W cieniu kwitnącej wiśni

Przyjęcie w domu zamożnego Japończyka według starojapońskiego ceremonjału. Fot. C. Delius, Nice.

Wrażenia z Japonji — Mikołaj Farkas

Znany węgierski autor filmowy, Mikołaj Farkas, poczynił podczas swego pobytu w Japonji bardzo ciekawe obserwacje, któremi dzieli się poniżej z Czytelnikami „Asa”.

Markiz Usikata otworzył przedemną drzwi, skłonił się głęboko i rzekł:

— Proszę, niech pan przejdzie do salonu. Będzie pan miał zupełne złudzenie Europy.

Gdy wszedłem do salonu, gospodarz domu starał się wyczytać z mojej twarzy, jakie wrażenie robi na mnie europejski kącik w jego siedzibie, znajdującej się w okolicach Tokio. Z 30 pokoi tego domu 4 urządzone były po europejsku. Pokoje, któremi chlubił się markiz, przypominały którekolwiek z mieszkań europejskich, obejmowały zaś typowe biurko amerykańskie, różne meble z czasów secesji, fortepian z czerwonego drzewa i wielki bufet w stylu nieco nieokreślonym.

Mimo zamiłowania do stylu europejskiego, ceremonjału picia herbaty dopełniliśmy w pokoju japońskim, siedząc ze złożonemi nogami na ziemi. Sam gospodarz, jak tego wymaga gościnność japońska, podawał mi herbatę oraz bardzo ostre, chociaż smaczne cukierki. Gdy przybyło jeszcze do naszego towarzystwa kilka osób, między nimi dwie panie, towarzystwo rozdzieliło się w ten sposób, że mężczyźni siedzieli w jednej części pokoju, kobiety zaś w drugiej. Oczywiście, że markiza Usikata, ubrana w czarne kimono jedwabne, robiła honory domu. Przed każdym z nas stał mały stoliczek, na którym znajdowało się minjaturowe nakrycie.

Na zakończenie mej wizyty markiz oświadczył mi z uśmiechem:

— Jeżeli pan chce naprawdę poznać duszę Japonji, niech pan wyjedzie za mury Tokio, gdyż tam dopiero zobaczy pan coś oryginalnego.

Wkrótce też wyjechałem do Sukicha, w okolicy Nagasaki. Pokój mój w jedynym tamtejszym hotelu nie posiadał oczywiście żadnych mebli, prócz maty i małego stoliczka. Będąc głodnym, udałem się do sali jadalnej, w której unosił się zapach gotowanych ryb. Goście siedzieli, jak to bywa również w domach prywatnych, przed małymi stolikami i uśmiechali się do siebie w sposób nadwyraz ceremonjalny. Wkrótce zjawił się gospodarz hotelu i oświadczył mi:

— Może pan u nas otrzymać nawet mięso, chociaż żaden prawdziwy Japończyk tego nie jada. Znamy je dopiero od czasów wojny i powoli się do niego przyzwyczajamy.

Potrawy podawały młode dziewczęta o dziecinnym wyrazie, zginające się raz poraz w uprzejmym dygu. Podczas mego obiadu byłem świadkiem oryginalnej sceny japońskiej grzeczności. Jeden z gości, siedzący pod ścianą, zwróciwszy się do gospodarza, rzekł: — Czy chcesz napić się z mojej filiżanki? Gospodarz, skłoniwszy się, odrzekł uprzejmie: — Czynisz ze mnie najszczęśliwszego z ludzi — i, wychyliwszy napój z filiżanki, oddał mu ją.

Ceremonjał ten był początkiem dalszych toastów, wymienianych między gośćmi a gospodarzem. Oczywiście, że ten ostatni dotykał tylko ustami wódki japońskiej, robionej z ryżu, a zwanej sake, a resztę zawartości wylewał do naczynia, stojącego w kącie pokoju. Uprzejmość Japończyków i wrodzona ceremonjalność idzie tak daleko, że nawet wobec kelnerek istnieje obowiązek dzielenia się z niemi szklanką sake czy herbaty. Gdy bowiem usługująca w restauracji przynosi ten napój, czeka chwilę z uśmiechem na twarzy i zwykle gość oświadcza jej: — Zrobiłaby mi pani wielką przyjemność, gdyby zechciała napić się z mojej szklanki. Następuje ceremonjał zamaczania ust w sake, wylania reszty zawartości i napełnienia szklanki nowym płynem.

Obiad japoński, podawany o 4 popołudniu, kończy się zwykle herbatą, a następnie na deser podają często rodzaj wodorostów w bardzo pikantnym sosie. Na sam koniec zjada się potrawę z ryżu, której nikt tak nie umie przyrządzać jak Japończycy. Ryż podaje się przeważnie w mleku lub też polany tłuszczem. Jest on jednak przyprawiony bardzo oryginalnie i bardzo smacznie.

