Poznańskie „Wesołe miasteczko”
Powiedział ktoś kiedyś (a jeśli nie powiedział, to mógł powiedzieć), że życie samo jest największym artystą… dramaturgiem… malarzem… i czem chcecie jeszcze. Stwarza ono na każdym kroku sceny pełne tragizmu, a czasem i humoru, którym często jedno tylko zarzucić można ze stanowiska artystycznego: że są zbyt nieprawdopodobne, by można było uwierzyć w ich możliwość. Prawda jest czasem zbyt jaskrawa jak na nasze poczucie umiaru, podyktowane kanonem zasad literackich.
Do takich nieprawdopodobnych w dramatyczności swych kontrastów obrazów życia należy poznańskie „Wesołe miasteczko”. Chodzi tu właściwie o teren po wystawie P. W. K., w ramach której t. zw. „Wesołe miasteczko” stanowiło jedynie małą cząstkę. Lecz ludzie lubią czasem krzyczące szyderstwa. To też samorzutnie przyjęła się ta tragiczna nazwa — „Wesołe miasteczko” — dla całego terenu.
Niegdyś — jak niedawne, a jednak jak już odległe wydają się te czasy — szumiało tu inne życie. Wśród dźwięków muzyki sunęły wystrojone, radośnie podniecone tłumy przybyszów z całej Polski i z dalekiej obczyzny. W obramowaniu wielobarwnych kwietników i palm szumiały fontanny, wyrastały z ziemi betonowe pałace i pawilony, licytujące się dumą swych pokazów dziesięcioletniego dorobku wolnej Polski, zajeżdżały eleganckie auta, z których wysiadały panie w wieczorowych strojach, panowie na „czarno”, weseli, pewni siebie… Rozpierała nas pycha rosnącego dobrobytu, kipiała swawola beztroskich uciech „Wesołego miasteczka”. Płynęły miljony, łatwo zdobyte i łatwo wydawane. Lały się strumienie oszałamiających trunków, a wieczorem błyszczały tysiące świateł i płonęły ognie bengalskie, rozsypując się po niebie tysiącem skier i blasków wielobarwnych.
Wskazówka zegara czasu posunęła się o pięć lat. Jakże straszna odmiana losów!… Pod obuchem kryzysu znikł bez śladu dobrobyt. Prześnił się złoty sen Pewuki i nastąpiło przebudzenie w szarym mroku nędzy.
W opustoszałych pawilonach zaczęło się powoli inne życie. Już nie wystrojone, rozbawione, syte wrażeń i zmęczone ich nadmiarem tłumy zwiedzających, lecz wyrzuceni poza nawias życia nędzarze poczęli się snuć po pękających i kruszących się asfaltach. Walące się, lekkie, prowizoryczne budynki poczęły się zamieniać w niesamowite nory mieszkalne. Druciane płoty i asfaltowe czy brukowane ulice otrzymały nową, przedziwną dekorację suszącej się bielizny. Spod spadających tynków i porozbijanych okienek wyłaniały się proletarjackie okna nowych mieszkań. Na pięknych placach pozostały śmietniki — smutne źródło zajęcia młodocianych „poszukiwaczy skarbów”.
A jednak „Wesołe miasteczko” nie usposabia wcale do pesymizmu. Trzeba się tylko bliżej przyjrzeć, trzeba zapomnieć o tem, co tu niegdyś było, i poznać bliżej życie tych ludzi.
Jest tu przeszło 2.000 dusz. Więc rzeczywiście całe „miasteczko”. Władzą jest tu Wydział Opieki Społecznej. On to wynajmuje te „mieszkania”. Czynsz płaci się pracą — dwa dni w miesiącu za pokój. Ludzie chętnie biorą te pokoje i niejeden eksmitowany nędzarz daremnie marzy o tem, by się dostać do tego miejsca, które mu się w tej chwili prawie rajem wydaje…
„Wesołe miasteczko” jest popularne — zarówno wśród proletarjatu, jak i wśród tych wszystkich sfer, które mają wrażliwe sumienie społeczne. Mieszkańcy „Wesołego miasteczka” tworzą pewną zwartą grupę, solidarną nazewnątrz, choć może nieraz w ich łonie toczą się walki, intrygi, zawiści. Jest to życie ludzkie z całą jego słabizną moralną, spotęgowaną tutaj przez najgorszą doradczynię — nędzę.
Lecz z tego upadku i przytłumienia, ze środowiska buntu społecznego, który tu przybiera często formy negacji wszystkich urządzeń państwowo-społecznych (objawiało się to szczególnie w napisach, jakie tu znajdywano na kartkach wyborczych przy wyborach do Rady miejskiej), wyłania się dużo zdrowego pędu, zaradności i samopomocy. Wre tu i kipi praca nad lepszem urządzeniem mieszkań i ogniska, rozwija się wzajemna pomoc; nie zaginęły i potrzeby estetyczne, zwłaszcza zamiłowanie do kwiatów i ozdób. W każdem prawie oknie widać jakąś firankę, doniczki kwiatów, często klatkę z kanarkiem. Nędzne nazewnątrz nory przedstawiają wewnątrz obraz budującej czystości i porządku. Przyzwyczajenia proletarjatu wielkopolskiego, wyrobione w lepszych czasach, nie opuściły go i w okresie nędzy.
