„Si vis pacem para bellum” w życiu Alfreda Nobla

W wielkich fabrykach broni Schneider & Creusot gromadzą olbrzymie zapasy bomb i amunicji wszelkiego rodzaju.

Gdy po wojnie austrjacko-pruskiej wojsko austrjackie otrzymało nowe karabiny Werndla, odznaczające się wieloma wobec dawnych zaletami, w jednym z garnizonów odbyło się uroczyste ich wręczenie żołnierzom. Zjawił się nietylko komendant korpusu, ale też wiele osobistości z Wiednia. Dowódca, stanąwszy przed frontem pułku, przemówił do podkomendnych w te mniej więcej słowa:

— Żołnierze! Otrzymaliście dzisiaj nową broń, górującą znacznie nad starą. Pozwoli ona wam nietylko bronić skuteczniej granic Austro-Węgier, nietylko stanie się groźną w waszych rękach dla nieprzyjaciela, ale też dzięki swej perfekcji uniemożliwi w przyszłości wojnę. Gdyby bowiem doszło do walki, wy, zaopatrzeni w wasze karabiny, będziecie mogli wybić co do nogi nieprzyjaciela. Któż więc w tych warunkach będzie się narażał na wojnę z nami?

Tak mniej więcej brzmiały słowa pułkownika austrjackiego, który zapewne z pełnem przekonaniem przewidywał koniec wojen w świecie. Psychologja ta i rozumowanie takie nie wygasło i dzisiaj. Stary werset „si vis pacem para bellum” (jeśli chcesz pokoju, przygotuj wojnę) zrozumiany został fałszywie, naopak, i staje się dzisiaj nieraz hasłem propagandy pokojowej.

Wojna czy pokój? Braterstwo ludów czy wzajemna nienawiść? Oto pytania, które nigdy może nie były tak aktualne, jak właśnie dzisiaj. Istotnie, to zagadnienie należy do rzędu tych, które ciążą nad ludzkiem życiem niby ołowiany dach, ogrzewany palącem słońcem nad więźniami w „Ponte dei Sospiri” w Wenecji.

Życie ludzkie, będąc ciągłą walką jednostki przeciwko jednostce, ukazuje raz po raz zbiorowy wybuch instynktów zaborczych, drzemiących w człowieku w postaci pędu do wojny. Jedyną radą na to jest przerobienie psychologji natury ludzkiej, nie zaś propaganda, polegająca na publikowaniu artykułów, ulotek i zwoływaniu kongresów.

Jeżeli samo zagadnienie pacyfizmu jest nadwyraz skomplikowane pod względem psychologicznym, o ileż bardziej jeszcze jest niem funkcjonowanie całej sieci placówek, przygotowujących broń, przy równoczesnem głoszeniu pokoju przez dyplomatów. Fabryki broni są na całym świecie zakonspirowaną wielką organizacją, która działa po cichu, odpowiadając na każde uspakajające słowo dyplomatów sfabrykowaniem stu dział.

Fabrykacja broni na wielką skalę rozpoczęła się po wojnie w r. 1870, kiedy to ciągle zbrojące się Niemcy zmusiły i inne kraje do dotrzymania im kroku. A pierwszym wielkim fabrykantem środków śmiercionośnych był właśnie fundator „Wielkiej Nagrody” swego imienia, Alfred Nobel.

Jest to jedna z ciekawych postaci ubiegłego stulecia i wogóle jeden z najciekawszych reprezentantów ówczesnej psychiki ludzkiej. Obdarzony olbrzymiemi zdolnościami samouk, Alfred Nobel, zaczyna działalność pod kierownictwem swego ojca Emanuela, który w r. 1854 zakłada fabrykę min, współpracując w olbrzymich zakładach broni Putiłowa w Rosji. Brat Alfreda, Ludwik, prowadzi tam fabrykację i dostarcza rosyjskiej armji do r. 1875 przeszło pół miljona karabinów. Jak z tego widać, produkcja broni jest tradycją rodzinną u Noblów.

Alfred kładzie podwaliny pod nową gałąź przemysłu, zastosowując użycie nitrogliceryny przy fabrykacji dynamitu. Choć brat jego Emil, pracujący w laboratorjum na wyspie Helenenborg, pada w r. 1864 ofiarą wielkiej eksplozji, on sam nie zaprzestaje swej śmiercionośnej pracy.