Nietylko ciekawość poznania tego dziwnego narodu skierowała mnie do Sukicha, będącego portem morskim, ale również moje sprawy zawodowe, gdyż mieliśmy tam „nakręcać” jedną ze scen „Markizy Jorisaka”. Gdy znajdowałem się w porcie podczas filmowania i naradzałem się z moimi pomocnikami nad pewnemi szczegółami, wyraziłem równocześnie chęć napicia się czegoś, gdyż upał panował nie do wytrzymania. Z jednej z chat rybackich, położonych nad brzegiem, wyszła młoda Japonka i uprzejmym gestem ofiarowała mi filiżankę herbaty, rozkładając równocześnie na ziemi matę i zapraszając mnie gestem, abym na niej spoczął.

Mówiąc słabo po japońsku, nie umiałem jej wyrazić mojej wdzięczności za ochładzający trunek, który w tym upalnym dniu był mi tak na rękę, to też zapytałem się jednego z Japończyków, jakby się jej zrewanżować za tę uprzejmość. — Może mam jej posłać kwiaty? Zapytany zdziwił się. — Kwiaty? Nigdy w życiu, służą one do dekoracji domu, ale nie posyła się ich nikomu. Jeżeli pan jej chce zrobić wielką przyjemność i zastosować się do panującej mody, niech pan jej pośle dwa ręczniki.

Drobny ten incydent przekonał mnie, że Europejczyk ze swą psychologją ciągle będzie zdezorjentowany w Japonji i przechodził z jednego zdziwienia w drugie. Takie np. ogólnoludzkie powiedzenie, jak „każesz cierpieć memu sercu”, w Japonji jest zupełnie niezrozumiałe, gdyż Japończycy swoich uczuć nie umiejscawiają w sercu i łatwiejby zrozumieli, gdyby powiedziało się „każesz cierpieć moim nogom”, co stanowi aluzję do długiego wyczekiwania zakochanego pod oknem swej bogdanki.

Choć wiemy, że Japończycy nie znają pocałunku, to mimo to stwierdzenie tego na „własnej skórze” jest pewnego rodzaju rewelacją. Byłem kiedyś świadkiem drobnego, lecz niemniej charakterystycznego zdarzenia w domu, w którym mieszkałem w porcie. Stróżka miejscowa miała dwoje ładnych dzieci, z któremi nieraz się bawiłem. Pewnego razu jedno z nich, ścigając się z braciszkiem, rozpędziło się w moim kierunku i wpadło w moje ramiona. Ujęty jego serdecznością, ucałowałem je, czemu przyglądała się matka. Zobaczywszy, bodaj że poraz pierwszy, pocałunek, wkrótce wzięła je na ręce, całując je również w policzek i obserwując następnie, jakie wrażenie ten niezwykły czyn wywoła u dziecka.

Widok tej sceny był tak dziwny, że zacząłem zastanawiać się nad psychologją Japończyka w tej dziedzinie i doszedłem do dziwnych rezultatów. Filmowa cenzura japońska nie pozwala na sceny, w których aktorzy się całują, co nie jest jednak podyktowane względami moralnemi, lecz poprostu publiczność nie zrozumiałaby, o co chodzi. W ostatnich jednak czasach widuje się raz poraz sceny, które przypominają pieszczoty europejskich kochanków.

— Szczęśliwy kraj, w którym policja nie ma innego zadania, jak pilnowania, aby zakochani się nie całowali! — pomyślałem sobie, gdy opowiadano mi o tych dziwnych zwyczajach.

Pomimo wielkiego postępu technicznego Japonja pozostała taką, jaką była za czasów Konfucjusza. Widać to wyraźnie w dziedzinie życia kobiecego. Kobieta do dziś dnia pozostała znacznie wtyle za mężczyzną, będąc niejako niższą istotą. Pomimo że biorą one udział w ćwiczeniach gimnastycznych narówni z mężczyznami, pomimo iż wiele z nich nosi suknie europejskie, pozostają w dalszym ciągu prawie że własnością męża, który nie potrzebuje się liczyć z ich wolą. Skutkiem tego jest, że mimo oficjalnego jednożeństwa wielu Japończyków posiada „dodatkowe” żony, zwłaszcza w wypadku, gdy oficjalna małżonka nie dała im potomstwa.

Najbardziej istotnem zjawiskiem w życiu Japończyka jest to, że nabywając zewnętrzną kulturę europejską, nie stara się on dostosować do nowych prądów, zachowując poglądy z czasów Konfucjusza.

Mikołaj Farkas

Japonka w tradycyjnej fryzurze, fotografia z lat 30.
Fryzura Japonki nastręcza elegantkom dużo kłopotu, gdyż musi ona przetrwać bez poprawiania przez dłuższy czas. Fot. Elysees-Press.
Japoński uliczny sprzedawca w stroju z reklamą towaru
Uliczny sprzedawca japoński w stroju, na którym widnieje reklama sprzedawanego przez niego towaru. Fot. Elysees-Paris.

Tygodnik AS nr 20, 14 lipca 1935 (s. 14–15)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *