„As” muzyki mówi: „Najdramatyczniejszy moment w mem życiu”…

…nagle na morzu zerwał się orkan…

Prof. Ludomir Różycki.

Znakomity kompozytor, prof. Ludomir Różycki, twórca wielu dzieł muzycznych, bawił ostatnio w Stanisławowie, gdzie na zaproszenie obywatelskiego komitetu obchodu imienin Marsz. Piłsudskiego wziął udział w uroczystym koncercie.

Kompozytor „Erosa i Psyche”, opery wystawionej przed kilkoma tygodniami z ogromnem powodzeniem w Operze Królewskiej w Sztokholmie, któremu pokazuję numer tygodnika „AS” z fotografją z premjery w stolicy Szwecji, wyraża się z zachwytem o pięknie wykonanej planszy, jakoteż efektownej szacie i treści „benjaminka” Koncernu „IKC”. Prof. Różycki okazuje przytem duże zainteresowanie dla ankiety „Najdramatyczniejszy moment w ich życiu”. Korzystam więc ze sposobności i proszę, by i on coś opowiedział Czytelnikom „Asa” na ten temat.

Odpowiedź otrzymuję dopiero nazajutrz.

— Najdramatyczniejszy moment w mem życiu? W pierwszej chwili, gdy mnie Pan wczoraj o to zapytał, nie wiedziałem naprawdę, który moment w mem życiu był właśnie takim. Po zastanowieniu jednak przypomniałem sobie — ciągnie miłym głosem nasz rozmówca — że momentów takich miałem w życiu kilka. Jeden z nich szczególnie utkwił mi w pamięci…

— Było to jeszcze przed wojną. Pamiętam, jechałem razu jednego statkiem dwuśrubowym z Porto-Rose do Wenecji. Tam zdarza się często, że w czasie pięknej pogody niebo niespodzianie zaciąga się chmurami i zrywa się wiatr, który nosi nazwę bora. Wzburzone fale szerzą wówczas panikę i często spustoszenie.

— Owego dnia wyjechaliśmy przy względnie pięknej pogodzie. Nagle na morzu zerwał się bora. Nadomiar złego w statku pękła śruba. Podmuchy wiatru rzucały statkiem naszym na wszystkie strony. Na okręcie rozgrywały się dantejskie sceny. Kobiety i dzieci z lamentem i płaczem padały na kolana, modląc się żarliwie. Wszyscy byliśmy wówczas przekonani, że nadeszła nasza ostatnia godzina. Przeżyłem wówczas okropne chwile. Po siedmiu godzinach tych męczarni morze uspokoiło się. Dziś upłynęło już wprawdzie tyle lat od tego dnia, mimo to jednak w pamięci mej nie zatarły się przeżycia tej podróży.

— Czy te przeżycia znalazły wyraz w twórczości pana profesora?

— Przyznam się panu, że tak. Niedługo bowiem potem napisałem szereg pieśni, z których szczególnie jedna, zatytułowana „Italia”, jest wierną ilustracją dramatu, jaki wówczas rozegrał się na morzu.

— Przypominam sobie jeden jeszcze dramatyczny moment mego życia, kiedyto po długiej tułaczce zagranicą powróciłem do Zmartwychwstałej Ojczyzny. W parę dni po moim przyjeździe do Warszawy odbyła się eksportacja zwłok Henryka Sienkiewicza. W czasie, gdy żałobny pochód ciągnął ulicami stolicy, siedziałem w jednem z okien na Krakowskiem Przedmieściu. Przedemną roztaczał się przepotężny widok: kondukt, który na tle kościoła św. Krzyża posuwał się powoli przy dźwiękach licznych dzwonów. To wrażenie wzrokowe i dźwiękowe wywołało w mej duszy bardzo silne przeżycie. Pod jego wpływem skomponowałem potem, pisząc operę „Beatrix Cenci”, jeden jej fragment, przedstawiający Beatrix prowadzoną na śmierć przy akompaniamencie silnego bicia dzwonów.

— Przypominam sobie inne jeszcze, dość zresztą humorystyczne przeżycie z lat najmłodszych, które kto wie, czy nie zaważyło na szali mego życia.

— Liczyłem wtedy jedenaście lat. Początków gry na fortepianie uczył mnie profesor Ciszewski, człowiek zwarjowany na punkcie opery. Ponieważ niejednokrotnie nie miał pieniędzy na bilet wstępu, urządzał się dość sprytnie, dostając się za kulisy przez kogoś ze znajomych. Pamiętam, gdy raz wystawiali operę Meyerbeera „Robert Djabeł”, Ciszewski zabrał mnie wtedy po raz pierwszy ze sobą do teatru. Nie mając pieniędzy, zaprowadził mnie za kulisy. Wrażenia z tego wieczoru zaważyły napewno na całej mojej twórczości. Po raz pierwszy bowiem w mem życiu oglądałem operę i to nie od strony widowni, ale od strony, że ją tak nazwę, twórczej.

W późniejszych latach, pisząc szkice operowe, wspominałem żywo ten może najbardziej decydujący moment w mojem życiu.

Na tych słowach prof. Różycki skończył swe interesujące opowiadanie.

Z. Jur.

Tygodnik AS nr 6, 7 kwietnia 1935 (s. 10)

Udostępnij ten artykuł