy zdobędzie on powodzenie. Zaproponowano więc Grace Moore, zamiast ryczałtowego wynagrodzenia, procent od zysków. Artystka nie chciała się zgodzić, ale namówił ją mąż. Film miał olbrzymie powodzenie. Grace Moore zarobiła kilka razy tyle, ile wynosić miało jej wynagrodzenie ryczałtowe. Cohen oczywiście był wściekły i zaangażował artystkę do następnego filmu za 250 tysięcy dolarów.

Zwiedzając następnego dnia wytwórnię, poznał Windheim Grace Moore, która brała udział w zdjęciach. Znakomita śpiewaczka była cierpiąca i leżała na kozetce. Tymczasem w atelier gorączkowo pracowano. Artystkę zastępowała podobna do niej wzrostem i figurą statystka, t. zw. „stand in”, która pozuje aż do chwili rozpoczęcia właściwych zdjęć. Taka „stand in” zarabia za cały dzień ogłupiającego statystowania w świetle rozżarzonych jupiterów 10 dolarów, podczas gdy gwiazda dostaje za tych samych parę godzin kilka, a nawet kilkanaście tysięcy dolarów.

Od dwóch tygodni Windheim bawi w Warszawie; nakręcił on dwa krótkometrażowe filmy aktualno-śpiewne. Po powrocie do Ameryki, a przed rozpoczęciem sezonu w „Metropolitan”, weźmie prawdopodobnie udział w dużej komedji muzycznej. Zapytany o możliwości przeniesienia stolicy filmu amerykańskiego z Hollywood na Florydę czy do Nowego Jorku, o czem ostatnio pisało się bardzo wiele, Windheim dał następującą odpowiedź:

— Ewentualność przeniesienia wytwórni filmowych z Hollywood powstała na tle zatargu z władzami Stanu Los Angeles, które zwiększały coraz bardziej podatki od dochodów reżyserów i gwiazd. Ubogi Stan Los Angeles oparł wkońcu cały swój budżet na wpływach z tych źródeł. Filmowcy zagrozili, że wyjadą. Jestem pewien, że obie strony dojdą wkońcu do porozumienia i że wytwórnie i gwiazdy filmowe świecić będą nadal na firmamencie cudownej Kalifornji.

W. M.

Tygodnik AS nr 18, 30 czerwca 1935 (s. 14–15)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *