Janina Kurkowska-Spychajowa. — Marja Malicka. — Helena Wiewiórska.
Janina Kurkowska-Spychajowa, mistrzyni świata w łucznictwie.
Nowoczesna Amazonka, najpierwsza z łuczniczek, mieszka w Warszawie i pracuje w gmachu PKO. Pani Janina Kurkowska-Spychajowa trzykrotnie zdobyła mistrzostwo świata w strzelaniu z łuku.
Ktoby to pomyślał. Szczupła i drobna kobietka o długich blond włosach, jasnych, niebieskich, trwożnie spoglądających oczach i ukarminowanych ustach opowiada o początkach swej karjery sportowej.
— Skąd Pani to przyszło?
— To strzelanie z łuku?
— Właśnie!
— Niech pan sobie wyobrazi, że nie było w tem nic romantycznego: ani wielkie wzory historyczne, ani podróż do rezerwatów Indjan w Ameryce północnej. Poprostu zaproponowano mi na zebraniu klubu sportowego „Rodziny Wojskowej” wstąpienie do sekcji łuczniczej. Było to 5 lat temu. Uprawiałam wtedy różne sporty: pływałam, wiosłowałam i grałam w siatkówkę, jeździłam konno itd. Teraz nie istnieje dla mnie nic poza łucznictwem. Nie ma pan pojęcia, jak to wciąga i emocjonuje. Obserwowałam to nietylko na sobie.
— Proszę pana — mówi nagle p. Spychajowa — do PKO nie przychodzi się, żeby rozmawiać o sporcie!
— Ma Pani najzupełniejszą rację — odpowiadam. — Ja też nie przyszedłem tutaj w tym celu. Wizyta moja związana jest z najbardziej dramatycznym momentem w Pani życiu.
— Nie przypominam sobie…
— Ja również i dlatego pragnę właśnie, żeby Pani o tem opowiedziała.
— Nie miałam na szczęście dramatów w swem życiu, a dramatyczne momenty? Te zjawiły się dość często w ostatnich pięciu latach. Ale to znów związane jest ze sportem.
Umawiamy się na wieczór.
— Najbardziej dramatyczny moment przechodziłam przed międzynarodowemi zawodami łuczniczemi w Londynie przed dwoma laty. Przed wyjazdem naszej drużyny do Londynu brałam udział w zawodach krajowych i eliminacyjnych w Poznaniu. Byłam już wtedy po długim okresie intensywnego treningu. To wszystko nadwerężyło mi palce. Bo z temi mojemi palcami jest okropna bieda. Nikomu innemu z moich kolegów i koleżanek w sporcie łuczniczym to się nie zdarza. Od naciągania cięciwy palce prawej ręki krwawią, puchną, pod skórą zbiera się materja. Wtedy właśnie jechałam na mistrzostwa świata do Londynu, mając palce zdarte niemal do kości. Byłam czołową zawodniczką ekipy polskiej i od osiągniętych przezemnie wyników zależało w znacznej mierze zwycięstwo. Kiedy zjawiłam się na boisku londyńskiem i przystąpiłam do treningu, sytuacja była rozpaczliwa. Naciągnięta cięciwa rozdzierała niezasklepione rany na palcach. Zrezygnowana przerwałam trening i pełna najbardziej pesymistycznych myśli przyglądałam się ćwiczeniom współzawodniczek. Gdy stałam smutnie oparta o balustradę, podszedł do mnie lord Revelstoke, który patronował zawodom, i zapytał, dlaczego nie trenuję. Pokazałam mu poranioną rękę i powiedziałam, że resztki sił i możliwości chcę zachować na jutrzejsze zawody.
Lord Revelstoke, nie mówiąc ani słowa, wsadził mnie do samochodu i zawiózł do chirurga. Lekarz londyński uznał sytuację za dość ciężką, obiecał jednak mnie wyratować z opresji. Dostałam cudowne lekarstwo, noszące wielce obiecującą nazwę „New Skin”, co zn. „Nowa Skóra”, i nie zawiodło ono pokładanych nadziei. Gdy się obudziłam rano w dniu zawodów, okropnie poranione palce wyglądały już prawie zupełnie dobrze. Naciągnęłam z całej siły cięciwę łuku i, o dziwo, nie czułam owego piekącego bólu. Zawody skończyły się bardzo szczęśliwie: po raz drugi zdobyłam mistrzostwo świata.
