Week-end! Można powiedzieć, że w Anglji cały tydzień człowieka pracującego lub żyjącego z kapitału jest nastawiony na to czarowne dla niego słowo. W sobotę w południe każdy, dosłownie każdy, z gotowym planem w głowie pędzi, by w lesie, na łące lub wodzie spędzić sobotę i niedzielę.
Anglja jest wymarzonym krajem dla takich wycieczek — rzeki, koleje, wreszcie sieć dróg ułatwiają tak komunikację, że miasto pustoszeje w nieprawdopodobnie krótkim czasie, a bliższe i dalsze okolice roją się od rodzin i par campingujących na każdem wolnem miejscu. Koleje dokazują cudów — przewożą te masy pasażerów wzmożoną ilością pociągów; rzeki pełne łodzi, motorówek i żaglówek. A drogi? O tych aż przykro Polakowi myśleć — sznury samochodów i motocykli ciągną za mury miasta, roznosząc we wszystkie strony świata wesołość i beztroskę ludzi, którzy myślą o wszystkiem innem, tylko nie o interesach.
Przemysł angielski już dawno się dostosował do tej narodowo-anglosaskiej specjalności, jaką jest week-end. Cudowne w swej praktyczności koszyki z całą zastawą, maszynką do gotowania i t. d., improwizowane namioty, mało zajmujące miejsca, przenośne radja, gramofony, łóżka składane — wszystko dla ułatwienia campingu, pobytu na łonie natury, bez kurzu i zmartwień wielkiego miasta.
Osobny rozdział to samochody. Dla samochodziarzy specjalne firmy wytwarzają doczepki — jakby domki na kółkach, w których można spać, mieszkać i gospodarować. Domki takie, z mniejszym lub większym luksusem urządzone, pozwalają zażywać nieledwie hotelowych wygód w najbardziej odludnych stronach kraju, czynią człowieka niezależnym zupełnie od scentralizowanych urządzeń cywilizacyjnych, jakiemi są hotele — no i są od nich tańsze!
Jak mówiliśmy, nie do pomyślenia jest, by Anglik siedział w sobotę w domu. Minęły już czasy, gdy niedziela była dniem głośnego odczytywania Pisma Świętego. Teraz chwali się Boga wśród dzieł Jego — tak żywo do człowieka przemawiającej natury.
Spędzenie week-endu można podzielić (jeżeli się jest systematycznym) na parę kategoryj: golf, tennis i inne sporty na wolnem powietrzu. Do tego celu służą licznie rozsiane odpowiednie kluby — oczywiście wszystkie poza miastem. Tam, podczas gry w skupieniu, a podczas tradycyjnej herbaty wesoło, spędzają młodzi i starzy wolne chwile.
Warto wiedzieć, że nie ma granic wieku dla sportu w Anglji! Widzimy młodych chłopców i panienki, grających w tenisa, a obok starszych panów, którzy u nas conajwyżej w kawiarni siedząc, roztrząsaliby ostatnie wypadki polityczne lub podawali sobie plotki z ust do ust. Tak, Anglik stara się zawsze być młodym i nieraz takie robi wyczyny, na jakie u nas i młodyby się nie zdobył, bojąc się, by mu „korona nie spadła z głowy”.
Wesołość panuje niepodzielnie na wszystkich zebraniach, przyczem dobry ton i formy towarzyskie są zawsze zachowane. Gentleman to nietylko lord, ale i robotnik. Aż się roi od amatorów wodnego sportu; sznurki różnych łodzi ciągną gdzieś do jakiegoś ustronnego miejsca, gdzie wśród cudnych łąk o najświeższej zieleni świata i przepięknych krajobrazów spędzają synowie Albionu beztroskie chwile.
Nasze plaże nad kanałem La Manche trudno opisać. Te ilości różnokolorowych kostjumów kąpielowych, koszyki strandowe, parasole, olbrzymie kapelusze, osłaniające przed słońcem — wreszcie śmiech i radość, to rzeczywiście obraz, już sam w sobie dodający ochoty do życia. Miejscowości takie, jak Brighton (fashionable — elegancki), zwany drugim Londynem, Scarborough, Eastbourne i t. d., wreszcie — głównie na wiosnę — wyspa Wight, to cel wycieczki wielu, bardzo wielu amatorów słońca, powietrza i wody…
Nie można zapomnieć o motocyklach, rowerach, no i tych, którzy piechotą, z plecakiem i laską, suną jak podczas wędrówki narodów w dal po świeże wrażenia. Tych piechurów zwie się specjalnem określeniem „hikers”. Nie wszyscy, ale większość ubiera się na ten cel w zamszowe brązowe kurtki i wygodne buciki na niskich obcasach. Te ostatnie nosi się tylko wtedy, gdy cel tego wymaga, nie tak jak u nas, gdzie w Al. Ujazdowskich czy innej miejskiej promenadzie widuje się tak zwane ubrania sportowe, noszone bez sensu i zmysłu elegancji — w mieście.
