Jak wygląda życie na wielkim statku transatlantyckim. — „Pływające miasto”…
— Śpieszmy się! Za parę minut będzie już zapóźno! — wykrzyknął towarzysz mej transoceanicznej podróży i podczas tych słów susem przesadził pomost, łączący molo portowe z „pływającem miastem”.
Tuż za nami — początkowo grupkami — potem już zwartą falangą płynąć począł barwny korowód pasażerów ruszającego za godzinę do Ameryki kolosa morskiego. Biegnąc w ślad za mym towarzyszem, napróżno usiłowałem zrozumieć powody jego pośpiechu. Kajuty były wykupione — odjazd nastąpić miał dopiero za godzinę… Cóż więc u licha gnało tego człowieka z takim impetem do wnętrza statku?

Dopadłem go wreszcie w wytwornie urządzonym „smoking-roomie”, gdzie formalnie przylepiony do jednej ze ścian wypisywał coś na wiszącej tam białej tablicy. Po chwili odwrócił głowę, odetchnął głęboko, a zobaczywszy mnie stojącego w drzwiach, wykrzyknął z triumfującą miną: „Thanks God! I am in!” (Chwała Bogu! Już jestem!).
W dalszym ciągu nie rozumiałem tej całej sceny, której charakterystyczne momenty nabrały dopiero właściwego wyrazu w chwili, gdy i inni pasażerowie w równie przyspieszonem tempie zaczęli się niczem kruki zlatywać ze wszystkich stron pokładu do owej białej tablicy. Zmieciony dosłownie z przejścia, wylądowałem w kącie palarni, gdzie odszukał mnie mój towarzysz i zaraz na samym wstępie oświadczył mi, że takiemu „żółtodziubowi” morskich podróży jak ja, z zasady niczego się nie tłumaczy z życia „pływającego miasta”, którego tajemnice musi taki nowicjusz przeniknąć sam własnym sprytem, płacąc nieraz drogie „frycowe”. Zapowiedział tylko, że zagadka „białej tablicy” z „smoking-roomu” dopiero wieczór będzie mogła być wyświetlona i że powinienem żałować, iż nie znalazłem się w gronie tych 10 gentlemanów, którzy na niej wypisali swe szanowne nazwiska. Nolens volens musiałem na tem poprzestać i wąskim korytarzem zeszedłem do kabin.
Przed drzwiami, na których widnieje numer wypisany na mej karcie okrętowej, wita mnie steward i pochyliwszy się w godnym ukłonie, zaprasza do wnętrza wytwornie urządzonego apartamentu. Tam zastaję walizy i kufry poustawiane na kozłach i czekające na otwarcie, by rzeczy potrzebne na przeciąg 5 dni mogły być wyjęte i ułożone w szafach. Spodziewając się, iż steward zrobi to wzorowo, sam wracam na górę, uprzedzony, że wszędzie należy sobie zarezerwować zawczasu miejsce. W sali jadalnej wszystko poszło po mojej myśli. Zarządzający zapewnił mnie, że miejsce przy jednym z kilkuset znajdujących się tam stolików, które właśnie wybrałem, sąsiaduje z „first society” pasażerów I-szej klasy. Zadowolony, wygramoliłem się na główny pokład i tam usiłowałem zdobyć miejsce na deck-chair (leżalnia). Partję oszkloną i w ten sposób zabezpieczoną od wiatrów, zastałem szczelnie już zapełnioną pasażerami. Nie było więc rady i musiałem rozłożyć się pod gołem niebem.

Wichura rozpoczęła już nieznośne swoje harce i wszystkie rzeczy dosłownie fruwały naokoło mnie. Zirytowany wybrałem się na przegląd osobliwości statku.

Już po paru krokach orjentuję się, że to, co niejednokrotnie opowiadano mi o takim transoceanicznym kolosie, jest szczerą prawdą. Jak przystało na prawdziwe „pływające miasto”, ruch na statku był naprawdę olbrzymi. Lista pasażerów, wyczerpana do ostatniego miejsca, liczyła 2.000 nazwisk. Prawie drugie tyle, to mieszkańcy kolosa, pełniący funkcje obsługi. Tych, którzy mają specjalne zadania do spełnienia na pokładzie, obejmuje jeszcze inny wykaz. W ten sposób dochodzimy do wcale imponującej cyfry.