Marja Malicka, gwiazda polskiego teatru.
Najdramatyczniejszy moment w życiu Marysi Malickiej? Czy wogóle były takie dramatyczne momenty w jej życiu? Wydaje się to nieprawdopodobne i nieharmonizujące z jej tak dobrze znaną szlachetną sylwetką. Pełen niewysłowionej słodyczy uśmiech chyba nigdy nie schodzi z jej twarzy?
Niedzielne popołudnie. Jestem w nowoczesnem, z dużym artystycznym smakiem urządzonem mieszkaniu Marji Malickiej i Zbyszka Sawana-Nowakowskich. Pani Marysia zgodziła się chętnie opowiedzieć o najdramatyczniejszym momencie swego życia. Co to może być?
— Przeszło pięć lat minęło od tego okropnego wypadku, ale do dzisiaj wszystkie jego szczegóły żywo pozostały w pamięci. Było to w listopadzie 1929 roku. Od kilku miesięcy byliśmy już w tournée po całym kraju. Jeździliśmy ze sztuką niemieckiego autora Lentza p. t. „Trio”. Obsadę sztuki stanowili Aleksander Węgierko, Zbyszko, no i ja. Towarzyszyła nam przez pewien czas moja siostra Nela. Nasz impresario p. Narkiewicz urozmaicał nam długie i częste, bardzo męczące podróże z miasta do miasta opowiadaniem niezliczonych dykteryjek. Jego zapas był niewyczerpany. Drogę z Łucka do Równego musieliśmy odbyć autobusem. Nasz samochód, którym podróżowaliśmy po całym kraju, zepsuł się i trzeba było go zostawić w Łucku. Przyznam się, że do autobusu wsiadałam z wielkim strachem. Z tego środka lokomocji miałam skorzystać po raz pierwszy w życiu. Szosa z Łucka do Równego jest dobra. Mimo niewygody podróż odbywała się w wesołym nastroju. Narkiewicz sypał kawałami, jak z rękawa. Dojeżdżaliśmy do Ołyki. Nasz dowcipny impresario opowiadał właśnie jakąś zabawną historyjkę o Katarzynie Wielkiej, gdy nagle ktoś przeraźliwie krzyknął: „Pociąg!” Wszyscy zwróciliśmy wzrok w stronę przejazdu. Właścicielka autobusu, śmiertelnie przerażona, wołała do szofera, żeby zahamował, ale mój mąż z całych sił krzyknął: „Gazu!” Tyle mocy było w jego głosie, że szofer posłuchał. Na torze były już tylko tylne koła, gdy nastąpiło zderzenie. Wszystko razem trwało ułamek sekundy. Poczułam silne uderzenie w plecy i straciłam przytomność.
Parowóz zdruzgotał tył autobusu, wszyscy pasażerowie wypadli na tor. Mnie odrzuciło na drogę, o jakie 5 metrów od miejsca wypadku. Pociąg zatrzymano i rozpoczęto akcję ratunkową. Z pośród pasażerów autobusu tylko moja siostra i mąż wyszli prawie bez szwanku. Wszyscy inni odnieśli ciężkie obrażenia.
Miejsce wypadku wyglądało okropnie. Na torze porozrzucane były części zniszczonego bagażu. Gdzieś daleko na szyny padła moja szkarłatna suknia balowa. Siostra, spostrzegłszy tę jaskrawą plamę na torze, w pierwszej chwili myślała, że to moje krwawe strzępy. Rozpacz jej nie miała granic. Znalazła mnie wreszcie na szosie. Wyglądałam okropnie, krew zmieszana z błotem mogła przerazić najbardziej obojętnego. Gdy na chwilę odzyskałam przytomność, nie mogłam się zorjentować, czy jeszcze żyję, czy może już umarłam.