Takie wycieczki week-endowe urządzają Anglicy często grupami; np. urzędnicy całego banku czy jakiejś innej firmy lub fabryki umawiają się i wspólnie wyruszają na wycieczkę. Jest to połączone przedewszystkiem z wielostronną oszczędnością i daje duże korzyści towarzyskie. Oczywiście widzi się wiele kobiet. Stosunek z chłopcami koleżeński, wszyscy „per ty”, swoboda, ale zawsze „correct” — formy zostają zachowane, co gdzieindziej nie tak często się spotyka.
Wreszcie są i tacy, którzy z różnych powodów nie mogą wyjechać poza mury miasta. Czy ci rezygnują ze słońca i powietrza? Broń Boże! Od tego są przecież parki o cudownych trawnikach; tam wysypują się całe rodziny — rozkładają się z całym dobytkiem. Dzieci bawią się, a starsi zapominają o kłopotach. Zgroza! — powie niejeden — jakto, depczą trawniki? Zaśmiecają trawę? Oh! Tak jest, sławny „common sense” angielski już dawno zrozumiał, że nie nos dla tabakiery, ale tabakiera dla nosa. Trawniki są na to, by ludziom uprzyjemnić życie.
Konkluzja? Sama się narzuca: dla własnego dobra wyjdźmy nareszcie równie gromadnie z murów miasta, jak Anglicy; pamiętajmy, że świat jest piękny, że kwiaty, trawa, drzewa są dla nas i na nas czekają.
Tylu-a-tylu godzinny dzień pracy, zamykanie sklepów o pewnej godzinie — pewnie, że to rzecz ważna, ale że żaden z dobroczyńców społecznych jeszcze o tem nie pomyślał, żeby w sobotę w południe skończyć wszelką pracę biurową — to naprawdę nie do darowania. I to tem więcej, że żaden przedsiębiorca tu nie traci, a cały naród zyskuje na zdrowiu, kolej na pasażerach, a kraj na ruchu turystycznym.
Mówiąc o week-endzie w Polsce, chodzi nam przedewszystkiem o to, aby „psychologja angielskiej soboty” przeniknęła do najszerszych warstw społeczeństwa i aby stała się ona niejako instytucją narodową. Nie pretendujemy oczywiście do urządzania tak luksusowych imprez wycieczkowych, jak czyni się to w Anglji, lecz starajmy się o wyrobienie w najszerszych warstwach zrozumienia dla tego koniecznego u ludzi pracujących wypoczynku.
Dla tylu przecież ludzi miasto jest jedynie klatką, w której przez 11 miesięcy muszą się gnieździć, odpoczywając prawdziwie jedynie w jednym miesiącu wakacyjnym. Z tych też powodów oddaliliśmy się tak dalece od natury i życia wiejskiego, że dla niejednego z nas widok krowy, owcy czy kozy stanowi niemniejszą sensację niż oglądanie dzikich zwierząt w ogrodzie zoologicznym. A cóż dopiero powiedzieć o tych niezliczonych, tak pięknych, a tak prostych cudach natury, których pozbawieni jesteśmy w mieście!
Nie jest bynajmniej przesadą, jeżeli się powie, iż człowiek, znalazłszy się w otoczeniu zielonych pól i lasów, porzuciwszy na jeden dzień lub półtora troski bieżącego dnia, staje się lepszy, szlachetniejszy, a nadewszystko nabiera optymizmu życiowego.
Jeżeli więc Anglja, która jest znacznie gęściej zaludniona od Polski, może hołdować week-endowi, grać we wspaniałem otoczeniu w golfa, tenisa, uprawiać sport pływacki, koczować w namiotach, to o ileż więcej my, Polacy, możemy zastosować ten mądry zwyczaj w naszej ojczyźnie! Nie ma bowiem zakątka polskiej ziemi, gdzieby w okolicy wielkiego miasta, o które właśnie chodzi, nie znajdowały się wspaniałe jeziora, piękny teren wycieczkowy czy też lasy o swoistym uroku. Jeżeli Wielkopolska posiada piękne jeziora, jak np. w okolicy Poznania jezioro Kierskie, to przecież Kraków poszczycić się może wspaniałą podgórską okolicą, Wilno wysoce uroczem pagórkowatem otoczeniem, jeziorami i tyloma innemi atrakcjami dla week-endu. A nawet Warszawa, położona mniej uroczo na piaskach mazowieckich, posiada również okolice godne zwiedzenia.
Jeżeli więc zdołamy zorganizować technicznie week-end dla szerokich rzesz mieszkańców miasta, to bezwątpienia nie zabraknie nam terenu, nadającego się pod każdym względem do tego celu.
Kto pierwszy wprowadzi musowy week-end do Polski, ten będzie dobroczyńcą godnym pomnika ze złota.
Dołęga
Tygodnik AS nr 18, 30 czerwca 1935 (s. 28–29)