Nasza druga ankieta — odpowiadają Zofja Batycka i Joanna Poraska-Froissant
W dalszym ciągu naszej ankiety „Cobym zrobiła, gdybym miała miljon”, zwróciliśmy się do Miss Polonji, p. Zofji Batyckiej, oraz do speakerki rozgłośni poznańskiej Radja Polskiego i utalentowanej poetki, p. Joanny Poraskiej-Froissant, z prośbą o wyrażenie swych projektów na wypadek, gdyby Fortuna obdarowała je miljonem.
I. Zofja Batycka
Upał panuje jak na Saharze. W taki dzień żar piekielny przytłacza, zwalnia proces myślenia, pobudza fantazję do budowania domków z kart i zamków na lodzie…
Wracałem z przechadzki. Stanąłem, aby zetrzeć perlisty pot z czoła — i mimowoli wzrok mój padł na dom, przed którym stałem. Był to stary pałac Comello przy ul. Piekarskiej we Lwowie. Patrząc na śliczny gotyk angielski, pomyślałem: tu mieszka kobieta, która nie głowiłaby się długo nad pytaniem, co zrobić z miljonem.
Zadzwoniłem. Wchodzę do salonu, pełnego muzealnych obrazów i mebli. Za chwilę wita mnie „Miss Polonia”, p. Zofja Batycka.
— Coby pani zrobiła, gdyby pani miała miljon? — pytam bez wstępu.
— Cobym zrobiła? O, bardzo wiele. W każdym razie nie użyłabym tych pieniędzy na cele, o których pan — w odniesieniu do mnie — myśli. Jest dość luk, aby je łatać. Na wszystkich polach Polska wykazuje kolosalne postępy. Kraj uzyskał rezultaty, o jakich my, szarzy ludzie, przed dwudziestu laty nawet nie marzyliśmy. Gdynia, armja, lotnictwo. Zadziwiliśmy świat nie na jednem polu. Na dokończenie tego trzeba jednak nietylko wysiłku fizycznego, ale i pieniędzy. Proszę mi wierzyć — choć brzmi to może niewiarygodnie — gdybym istotnie miała miljon, poświęciłabym pokaźną kwotę na cele publiczne. We Lwowie zebrałabym ponadto sporą gromadę opuszczonych dzieci i zaopiekowałabym się niemi w ten sposób, że założyłabym internat.
A bezrobocie? Ja, artystka, kobieta, o której możnaby sądzić, że mam przedewszystkiem zmysł dla toalet, zabaw i scenicznej lub filmowej gry — przedewszystkiem zajmuję się problemami życia. Tamte dziedziny… owszem, to mój żywioł, lecz przyznaję, że lubię patrzeć na życie realnie. Ile trzebaby funduszów, aby nieść pomoc rzeszom zdesperowanych studentów, którzy nie mogą kończyć studjów z powodu braku pieniędzy?
A w świecie literatury, sztuki i t. d. czyż mało dziur zatkałoby się tym moim miljonem? A choćby takie moje ukochanie, jak nasz film? Czyż nie cierpi on na stałą agonję jedynie tylko z powodu braku kapitałów? Prawdziwych talentów filmowych mamy w Polsce bardzo dużo. Materjał pierwszorzędny, tak, iż moglibyśmy nim obdzielić pół świata, jak to uczyniliśmy z samolotami, wyrobami Chorzowa, cukrem i węglem. Ale nasz przemysł filmowy wciąż jeszcze pozostaje w powijakach, bo brak mu odżywki, której na imię: forsa. Dlatego proponuję, abyśmy z tego mojego miljona, którym dysponujemy narazie w sferze marzeń, przeznaczyli dla polskiego filmu bardzo dużo. Bo wówczas przemysł filmowy się dźwignie, wyrośnie, zacznie zdrową konkurencję z niejednym „przebojem” zagranicznym, słowem stanie się kolosem, jak inne polskie produkty. A wtedy i ja przerwę swój urlop filmowy i zobaczy pan mnie i na ekranie, i w przemiłym „Asie”.
Twierdzi pan, że już w pierwszych pozycjach wydałam wszystkie pieniądze? Jaka szkoda! Ani się obejrzałam, a już pieniędzy niema. Widzi pan, jak łatwo wydać miljon? Tak, będąc miljonerem, można za jednym zamachem stać się żebrakiem! Radzę… niech pan odrazu podwyższy ankietę do „miljardzika”. Dobrze? Przy miljardzie możnaby przynajmniej coś odłożyć… Ale miljon?…
II. Joanna Poraska-Froissant
Kiedy zapytano małego wiejskiego chłopca w Anglji, coby zrobił, gdyby był królem, odpowiedział: „Cały dzień jadłbym szynkę i zjeżdżałbym po poręczach”. Jestem w podobnej sytuacji. Pyta mnie Pan, panie Redaktorze, cobym zrobiła, gdybym miała miljon? Szynka mnie nie pociąga, poręcz mało co więcej. Uważam, że są milsze zajęcia.
