Powieść Williama J. Makina. Tłumaczenie autoryzowane Jana Maleszewskiego. — Rozdział I: Książę umiera…
Auto wjeżdżało z wielką szybkością w dzielnicę Londynu, Piccadilly. Od rogu Hyde Parku kierowca widział drogę, prowadzącą do hotelu Ritz. Była to wspaniała szosa, lśniąca światłami lamp elektrycznych i tętniąca wieczornym ruchem wielkiego miasta. — Noga szofera spoczęła na pedale, przyśpieszającym bieg auta.
Naraz zobaczył szofer rękę w białej rękawiczce, wzniesioną ostrzegawczo przed autem. Zwolnił biegu. Z jękiem ginącego zwierzęcia zatrzymała się taksówka i równocześnie policjant londyński spojrzał ostro na szofera.
— Czy pan myśli, że pan należy do Latającej Eskadry? — żachnął się. — Jeszcze kilka centymetrów, a byłbym się znalazł w szpitalu.
Szofer również wydał ze siebie jakiś nieokreślony głos, co było jakby naśladowaniem jęku jego taksówki.
— Wypadki chodzą po ludziach, jak mówił mój stary przyjaciel — zamruczał jako odpowiedź. — Sięgnął następnie spokojnie do kieszeni płaszcza, aby wyjąć z niego napół spalonego papierosa.
W taksówce siedział Artur Chesham. Zapłacił szoferowi i wysiadł przed hotelem Ritz. Był to młody człowiek o szczupłej, wysportowanej sylwetce, w ubraniu, które zdradzało dobrego krawca, i z twarzą, na której malowało się zniecierpliwienie.
Wszedł do hallu i rozejrzał się dokoła. Kilka osób siedziało w wygodnych fotelach, prowadząc półgłosem wieczorne rozmowy. Kelnerzy przesuwali się bezszelestnie po grubych dywanach.
Artur Chesham szukał wzrokiem znajomej twarzy. Nie znalazłszy jej, skierował się ku recepcji.
— Czy jest pan Mann? — zapytał.
Portjer podniósł głowę.
— Pan Mann? Tak jest, oczekuje pana w apartamencie na pierwszem piętrze.
Chesham skinął głową i skierował się ku windzie. Serce biło mu mocniej. Od tej rozmowy zależało wszystko — cała jego przyszłość, wszystkie plany, o których marzył od miesięcy.
Drzwi apartamentu otworzył służący w liberji i wprowadził gościa do obszernego salonu. W fotelu, tyłem do drzwi, siedział ktoś nieruchomo. Przy oknie stała młoda dziewczyna o tycjanowskich włosach, przyglądając się swemu odbiciu w lustrze. Obok kominka rozmawiali półgłosem dwaj mężczyźni — starszy pan o siwych wąsach, w mundurze generalskim, i drugi, niski, o wschodnich rysach twarzy.
— Panowie, oto pan Artur Chesham — odezwał się głos z fotela.
Wszyscy zwrócili się ku wchodzącemu.
(Ciąg dalszy nastąpi).
Tygodnik AS nr 1, 3 marca 1935 (s. 24–25)