Musieliśmy się znajdować tego dnia pod szczególnie fatalną gwiazdą. Zdawałoby się, że już nic bardziej groźnego spotkać nas nie może; tymczasem nowe niebezpieczeństwo! Na szosie ukazał się samochód ciężarowy, jadący z dużą szybkością. Ciężarówką jechali pijani handlarze z transportem nierogacizny, którzy, nie zważając na rozpaczliwe sygnały mojej siostry, pędzili wprost na mnie. Nela biegła im naprzeciw, przeraźliwie krzycząc i wznosząc błagalnie ręce. Myślała już o rzuceniu się pod koła, gdy stał się cud. Czy zrozumieli rozpaczliwe okrzyki mojej siostry, czy pijany kierowca oprzytomniał — dość, że wóz stanął.
Obsługa pociągu brała żywy udział w niesieniu pomocy rannym. Jeden z wagonów zamieniono na ambulans. Ciężko ranną i napół przytomną ułożono mnie na słomie, pod ścianą. W innych kątach wagonu leżała reszta ofiar katastrofy.
W najbardziej dramatycznych wypadkach zdarzają się zabawne epizody. Tak było i w naszej katastrofie. Bohaterem wesołego epizodu był oczywiście nasz impresario Narkiewicz. Wszyscy byli przekonani, że już nie żyje. Leżał pod rozbitym autobusem, a strzaskana oś opierała się o jego skroń. Nikt więc nie miał wątpliwości, że zginął. Trzeba było myśleć o rannych, nikt się nie interesował „trupem”. Nagle „trup” wstał i z całym spokojem zapytał:
— Co się tu właściwie stało?
Tem pytaniem zamęczał wszystkich przez całą drogę do Równego. Tłumaczono mu na wszelkie sposoby. Nie mógł sobie przypomnieć, w jaki sposób znaleźliśmy się w autobusie. — Jechaliśmy z Łucka — mówiono mu. — No tak, ale czy byliśmy w Łucku? Nic nie pamiętam. — A jaka tam była kasa? Kiedy mu wreszcie powiedziano, że w Łucku mieliśmy 1.754 zł. 50 gr., nagle wszystko sobie przypomniał.
To wszystko opowiedziano mi dopiero w kilka dni później. Przez całą drogę bowiem nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się dookoła dzieje. Na stacji w Równem czekał już lekarz i sanitarjusze. Oprzytomniałam w czasie pierwszego opatrunku i zauważyłam, że doktór goli mi głowę.
— Co pan robi, doktorze? — zawołałam przerażona — przecież ja gram dziś wieczorem!
Nie grałam jednak ani tego, ani przez wiele następnych wieczorów. Leczenie w szpitalu rówieńskim trwało dwa tygodnie.
Helena Wiewiórska, pierwsza polska adwokatka.
Pani Helena Wiewiórska jest pierwszą adwokatką polską. Egzamin adwokacki złożyła przed dziesięciu laty i od tego czasu prowadzi własną kancelarję w Warszawie. Niedawno powołana została do Rady adwokackiej, gdzie również jest pierwszą kobietą.
Gdy przyszedłem o 5-tej popołudniu, pani adwokat Wiewiórskiej jeszcze nie było w domu. Przyjęła mnie jej córka, panna Ala, która właśnie przegrywała z koleżanką ostatnie przeboje na patefonie. W domu panował ożywiony ruch. Co chwila rozlegały się dzwonki u drzwi. Posłańcy i chłopcy sklepowi przynosili kwiaty, torty, paczki z wiktuałami itp. Imieniny pani domu.
— Gdzie mamusia? — pytają co chwila przez telefon.
— Mamusia nie wróciła jeszcze z sądu.
W ten sposób mija godzina. Wreszcie zmęczona, zadyszana rzuca w przedpokoju tekę z aktami.
— Błahe dwie sprawy przeciągnęły się do wieczora!
Najpierw obowiązkowa fotografja, a potem, mimo że obiad stygnie, rozpoczynamy rozmowę.
— Mam bardzo poważne skrupuły — mówi pani Wiewiórska. — Jako członkini korporacji adwokackiej nie wolno mi udzielać wywiadów.
— Najbardziej dramatyczny moment w życiu — to sprawa tak osobista, że nie może tu być mowy o zastrzeżeniach, regulujących sprawy zawodowe przez Radę adwokacką — próbuję tłumaczyć.