W tym też czasie cała Europa zbroi się coraz bardziej. We Francji powstaje w r. 1871 fabryka dynamitu w Paulilles. Nobel zakłada wkrótce fabryki w Krümmel pod Hamburgiem, w Zámky pod Pragą, w Norwegji, w Glasgow, w Stanach Zjednoczonych, w Kanadzie, Japonji i Australji. Ulepsza ciągle swe wynalazki, czyni je coraz bardziej morderczymi.

Wkońcu Alfred Nobel staje się bardzo bogatym człowiekiem, a w rękach jego leży nieomal decyzja o wojnie i pokoju. Mając lat czterdzieści, jest już steranym, starym człowiekiem. Kupuje sobie piękną posiadłość Björkborn w Szwecji i zaczyna pisać ciekawe, wcale udane sztuki sceniczne i… wiersze.

Los styka go z hr. Bertą Kinsky, która wkrótce potem wyszła zamąż za barona v. Suttnera. W jakiś czas później stała się ona sławną przez swą książkę „Die Waffen nieder!” (Precz z bronią!). Nobel spotkał się z nią na kongresie berneńskim, obradującym nad sprawą pokoju i rozbrojenia. Baronowa v. Suttner walczy jak szczera idealistka i fanatyczka. Lecz Alfred Nobel nie wierzy w sukces tej walki. Z tą samą lapidarnością, z jaką zwykł się zawsze wyrażać, mówi i o pacyfizmie: „Moje fabryki prędzej uczynią wojnę niemożliwą, niż pani cała akcja. Któż bowiem ośmieli się prowadzić wojnę, skoro w sekundzie całe korpusy armji będą mogły być zniszczone?”

Tak mówił też ów austrjacki pułkownik, rozdając nowe Werndle, tak mówiono też w roku 1914, obliczając wojnę na kilka tygodni.

Lecz Alfred Nobel nie był szczery w swych powiedzeniach. Ten poważny, starszy pan, zimny i spokojny, jak przystało na Szweda, coś kryje w swej duszy, z czemś walczy, coś chce zagłuszyć, zapomnieć. Powiedział kiedyś, że bez jego dynamitu postęp ludzkości zostałby wstrzymany, nie możnaby było wykonać tylu prac, jak np. przebicia tunelu św. Gotarda i t. d. Nie wspomniał jednak o wojnie… Wkońcu, na schyłku swego życia, przeznacza cały swój majątek w kwocie 31½ miljona koron szwedzkich na fundację, mającą nagradzać literatów, uczonych, artystów oraz tych, którzy się zasłużyli dla… pokoju. Czyżby to było odkupienie? Czy może Alfred Nobel chciał sam zakpić z całego swego życia?

* * *

„Czarny Ląd” posiada handel niewolnikami, Chiny zatruwają się opium, a Europa „szczyci się” wspaniałą techniką w wyrabianiu broni, którą niszczyć będzie w przyszłości owoce własnej pracy. Nazwiska tych wielkich „fabrykantów śmierci” są również dźwięczne, jak spiż ich armat: Vickers, sir Bazyli Zacharow, Krupp, Nobel…

Dzisiaj największe zainteresowanie budzi tajemniczy Grek Zacharow, posiadający od 31 państw 298 orderów, a pozatem majątek, który obliczają na dziesiątki miljonów funtów szterlingów. Sir Bazyli, podobnie jak i jego poprzednik Alfred Nobel, jest człowiekiem, który kocha bardzo naturę. Willa jego w Monte Carlo i park zamku w Balincourt przyozdobione są przez niego własnoręcznie w piękne róże i kwiaty. Zarówno on, jak i Nobel mogliby uchodzić za sympatycznych staruszków, gdyby nie ten drobiazg, że jak wiedźmy podczas sabatu warzą środki zniszczenia ludzkości.

Fundacja Alfreda Nobla i psychologja jego są nie mniejszą zagadką, jak tyle innych współczesnych nam problemów, o których niewiadomo co sądzić, nie mogąc zajrzeć do serc ludzkich.

Jan Maleszewski

Tygodnik AS nr 17, 23 czerwca 1935 (s. 14–15)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *