Wspaniałe, nowoczesne parowce, jak „Europa”, „Rex”, „Normandie”, czy wreszcie „Queen Mary”, nie poruszyły opinji świata i nie wzbudziły tak wielkiej sensacji, jak spuszczenie na wodę pierwszych statków parowych w Ameryce. Przeszło 100 lat dzieli nas od owego pamiętnego wydarzenia, kiedy to w r. 1806 Livingston wraz z Fultonem zbudowali statek, rozwijający szybkość niewiele ponad 4 mile na godzinę.
Z wydarzeniem tem łączył się entuzjazm całego cywilizowanego świata, trochę niechęci, spowodowanej brakiem zaufania do tego nowego tworu, lub wreszcie — szczere oburzenie. W każdym razie były to uczucia gorące i bardzo silnie manifestujące się w społeczeństwach.
XX wiek jest bardzo zblazowany. Przyjmuje on codziennie tyle nowych podarunków, że przestają go one animować. XX wiek otępiał w zawierusze nowych wydarzeń i powtarza uporczywie: „Niema to, jak stare dobre czasy”. Dziś owe minione lata wydają nam się rzeczywiście bardzo romantyczne, czasem wprost zabawne.
Wynalazek maszyny parowej był bezwątpienia początkiem szeregu niezwykle szybko po sobie następujących wydarzeń w zakresie kultury materjalnej świata. Fachowe pisma z lat 1826 twierdzą, że zastosowanie maszyny parowej jako siły popędowej do statku było „bezwątpienia najbardziej zdumiewające”. Trzeba rozumieć epokę wielkich możliwości, nowych horyzontów, wzmożonej kolonizacji i konjunktury, aby odczuć cały entuzjazm, bijący z tych słów dla genjusza ludzkiego i maszyny.
Już w r. 1735 J. Hulls ogłosił w Londynie pracę, w której wyraża pogląd, że maszyna parowa rozwiąże kwestję napędu dla statków, które nie będą potrzebowały się liczyć z nurtem rzek i kierunkiem wiatru. Statek, zbudowany przez Clarke’a i kursujący po rzece Clyde w Szkocji, był wstępem do mającej niedługo nastąpić rozbudowy floty całego świata.
Statek Livingstona i Fultona w r. 1807 odbył próbną podróż po Hudsonie w Ameryce na przestrzeni 160 mil. Podróż próbna pierwszego statku parowego była dla Amerykanów niebywałem wydarzeniem. Oto jak opisują ją współczesne kroniki:
„Było to nowe dla nadbrzeżnych mieszkańców rzeki Hudson i dla samych szyprów zjawisko, które szczególniej między prostym ludem wszędy rozpościerało postrach i trwogę. Gdy w pierwszych amerykańskich statkach parowych palono suchem drzewem sosnowem, wznosił się więc z komina słup na kilka stóp wysoki, wokoło pryskający iskrami. Ten płomień i plaskanie kół wiosłowych, tudzież łoskot z wewnętrznego wynikający mechanizmu, nadawały statkowi, osobliwie w nocy, wejrzenie potworu wodnego, który, pasując się z pędem wiatru i fali rzecznych, sam oświecał sobie drogę ogniem z własnych wnętrzności wyziewanym…”
Obraz rzeczywiście dantejski! A jednak ta pierwsza właśnie podróż spowodowała, że rząd amerykański udzielił wynalazcom patentu na wybudowane przez nich w okresie 30 lat okręty.