Jak przystało na przyzwoite społeczeństwo, na pokładzie transatlantyku panuje klasowość, o której marzyć mógł tylko klasyczny ustrój stanowy. O przynależności do kasty decyduje tu, jak i gdzieindziej, kwota wyłożona na kartę okrętową. Mimo to w obrębie I-szej klasy tworzy się grono uprzywilejowanych — ekskluzywna „arystokracja transoceaniczna”. Mówiono mi wiele o „asach” tej ekstraklasy pasażerskiej, co jak gwiazdy w różnych porach roku na firmamencie zmieniają się na pokładach transatlantyków. W pogoni za nimi zaglądam na górny pokład. I kogo tam widzę?
Dolores del Rio, która wraca do Hollywood — Maria Jeritza, jadąca na sezon do Metropolitan Opera House w Nowym Jorku — Styka, który otrzymał nowe zamówienia na wykonanie portretów „society” nowojorskiej, scilicet: finansjery amerykańskiej — maestro Toscanini, pozyskany za bajońskie honorarjum przez Filharmonję Filadelfijską — barczysty olbrzym w fatalnie skrojonym tużurku, sam mister Pierpont Morgan, po którym stanowczo nie poznać jego zawrotnej fortuny — obok sir Norman Montague, gubernator Bank of England — nieco dalej były mistrz świata w boksie Gene Tunney, który za jeden mecz zwycięski nad Jackiem Dempseyem zagarnął miljon dolarów i wycofał się z areny — Kubańczyk Capablanca, mistrz szachowy — Walter Chrysler, fabrykant samochodów — oto zaledwie kilka nazwisk tych gwiazd, które równocześnie ze mną płynęły do Nowego Świata. Najwybitniejsi reprezentanci wszystkich dziedzin życia zmieszani z tłumem powracających po „objechaniu Europy”, t. zn. zwiedzeniu Londynu i Paryża, w domowe pielesze Amerykanów tworzyli barwny tłum, który przewijał się z pokładu na pokład.
— Here I have you! (Mam cię!) — usłyszałem głos mego towarzysza, który właśnie zbiegł z bocznych schodków w stroju tennisowym i tłumaczył mi długo i szeroko, że powinienem wziąć udział w mixed doublu. Nie grając spowodu nadwyrężonej kiści od dwóch lat w tennisa, nie wziąłem ze sobą ani dressu, ani mej rakiety. Ale i na to natychmiast znalazła się rada.
— Pójdzie pan na pokład nr. IV, dzielnica 6 okrętu i tam znajdzie pan sklep z przyborami sportowymi, w którym będzie się pan mógł zaopatrzyć we wszystkie potrzebne rekwizyty — tak brzmiała rada, a nawet wyraźne życzenie mego towarzysza, poparte wymownym uśmiechem jego uroczej partnerki, która właśnie przyłączyła się do naszej rozmowy. Dalsze wykręty były nie na miejscu. Po pół godzinie stanąłem na korcie tenisowym, gotowy rozgromić samego Tildena.
Godzina 1-sza w południe — donośny dźwięk gongu oznajmia, że lunch podany. Zmierzając do jadalni zaglądamy po drodze jeszcze do baru. Wszystkie stoliki tam zajęte. Panowie kończą fajkę, lub grę w kostki — panie łowiące oliwkę z Manhattan Cocktailu — powracający z golfa lub z swimming-poolu (basenu) na stojąco popijają gin lub whisky, przegryzając migdałkami, suszonemi płatkami ziemniaczanemi lub sandwichami.
Bar zwolna pustoszeje… Nie zmieniając rannego stroju, zbieramy się w dinning-roomie (jadalni).
Z rogu sali dolatuje do naszych uszu pierwszorzędna muzyka. Towarzysz objaśnia mnie, że na niemieckich statkach grają przeważnie menuety Mozarta i Haydna, na angielskich wyjątki z musical comedies, a na francuskich różne potpourri.
