Dziewczęta…

Grupa dziewcząt chórzystek teatru rewjowego przed próbą.

Defiluje przed nami wielka armja dziewcząt… dziewcząt w mundurkach i dziewcząt bez mundurków. Armja zawsze pewna siebie i pewna swego zwycięstwa. Ale, jak to bywa na wojnie, często głodem przymierająca.

Dziewczęta te, aby żyć, musiały głodować. Jeśli chciały jeść — musiały się wyrzec… jedzenia. Trzeba było dbać o linję. Przymusowa djeta, męcząca gimnastyka, sporty — a obok tego długie, wyczerpujące próby, przedstawienia — oto życie sceniczne „girl”, tego motyla nocy wielkomiejskiej. Zajaśnieje przez chwilę, zachwyci oko, a nikt się nie zastanawia, ile trudu, pracy i wyrzeczeń złożyło się na to, by przez parę minut widzowie mogli przyglądać się zgodnemu rytmowi ich tańca.

Manekiny… inny rodzaj broni w tej dziewczęcej armji. Przyszedł kryzys i opustoszały wielkie magazyny mód. Obchudzone modelki potraciły posady. Dziś wolno im jeść… lecz teraz życie samo nałożyło im djetę. Napróżno pukają do drzwi wielkich magazynów. Armja manekinów na stopie kryzysowej jest mocno okrojona.

Modystki… te, które po wojnie wychodziły z ranami kłótemi w palce. Rój dziewcząt wysypujący się na rue de la Paix — wesoły i gwarny. Godzina południowa. Za dwie godziny powrót do pracy.

Trzeba być zawsze piękną i młodą. Bo inaczej przyjdzie „superrewizja” i trzeba będzie opuścić szeregi dziewczęcej armji.

Trzeba być piękną dla nich, dla siebie, ale przedewszystkiem dla niego. Dla tego, który już jest, albo jutro przyjdzie.

To też trzeba konserwować młodość i urodę wszelkiemi siłami i środkami… cel uświęca środki… kosmetyczne…

Zatrzymać młodość… Bo jeszcze tyle wymagań trzeba jej postawić…

Życie jest podobno piękne. Jak piękne są te dwie godziny odpoczynku, gdy słońce złoci ulicę Paryża. Święto konwalji na wiosnę, święto midinetek…

Prawda — jest miłość. Czasami przyjdzie brzydka i natrętna, w postaci starszego pana z wielką łysiną — ale i z wielkim portfelem. Czasami znowu zmienia się i przybiera postać młodego chłopca o bardzo pięknych zamiarach i bardzo pięknej przyszłości. Ale tylko przyszłości…

Dziewczęta pracy marzą o wielkiej miłości — i narazie zadawalniają się „małą zaliczką”, jaką im daje życie.

Wielka armja girls rewjowych i filmowych, modystek, manekinów, panien sklepowych — dla których dzień rodzi się w trosce, a zachodzi w marzeniu. Bo pierwszy blask słońca rozpędza chmury troski. Pierwszy uśmiech przechodnia dodaje otuchy. Będzie lepiej…

Wielka armjo — idąca na podbój świata — z bronią tak nieodpartą, jak uśmiech młodości, świeżości i urody. Zwyciężacie. Bierzecie do niewoli mężczyzn…

Ale zdradzimy wam rzecz jedną — najchętniej same dostają się do niewoli…

Tygodnik AS nr 2, 10 marca 1935 (s. 16–17)

Udostępnij ten artykuł