Pyta Pan — czybym podróżowała? Nie — niema mowy. Widzi Pan, przez ostatnie cztery lata tyle się wyjeździłam po świecie, że przez najbliższe kilkadziesiąt lat chciałabym zostać w Polsce. Pozatem ostatnia moja podróż zostawiła mi przykre wrażenie. Wracałam z Algieru w straszliwą burzę na pokładzie III klasy obrzydliwego okrętu, między stadem baranów, arabów i murzynów. Złamałam sobie żebro i tak chorowałam, że teraz nikt mnie nie namówi na morską podróż. Tamta trwała 56 godzin.
To, że będę miała miljon, jest zresztą zupełnie prawdopodobne. Już w Paryżu wygrałam 5.000 franków, kupiwszy jeden jedyny bilet. Uważam to za przynętę fortuny i za znak wtajemniczenia, uczyniony ręką bogini. Wytrwale popieram polską loterję państwową, która zresztą równie wytrwale kiwa na mnie palcem w bucie. Ale zobaczymy, kto kogo przetrzyma.
Inna sprawa, że pieniądze się mnie nie trzymają. Pieniądze, proszę Pana, chcą, jak ludzie, być miłowane dla nich samych. Ja zaś i inne, mnie podobne pędziwiatry, kochamy pieniądze dla pięknych rzeczy, które można za nie kupić, albo dla radości oddania ich innym. Pieniądze idą, lecą, pędzą do ludzi, którzy je duszą pod materacem, otulają wełnianą pończochą, składają w P. K. O. i liczą po nocach drżącemi z rozkoszy rękami. Wracam zresztą z kraju, w którym skąpstwo jest gloryfikowane jako cnota narodowa.
A ja? Pisałam kiedyś w jakimś wierszu, cobym zrobiła, gdybym była bogata: mogę kupować róże dla kochanych ludzi i włożyć złoty pieniądz w małą rączkę dziecka, które, zbiedzone, głodne, usnęło pod bramą — by mu nie uczyniła krzywdy noc zdradziecka.
Gdybym miała miljon — ha, pełne ręce roboty. Przedewszystkiem założyłabym teatr, w którym grałoby dużo bezrobotnych aktorów, moich kolegów, bo byłam 5 lat w teatrze i bardzo, bardzo teatr kocham. A dyrektorem byłby Stefan Jaracz, to jest jeden z największych artystów świata.
Słyszałam kiedyś pogadankę, nie wiem już czyją, która mnie głęboko wzruszyła. Mowa była o tem, żeby zbudować świetlicę dla bezdomnych dzieci ulicy. Myślę o dzieciach, które się gnieżdżą po ciemnych norach, których ojciec pije albo matka się źle prowadzi, które chowa rynsztok, ciemna noc i przekleństwo. Mówiono, żeby było ciepło, ładnie, czysto, żeby miał kto pogładzić, pożałować, a przedewszystkiem nakarmić. Zaraz zbudowałabym taką świetlicę.
Mam jeszcze inną pasję: samoloty. Kupiłabym sobie zaraz awjonetkę i zrobiłabym dyplom. Pytanie, czyby mi się udało. Może nie. Pewien piękny lotnik powiedział mi w przystępie dobrego humoru, że nawet małpa nauczyłaby się być pilotem. Uważam, że jest w tem nieco przesady. Ten sam zresztą lotnik, będąc już w gorszym humorze, powiedział, że ze mnie nigdy nic nie będzie, bo jestem zanadto kobieca. 150% kobiecości! (Jak on to obliczył?…). A lotniczka musi mieć dużo męskości. W każdym razie złamałabym sobie pewno na mojej awjonetce kark, co byłoby cudownem lekarstwem na starość. Powiedział mi Kazimierz Wroczyński, jeden z najdowcipniejszych ludzi w Polsce, że być starym jest to jedyny sposób, żeby jeszcze troszeczkę pożyć. Ale mnie się ten sposób niezbyt podoba.
A wreszcie — jakbym już miała i teatr, i świetlicę, i awjonetkę — to kupiłabym sobie dom. Bo ja nigdy nie miałam domu. Mój rodzinny biały dom na wsi skończył się, kiedy miałam 10 lat. Od tego czasu nie przestaję mieszkać w walizce: Rosja, potem teatr, potem Francja, Algier i kolonje francuskie. Nigdy nie miałam swoich mebli. To musi być niesłychanie miłe uczucie. A więc dom, który kupię, musi być duży, solidny, żeby się łatwo nie przewrócił (nic mnie już nie dziwi) i z ogrodem, gdzieby się mogły bawić wszystkie znajome dzieci i domowe zwierzęta, uratowane od takich, którzy się nad niemi pastwili.
Teraz wie pan już wszystko. Czekam tylko na miljon. Uśmiechnij się, Fortuno!

Tygodnik AS nr 20, 14 lipca 1935 (s. 7)