Przed nastaniem faszystowskiej ery w niedzielny poranek wielkanocny wpadała ludność Rzymu w rodzaj obłędu. Już wczesnym rankiem zrywali się wszyscy na równe nogi, gdyż na ulicach i dachach miasta huczała gwałtowna kanonada z moździerzy, małych armatek, żabek i petard, sporządzonych przez ulicznych wisusów. Salwy padały za salwami, niczem ogień zaporowy na polach bitew Wielkiej Wojny.
Obecnie zamilkły strzały, zabronione przez faszystowską milicję. Już nikt nie odważy się wiwatować na cześć Zmartwychwstania Chrystusa Pana. Głucho i pusto na ulicach miasta i w olbrzymich jego bazylikach.
W Wielkanocną niedzielę wybrałem się w pielgrzymkę po kościołach Rzymu, chcąc być świadkiem uroczystych nabożeństw. W przeogromnem wnętrzu bazyliki św. Piotra wałęsały się grupy turystów z czerwonym lub niebieskim baedekerem, te same, co codziennie. Tu i ówdzie małe gromadki wiernych oczekiwały cierpliwie na nabożeństwa.
Radość świątecznego dnia przenosi się w nowoczesnym Rzymie hen daleko, poza ulice marmurowego miasta. Ludność oblega dworce, z których co parę minut wyjeżdżają popularne pociągi do Neapolu, Florencji lub bliskiego Tivoli. Większość korzysta z ostatniej zdobyczy komunikacyjnej, szybkobieżnej kolejki elektrycznej, przenoszącej Rzymianina w ciągu 20 minut do Ostji, na plaże ciepłego już Śródziemnego Morza.
Opowiadają, iż wskutek niskich cen — bo wynoszących zaledwie dwa liry za przejazd z Rzymu do Ostji tam i spowrotem, łącznie z wykorzystaniem w mieście autobusu, dowożącego turystów do stacji kolejowej — Rzymianie nauczyli się znowu korzystać z morskiej kąpieli. Spowodował to Mussolini, wzorując się na cezarach, którzy stawiali gigantyczne termy, gdzie kąpać się mogło równocześnie tysiące Rzymian i Rzymianek.
Święta Wielkanocne przypadają na najpiękniejszy okres przedwiośnia, zwanego „Primavera Romana”. Rzym stroi się wówczas w swój klasyczny wieniec.
Na Forum Romanum, na Palatyńskim wzgórzu wytryskają ze szczelin marmurowych pałaców bujne pęki liljowych glicynij, tworząc bajkowe kaskady. Przepyszne, pąsowe róże tulą się wśród złomów alabastrów, wykwitając nowem wśród ruin życiem. Na tle jasno-lazurowego rzymskiego nieba strzelają cudowne kolumny z potrzaskanemi głowicami, a ich marmurowe bazy toną w morzu zieleni. Słońce i kwiaty tworzą przedziwny nastrój poezji, wyczuwalnej zmysłami wzroku i powonienia.
Budząca się pod łagodnemi promieniami słońca przyroda napawa serca ludzkie zmartwychwstającą radością i weselem.
A gdy rozkołyszą się nad Rzymem stare papieskie dzwony, o szlachetnem, a potężnem brzmieniu — wtedy myśl nasza biegnie za miasto, na wąski gościniec „Via Appia”, do grobowca Metelli, gdzie kiedyś, wśród oparnych mgieł unoszących się nad rzymską kampanją, ukazał się św. Piotrowi Zbawiciel świata, podążający do Rzymu, aby ponownie ponieść śmierć męczeńską.
m. d. d.
Tygodnik AS nr 8, 21 kwietnia 1935 (s. 15)