— To prawda, ale mój najdramatyczniejszy moment jest właśnie związany z zawodem. Jeżeli jednak decyduję się o tem mówić, to ze względu na zasadniczy charakter sprawy. Zresztą kiedy opowiem, sam pan się zorjentuje.
— Było to w 1922 roku. Bawiłam u moich przyjaciół w Zamościu. Na wokandzie sądu okręgowego znalazła się sprawa Jana S., oskarżonego o bratobójstwo. Proces miał się odbyć w trybie doraźnym. Byłam wtedy jeszcze aplikantką adwokacką, jednak wyznaczono mnie obrońcą z urzędu, sądząc widać, że jako kobiecie łatwiej mi się uda wzruszyć sędziów. Na instytucję sądów doraźnych miałam już wówczas pogląd wyraźnie wyrobiony, uważałam je z punktu widzenia prawnego za twór nieudany.
— Sprawa była ciężka. Domagałam się przekazania jej na drogę postępowania zwykłego, dowodząc, że niema podstaw do sądzenia bratobójcy w trybie doraźnym. Sąd był jednak innego zdania. Sprawę postanowiono rozpatrzyć.
— Mój klient był człowiekiem bardzo nieszczęśliwym. Od najmłodszych lat cała rodzina była przeciwko niemu. Musiał wcześnie opuścić dom rodzinny i tułać się po świecie. Życie miał ciężkie, więcej w niem zaznał głodu i niepowodzeń, niż radości. Mimo to ożenił się i był ojcem kilkorga dzieci. Po śmierci ojca, gdy przyszło do podziału spadku, rodzina znów chciała go odsunąć od wszystkiego. Najbardziej występował przeciwko niemu starszy brat. Ten chciał go pozbawić schedy. Zrozpaczony, złamany niekończącym się łańcuchem klęsk, z konieczności rozdzielony z żoną i dziećmi, ważył się na czyn szalony. Po sprzeczce ze starszym bratem schwycił ciężki topór i roztrzaskał mu głowę. Stawiono go przed sądem doraźnym. W myśl art. 255 prokurator domagał się kary śmierci, kwalifikując przestępstwo jako zabójstwo z chęci zysku. Proces trwał przez cały dzień. Wyrok ogłoszono o godzinie 9 wieczorem. Bratobójcę Jana S. skazano na śmierć.
W chwili odczytywania wyroku mój groźny przeciwnik, pan prokurator, był blady jak płótno i wyraźnie drżał.
Skazańca odprowadzono do celi. Mieliśmy dwanaście godzin czasu dla uzyskania łaski Prezydenta Rzeczypospolitej, jedynego ratunku dla nieszczęsnego bratobójcy. Z sądu wysłano natychmiast depeszę do Warszawy. Spędziłam okropną noc, chyba najcięższą w życiu. Mijała godzina za godziną i odpowiedź z kancelarji cywilnej Prezydenta Rzeczypospolitej nie nadchodziła. Zupełnie wyczerpana nerwowo zapadłam nad ranem w ciężki sen. Jednak i we śnie prześladowały mnie koszmary. Śniła mi się gilotyna wieziona na jakimś okropnym, okrwawionym wozie. Kiedy się obudziłam, jeszcze bardziej zmęczona, była już godzina 8-ma rano. Wreszcie po godzinie przyszła upragniona odpowiedź z Belwederu. Prezydent Rzeczypospolitej skorzystał z prawa łaski. Karę śmierci zamieniono na bezterminowe więzienie. Natychmiast wraz z prokuratorem udałam się do celi skazańca. Był zupełnie nieprzytomny. Całą noc klęczał z głową opartą o więzienne nary, bełkocząc słowa modlitwy. Nie odrazu zrozumiał, co mu przynosimy. A gdy mu wreszcie wytłumaczono, zatoczył się i znów padł na kolana. Niepowstrzymane strugi łez zalewały mu twarz.
Tej nocy i sceny w celi skazańca nie zapomnę do końca życia. Do walki przeciwko sądom doraźnym występuje u mnie od tego okropnego procesu obok rozumu uczucie…
W. M.
Tygodnik AS nr 2, 10 marca 1935 (s. 12, 14–15)