Rzut oka na menu — właściwie całkiem niepotrzebny, bo pasażer I-szej klasy dostanie wszystko, czego tylko zapragnie. Zamawiam sałatę z grape-fruitu, kawior, barani kotlet i lody, a na czarną kawę idziemy już do jednego z lokali górnego pokładu. Olbrzymi Lounge (salon) na 1.000 osób, czy też bibljoteka o usypiająco wygodnych fotelach — lub cieplarnia z dancingowym parkietem — wkońcu oszklona kawiarnia cieplarni na rufie okrętu — oto miejsca, w których ogniskuje się towarzyskie życie kolosa morskiego. Przy czarnej kawie układamy dalszy program dnia. Partja bridge’a dochodzi łatwo do skutku — dla innych pozostają ćwiczenia gimnastyczne w specjalnej sali zwanej „gymnasium” — dla innych znowu wyścigi konne w minjaturze (v. fotografja), gdzie tempo konia i wygrana regulowane są rzutami kostek, a suma wyrzuconych oczek decyduje o dystansie faworytów od mety. Dla miłośników filmu funkcjonuje specjalne kino na pokładzie, w którem codziennie o 5-tej wyświetlany jest nowy program. Lektura bogato wyposażonej bibljoteki, wzgl. najświeższych wiadomości, ukazujących się w codziennej gazecie okrętowej, zaspakajają tych, którzy nie chcą być ani na chwilę odcięci od wydarzeń Starego lub Nowego Świata. Dla nich też funkcjonuje w każdej kabinie telefon, przez który uzyskać mogą połączenie z Nowym Jorkiem lub z Paryżem.
Dla wielu finansistów, którzy dosłownie włóczą się w permanencji między Londynem lub Paryżem, a Nowym Jorkiem, telefon i radjo odgrywają doniosłą rolę. Wszelkie zlecenia przekazowe, badanie kursów papierów wartościowych, wkońcu najautentyczniejsze pociągnięcia giełdowe dochodzą niby za dotknięciem różdżki czarodziejskiej do skutku na pogodnym, czy też wzburzonym oceanie.

Tymczasem zbliża się godzina piąta po południu… Stewardzi uwijają się po terasach, werandach, pokładach i kabinach, roznosząc herbatę i najwspanialsze smakołyki Rumpelmayera. Przy dźwiękach wspaniałego jazzu wre dancing popołudniowy, niczem „Waldorf Astoria” w N. Jorku, lub londyński „Savoy”. Tworzą się ciekawe grupki ludzi…
W palarni przy kominku partja szachów — jakiś Francuz z bródką i beretem na głowie (autentyczne) contra brzuchatemu Niemcowi, który z pasją żuje cygaro… W salonie odchodzi podwójny pasjans w „wykonaniu” jakiejś starszej pary małżeńskiej. Już na pierwszy rzut oka widać, że to Amerykanie. W hallu wysoki i chudy jak tyczka Anglik rozwodzi się w gronie swych rodaków nad rekordami Sir Campbella w Daytona-Beach: 500 km na godzinę! „Can you beat it!” (Co ty na to?)
Z wolna zaczyna przesuwać się przed naszemi oczami typowy ruch wieczorny na statku. Zbliża się pora obiadu… Fryzjernie, przeznaczone dla pań i panów, w pełnym ruchu… Boy’owie z przewieszonemi na rękach frakami, lub smokingami, przeznaczonymi do prasowania, suną między kabinami w kierunku atelier krawieckiego…
Nieoceniony steward — zwłaszcza na angielskim statku — to twoja prawa ręka! Schodzę do kabiny… kąpiel przygotowana — spinki włożone w gors koszuli frakowej… w tych warunkach z knickersów i siatkowej koszuli jestem w 10 minutach w lakierkach i białej kamizelce. — Ktoś puka do drzwi kabiny: „Come in!” — to boy z listem; moi partnerzy z tenisa proszą na cocktail o siódmej w barze.
Po chwili już tam siedzę przy kieliszku „Martini Dry” i rozglądam się ciekawie dokoła. Panie, oszałamiająco wydekoltowane, w wspaniałych toaletach wieczorowych, błyszczą wielobarwną tęczą najdroższych materjałów niby jakieś egzotyczne kwiaty, uperlone kroplami rosy, która w postaci najpiękniejszych brylantów lśni i iskrzy się w świetle złoconych żyrandoli baru. Panowie w czerni, przekreślonej bielą gorsów i kamizelek, zwolna grupują się koło barmana, który stojąc przy tajemniczej tablicy (v. początek artykułu) rozpoczyna grę w „hat-pool” (t. zn. pulę w kapeluszu). Towarzysz mój spóźnia się jakoś… raz po raz pada jego nazwisko, wywoływane przez barmana… posyłam więc boy’a do kabiny i to dopiero odnosi skutek. Po 5 minutach i on już stoi przy tablicy.
