„As” naszej marynarki mówi: „Najdramatyczniejszy moment w mem życiu”…

Eustachy Borkowski, kapitan s. s. „Kościuszko”.

Eustachy Borkowski, kapitan s. s. „Kościuszko”.

Na pokładzie „Kościuszki” gorączkowe przygotowania do odjazdu. Za kilka godzin statek odpływa w pierwszą tegoroczną podróż wiosenną do portów południowej Europy i północnej Afryki.

Wielki dźwig portowy stalowem ramieniem przenosi potężne porcje węgla z wagonu na nadbrzeżu do przepastnej czeluści ładowni. W robotniczych kombinezonach uwijają się po statku elektromonterzy, czyniący ostatnie poprawki i reperacje; stewardzi przygotowują sale jadalne, ścieląc śnieżnobiałe obrusy, korytarzami przebiegają lokaje i majtkowie.

Pniemy się na najwyższy pokład i za chwilę melduje nas steward kapitanowi Eustachemu Borkowskiemu, „asowi” polskiej marynarki handlowej.

W kapitańskiej kajucie jest przytulnie i cicho. Tuż przy wejściu szafa w ścianie, a w niej kapitańskie mundury, książki i różne przybory. Na stoliku zjawiają się szklaneczki, rozkosznie bulgoce włoski „vermuth”…

— Panie kapitanie! Prosimy o jedno ogniwo do łańcucha wywiadów „Asa” z polskimi „asami”.

Kapitan Borkowski oburza się.

— Jaki „as”? Co za „as”?… Jestem skromnym…

— Ależ… Panie kapitanie! Trzydzieści cztery lata pływania po morzach! Sześćdziesiąt pięć razy poprzez Atlantyk pod polską tylko banderą! Zresztą imię pańskie jest znane miljonom Polaków i miljonom cudzoziemców!

Kapitan Borkowski jest jak zwykle naburmuszony i szorstki, lecz w kącikach szarych, wyblakłych oczów, kryjących się pod kępkami siwych brwi, tli się ogieniek wesołości i niespożytej energji życia, tak dobrze znany tym wszystkim, którzy kiedykolwiek z chlubą naszej marynarki się zetknęli.

— A więc, kapitanie, jaki był najdramatyczniejszy moment w pana życiu?

Kapitan Borkowski namyśla się chwilę i, łyknąwszy vermuthu, poczyna opowiadać:

— Spodziewa się pan zapewne usłyszeć odemnie opowieść o jakiejś straszliwej katastrofie okrętowej, z której cudem wyszedłem z życiem, lub coś w tym rodzaju… Rozczaruję pana… Życie marynarza jest tak pełne stałych niebezpieczeństw, że jest on każdej chwili przygotowany na „moment dramatyczny”; skoro więc chwila taka nadejdzie, prawdziwy marynarz jest na nią nastawiony; przyjmuje ją bez dramatu. Najdramatyczniejszy moment w mem życiu przeżyłem niedawno, bo zaledwie przed kilku miesiącami. Dramatycznym był ten moment dla mnie jako dla marynarza i, co ważniejsze… człowieka.

— Płynęliśmy niedaleko brzegów amerykańskich, gdy nagle przybiegł do mnie radjotelegrafista z telegramem, że o dwieście mil na północ pali się statek „Morro Castle”. Wysyłał on rozpaczliwe sygnały S. O. S. Na statku powstała panika, ludzie potracili głowy, wzywano ratunku. Według telegramów radjowych na statku rozgrywały się dantejskie sceny…

— Obliczyłem szybko… dwieście mil — dwadzieścia godzin pod pełną parą… Już będzie po wszystkiem!… Nie miało sensu płynąć na pomoc. Postanowiłem nie zbaczać z trasy. I oto pod wrażeniem rozgrywającego się nieopodal straszliwego dramatu podążyliśmy swoją drogą, będąc świadomi swojej bezsilności w tem okropnem nieszczęściu ludzkiem. Każda nowa depesza z nieszczęsnego „Morro Castle” ryła w mem sercu nową krwawą ranę. Wreszcie po pół godzinie otrzymaliśmy depeszę, że kilka statków, znajdujących się w pobliżu płonącego kolosa, podążyło mu z pomocą. Kamień spadł mi z serca, lecz małe pół godziny niepewności i burzy, targającej sercem, wyżłobiły w mej pamięci niezatarte ślady.

Wierzymy w zupełności kapitanowi — jego słowom, pełnym szczerej prostoty. Zawód jego wymaga ciągłej myśli i troski o powierzone mu życie setek i tysięcy ludzi, z całkowitem zaparciem się własnej osoby.

Już pierwsi z tych setek przybywają na „Kościuszkę”… Żegnamy więc rycerskiego kapitana, życząc mu „pomyślnych wiatrów”.

W. N. (Gdynia).

Tygodnik AS nr 8, 21 kwietnia 1935 (s. 14)

Udostępnij ten artykuł