Pod nadzorem Fultona zbudowano w Nowym Jorku 15 statków parowych. Największy z nich przeznaczono do obrony Nowego Jorku. Ta fregata posiadała baterję armat i piec do rozpalania kul. W parę miesięcy po śmierci Fultona w r. 1815 wypróbowano okręt, który miał szybkość 5 mil na godzinę. Dokładny opis okrętu, podany przez współczesne pisma, brzmi:
„Fregata parowa Fultona złożona jest z dwóch batów, na 66 stóp długich i na 15 od siebie odległych. W jednym bacie mieści się kocioł, w drugim machina parowa. W przedziale między dwoma batami obraca się koło wiosłowe. Główny pokład, dźwigający rynsztunek fregaty, zabezpieczony jest przedpierśnikiem z budulcu. Do wyrzucania kul rozpalonych znajduje się 32 moździeży i tyleż otworów w ścianie pokładowej. Wyższy pokład otaczają mocne palisady. Fregata mieści w sobie dwa maszty z żaglami i 4 rudle sterowe, po jednemu na każdym końcu dwóch batów, tak że naprzód i wtył bez zawracania żaglować może. Siła machiny parowej porusza zarazem pompę, służącą do podnoszenia znacznej masy wody i wytryskiwania jej na pokład nieprzyjacielskiego okrętu, w celu zalania jego baterji i składu prochowego”.
W r. 1816 spuszczony zostaje na wodę statek pod nazwą „Kanclerz Livingston”. Długość jego wynosiła 165 stóp. Mieścił on 200 pasażerów oraz 40 osób załogi. Maszyna tego statku miała 80 koni, a szybkość maksymalna z prądem rzeki wynosiła 15 mil. Zkolei powstają dwa jednakowe statki, kursujące między Nowym Jorkiem a Jersey. W niedługo potem spuszczono na wodę „kolosa”, który miał okrągłe dno, jak statki morskie, i kursował między Nowym Jorkiem a New Haven.
We wszystkich stoczniach rozpoczął się gorączkowy ruch. Budowano coraz to nowe statki. Na Missisipi, z Louisville do Nowego Orleanu, przestrzeń 3.400 mil przebywały okręty w 40 dni. Ceny za przewóz pasażerów i towarów spadły o połowę — dzięki tej wygodnej i taniej lokomocji. Nie było końca zachwytom.
„O użyteczności statków parowych — pisze jedno z pism — tem szczególniej przekonać się musiano, gdzie częstokroć zachodzi potrzeba pędzenia ich do góry. Jakże oporem idzie wtenczas żegluga, kiedy ludzie lub konie muszą ciągnąć statek przeciwko pędowi fal rzecznych? Ileż to przytem mitręży się czasu, ile sprzętu niszczeje…”
W Anglji pierwszy statek zbudowano w r. 1812 i nazwano go „Kometą”. „Kometa” posiadała maszyny o sile „aż” 3 koni i musiała być bardzo zabawna. No, ale pracowano pilnie, ulepszając i poprawiając konstrukcję. Rezultat tej wytężonej pracy i pośpiechu możemy dziś naocznie stwierdzić. W każdym porcie stoją setki bezrobotnych, smutnych, ale zato jakże nowoczesnych statków.
Śladem Ameryki i Anglji idzie Francja, Austrja, Niemcy i inne państwa, które budują coraz większe statki. W niewiele lat potem rozpoczęły kursować między wielkiemi portami światowemi — po wszystkich morzach i oceanach — pierwsze morskie statki parowe. Równocześnie pracowano nad konstrukcją i ulepszaniem wojennych okrętów, mających zabezpieczyć handel morski wielkich mocarstw.
Romantyka dalekich podróży i wielki nieznany świat przepadł bezpowrotnie. Glob skurczył się. Rekordy i mrzonki „fantasty” w rodzaju Juljusza Verne’a zostały przed wielu już laty pobite i urzeczywistnione. Początki jednak tego „zamachu” na czas i przestrzeń, dokonanego przez genjusz ludzki przy pomocy maszyny, wydają nam się w dzisiejszych czasach tak zabawne i nieproporcjonalne do dnia dzisiejszego, że przypominamy je sobie rozweseleni i z uczuciem dumy.
Jednakże, zmęczeni szaleństwem XX wieku, powiedzmy na zakończenie: szkoda tych dawnych dobrych czasów, kiedy świat był tak wielki, tajemniczy i tyle możliwości nastręczał.
(jor)
Tygodnik AS nr 22, 28 lipca 1935 (s. 7)