Tembardziej ludzie ci dbają o to, by ten okres niedoli przejść w warunkach znośnych — o tyle, o ile to od nich zależy. Są oczywiście i zaniedbane, rzeczywiste nory, pełne brudu i zaduchu. Lecz naogół ludność „Wesołego miasteczka” boryka się dzielnie z losem, nie poddaje się zwątpieniu i nie załamuje się psychicznie.
Tu i tam widać jakiegoś przedsiębiorcę. Ot, jakieś okno, otynkowane nazewnątrz i pomalowane. Widać szyld: mieszka tu malarz, który… wbrew przysłowiu o szewcu, który w dziurawych butach chodzi, zaczął od tego, że swoje odmalował mieszkanko.
Jeszcze więcej jednak buduje nas widok, jak ludzie ci dbają o swoje dzieci. Jakiś ojciec zrobił dla swego syna drewnianego konia. Prosty to koń, na biegunach z deski i z płaską głową, lecz na pewno więcej sprawił radości, niż skórą pokryty koń zamożnego dziecka. Tam znowu zbudowali sobie huśtawkę, a tu zadziwia nas luksusowy wózek — chyba z lepszych czasów.
Obok samopomocy działa tu jednak nader skutecznie pomoc charytatywna Poznania. „Wesołe miasteczko” jest „modne”. Wszystkie zapędy dobrej woli, czy to starszych, czy młodzieży (szczególnie harcerstwa), odruchowo kierują się w stronę tego symbolu nędzy dzisiejszego Poznania. Działa tu więc bardzo intensywnie „Caritas” oraz męskie kongregacje św. Wincentego. Zorganizowano wzorową ochronkę, powstały różne kuchnie, świetlice, odbywają się przedstawienia, „gwiazdki”, „opłatki”, „święconki”.
Że akcja ta nie trafiła w próżnię, o tem świadczy taki epizod, który piszący te słowa naocznie stwierdził: spowodu choroby jednego z działaczy „opłatek” został odwołany. Wtedy cała świetlica uchwaliła, że im nie chodzi o prezenty, lecz o to, by pokazać swą wdzięczność za opiekę — i świetliczanie sami zorganizowali przemiłą wieczornicę dla swych opiekunów, zdobywając się na wcale wysoki poziom artystyczny wykonania poszczególnych utworów muzycznych i wokalnych.
Są oczywiście i objawy buntu, wandalizmu, nie braknie i rzeczywistych mętów. Lecz — gdzie tego niema?
Przedewszystkiem podkreślić trzeba, że parafja łazarska stworzyła dla „Wesołego miasteczka” w jednym z pawilonów kaplicę. Uboga to jest ta kaplica, odrapana i bez urządzeń, ale jest zawsze duszpasterstwo na miejscu. Obawiano się, że ludzie, niemający lepszego odzienia, nie pójdą do kościoła, więc trzeba im dać nabożeństwo na miejscu. Bezdomni na niedzielnej Mszy w „Wesołem miasteczku” nie są gorzej ubrani, niż inni parafianie w kościele. Toć prawie każdy ma jeszcze jakąś resztkę porządnej garderoby z lepszych czasów. Proletarjat wielkopolski zawsze odznaczał się ambicją posiadania porządnego ubioru. Jest to niewątpliwie objaw zdrowy.
„Wesołe miasteczko” w całym swym smutku kryje jednak wiele radości. Jest ono dowodem, że umiemy się naogół przystosować i znów wyprostować się po klęsce. Nigdzie chyba tak dobrze nie można studjować tych pierwiastków psychicznych naszego proletarjatu, na których oprzeć się może odbudowa zniszczonego dobrobytu, jak tutaj.
Magistrat przewiduje wkrótce stopniową likwidację „Wesołego miasteczka”. Ludność przeniesie się do planowo rozbudowanych osiedli, szczególnie do Naramowic. Na miejscu tem powstaną place budowlane, kwietniki i rozbuduje się istniejące już boisko sportowe — jedyną część terenu, która zachowała swój dawny wygląd. Sport nie przeszedł jeszcze kryzysu.
Po katastrofie kryzysowej wchodzimy powoli w okres stabilizacji i odbudowy. Likwidacja „Wesołego miasteczka” będzie najlepszym symbolem i ilustracją tego procesu.
A. Z.


Tygodnik AS nr 20, 14 lipca 1935 (s. 19–20)