W „hat-pool” grać może tylko tych 10 gentlemanów, którzy zaraz po wejściu na statek wpisali swe nazwiska na tablicy, podzielonej na 10 pól. Wpisowe wynosi 5 dol. od osoby. W ten sposób powstaje pula w kwocie 50 dolarów. Barman, rzucając dla każdego z graczy osobno kostki, daje mu w ten sposób jego liczbę, począwszy od zera aż do dziesięciu. Podstawą gry jest ilość mil morskich przebytych przez okręt w ciągu całej doby. Końcowa liczba cyfry, a więc od zera do dziesięciu (np. 501, 508 itd.) decyduje, który z graczy, posiadający taką samą liczbę w grze, zabiera pulę. Rzucanie kostek odbywa się codziennie w godzinach rannych, a przyznanie wygranej puli następuje wieczorem w barze bezpośrednio po wywieszeniu na tablicy oficjalnego komunikatu, na którym m. in. figuruje ilość przebytych przez statek mil w ciągu doby.
„Hat-pool” — to gra dla tych, którzy uznają umiarkowany hazard. — Istnieją jednak i tacy, którzy łakną silniejszych wzruszeń, a dysponując znaczniejszą gotówką, wolą zasiąść do t. zw. „auction-pool” (licytowanej puli). Tu może wziąć udział w grze dwadzieścia osób — tyle miejsc widnieje na tablicy do wpisywania nazwisk. Kto zawczasu nie postara się o zapis, ten może się dostać do puli wyłącznie drogą licytacyjnego kupna miejsca od pasażera, którego nazwisko figuruje już na tablicy. Wpis kosztuje 10 dolarów. W ten sposób powstaje zasadnicza pula w kwocie 200 dolarów plus połowa uzyskanych kwot z licytacyjnej sprzedaży miejsc.
Druga połowa przypada na rzecz tych, którzy swe miejsca odsprzedali i w ten sposób zrezygnowali z gry. Podstawą gry jest tu domniemanie, że okręt w ciągu danej doby przebędzie mniejwięcej taką samą ilość mil, jaką przepłynął podczas poprzedniej podróży w analogicznych warunkach atmosferycznych. Danego dnia przyjmuje się np., że statek przepłynie ilość mil, obracającą się w granicach między 560 a 580 mil na dobę, drugiego dnia między 570 a 590 itd., zależnie od tego, czy na morzu panuje pogoda, czy szaleje burza, lub mgła tamuje normalny jego bieg. Każdy z dwudziestu graczy otrzymuje jedną z cyfr przeznaczonego na dany dzień typu (np. 560 do 580). Następuje to drogą losowania przez panie, które ciągną dla każdego nazwiska gracza karteczkę z cyfrą. I teraz znowu tak, jak przy „hat-pool”, wieczorem w barze następuje sprawdzenie według oficjalnego komunikatu, która z cyfr dwudziestu graczy pokrywa się z ilością mil, przebytych w danym dniu przez statek. Może się jednak zdarzyć, że będzie ona mniejszą, lub większą od przyjętego typu (np. 553, lub 558). Wówczas wygrana przypada jednemu z dwóch gentlemanów, który grał albo na t. zw. „low-field”, czyli na wszystko, co będzie poniżej typu, albo na t. zw. „high-field”, czyli na cyfry powyżej typu. Te dwa miejsca w grze są przedmiotem wysokiej licytacji i kwoty z niej uzyskane wchodzą w skład puli.
Towarzysz mój miał tego dnia wybitnego pecha. Przegrał w „hat-pool” i na „low-field” w „auction-pool”. Zrezygnowany zaprosił mnie na obiad, a potem na dancing, który w niczem nie różnił się od najbardziej luksusowych zabaw na kontynencie. — Dopiero nad ranem wracałem do kabiny po pełnym wrażeń pierwszym dniu, przebytym na oceanie.
Rodney.
Tygodnik AS nr 5, 31 marca 1935 (s. 20–22, dokończenie s. 31)