Sześćdziesiąt lat pracy scenicznej.
Sześćdziesiąt lat pracy scenicznej przy 80 młodzieńczych latach życia. Autor tej jubileuszowej notatki, co Solskiego wnukiem mógłby być, napewno dziś, przy swych dwudziestu kilku latach, starzej się czuje od kochanego Jubilata, napewno tak jak on, z taką łatwością nie potrafiłby przesadzać wysokich ogrodowych parkanów. Bo Ludwik Solski to, jak słusznie zauważył Boy, niezwykły fenomen przyrody.
60 lat pracy scenicznej… Wyjątkowe w dziejach teatru całego świata zjawisko. Bo wyjątkowym też artystą jest Ludwik Solski. Jeżeli lat temu trzydzieści mówiono o nim, że jest genjalny, to co dopiero dziś, gdy od tego czasu twórczość jego sceniczna została pogłębiona, rozrosła się, nabrała niezwykłych blasków i mocy.
Tyle w ostatnich dniach napisano i powiedziano o nieśmiertelnych zasługach Solskiego dla kultury polskiej, o jego kreacjach i jego pracy. Ale to wszystko mało. Bo któż potrafi objąć naraz całokształt twórczości sześćdziesięciu lat tego fenomenalnego artysty, reżysera i pedagoga. Na palcach policzyć można tych, którzy śledzili rozwój talentu Solskiego od pierwszych jego występów na deskach teatru. Więc poznać Solskiego możemy z dokumentów, jakiemi będą wyblakłe już może nieco fotografje, wspomnienia, recenzje i przedewszystkiem legenda, która najbarwniej i najtrafniej mówi o legendarnym wprost Ludwiku Solskim.
Legenda mówi nam pięknie o pierwszych chwilach pobytu Solskiego na scenie. Z domu ojca z Niepołomic kilkunastoletni student Ludwik Sosnowski — takie jest rodowe nazwisko Solskiego — powędrował do Krakowa, by, zamiast, jak chciał ojciec, pracować w handlu, pójść na scenę teatru Koźmiana i tu grać jako Mancewicz. Stąd podróż do teatru Trapszy w Warszawie. Tu zaangażowano go na tych samych warunkach co u Koźmiana. Musiał grać, śpiewać i tańczyć — bezpłatnie.
Rzemiennym dyszlem, promem, piechotą tłukł się przyszły Ludwik Solski po różnych prowincjonalnych dziurach, o chłodzie, głodzie, z zaparciem ucząc się, podpatrując życie, wierząc w swoje nad nędzą i teatrem polskim zwycięstwo.
Dobry syn nie chciał ojcu sprawiać przykrości, mówić mu o swym losie. To też, gdy musiał przyjechać do domu ojcowskiego, by stawić się przed komisją poborową, zjawił się przed obliczem ojcowskiem w balowych pantofelkach i w teatralnych sztylpach z lakierowanej ceraty, które pokrywały braki garderoby. A nie chcąc się przyznać ojcu, że to aktorska nędza tak go ubrała, blagował:
— Teraz taka moda w Warszawie — proszę ojca.
Już na łamach „Asa” opowiedział sam dostojny jubilat ten dramatyczny moment swej teatralnej młodości, gdy miał do wyboru albo operę, w której byłby świetnym tenorem, albo teatr dramatyczny, który pociągał go wspaniałemi możliwościami tworzenia najrozliczniejszych kreacyj. Zwyciężył teatr. Solski wrócił do Krakowa, by tu bez przerwy przez 17 lat pracować, a potem, po pięcioletniej przerwie, w roku 1905 objąć dyrekcję krakowskiego teatru i rozpocząć najświetniejszy okres swego życia i historji teatru polskiego.
Niema autora, któregoby nie wprowadził na scenę, niema sztuki, którejby nie potrafił wyreżyserować, niema roli, którejby nie zagrał. Zadziwia wielkiemi kreacjami, arcydziełami sztuki aktorskiej, wstrząsa nawet drobnemi epizodami, nie mówiąc na scenie ani słowa. Tak było z Wiarusem w „Warszawiance” Wyspiańskiego.
Tygodnik AS nr 8, 21 kwietnia 1935 (s. 27)