Śmierć w Szanghaju

„...w wąziutkiem przejściu zapchanego gośćmi lokaliku wyrósł mi nagle pod nogami stolik...”

Nowela. Maciej Freudman. Ilustrował Z. Haupt

Śmierć Krzysztofa Lemana wstrząsnęła mną do głębi i na długo nie pozwoliła wrócić do równowagi. Nietyle sama śmierć, ile niesamowite wprost okoliczności, które zgonowi temu towarzyszyły, oraz niewiarogodne dzieje ostatnich lat życia tego nieszczęsnego chłopca. Już nieraz chciałem wytłumaczyć sobie bezsensowność całej historji, nieraz próbowałem podważyć usadowienie się tych wspomnień w myślach, nazywając je poprostu sam przed sobą halucynacjami. Napróżno. Jakże mogłem uznać to za bezsensowne, jakże mogłem wyrwać z mózgu te wspomnienia i uważać za wytwór halucynacji, kiedy to wszystko naprawdę się działo i sam to na własne oczy widziałem.

Spotkałem się z Krzysztofem na krótko przed jego śmiercią w najdziwniejszem, a przytem najsmutniejszem mieście na świecie — Szanghaju. Nie wiedziałem i nigdybym nie przypuszczał, że go tutaj spotkam. Cóż mógłby robić tutaj, w tem mieście kupców, głodnych kulisów, wykolejonych białych i europejskich konsulów, mój rozmarzony zawsze na błękitno i szukający zawsze błękitnych tematów dla swojej literackiej roboty Krzysztof?

Nawet ja, uchodzący w paczce swoich dawnych przyjaciół za „wyrachowanego awanturnika”, nie siedziałem w tem mieście z własnej woli. Tego roku skończył się mój trzyletni kontrakt z panami Colverson and Count Comp. (herbata-plantacje, handel, eksport) i pan Count ze zwykłym sobie w tych wypadkach despotyzmem zadecydował, że ostatnie trzy miesiące spędzę w Szanghaju i uporządkuję nieco zagmatwane i podejrzane stosunki w tamtejszym oddziale firmy. Siedziałem więc w „naznaczonem przez Boga mieście”, porządkowałem rachunki, straszyłem kierownika i kląłem co wlazło, czekałem wreszcie, kiedy się to wszystko skończy i kiedy już wrócę do kraju, a ściśle mówiąc, do swojego Lwowa.

Historja, którą opisuję, wydarzyła się pod koniec mojego pobytu, na jaki tydzień przed wyruszeniem angielskiego olbrzyma „Lady Rovena”, który miał mnie zawieźć do Southampton. Perspektywa bliskiego odjazdu wprawiała mnie w znakomity humor, wobec czego wszystkie niemal szanghajskie poranki widziały mnie bladego i chwiejnie wstępującego po schodach hotelu „D’Artois”, gdzie zamieszkałem.

Tego dnia, a raczej tego wieczoru, zmieniłem zwyczajną marszrutę. Obmierzły mi już amerykańskie fizjognomje męskie, które żłopały po nocnych barach whisky jak barszcz, kobiety zaś, które przyciskały swe twarze z zapałem godnym lepszej sprawy do policzków tańczących z niemi więcej niż podejrzanych obieżyświatów na parkietach, ociekających tanią wspaniałością barów. Kazałem się wieźć kulisowi do dzielnicy krajowców, na ulicę słynną z herbaciarń. Mój woźnica i koń zarazem zupełnie się moim filochińskim sentymentem nie wzruszył i równym kłusem zawiózł mnie tam, gdzie wskazałem.

Zwiedziłem jedną, drugą, trzecią herbaciarnię… nigdzie mi się nie podobało. Byłem już zły i podenerwowany, kiedy wkraczałem do czwartej. Nagle w wąziutkiem przejściu zapchanego gośćmi lokaliku wyrósł mi nagle pod nogami stolik; kopnąłem go ze złością.

Dopiero po niezbyt uprzejmym okrzyku poznałem, że przy stoliku siedział Europejczyk. Narazie widziałem tylko zgarbione plecy w ciemnozielonem, wytartem ubraniu. Plecy powoli się wyprostowały. Odwrócił głowę i wtedy ukazała się twarz blada i jakby wycieńczona wielkiem cierpieniem. Spojrzałem dokładniej w jej rysy i oczy i…

— Krzyś, na miłość Boską, co ty robisz w tej przeklętej dziurze — wrzasnąłem, wywracając z emocji kopnięty przed chwilą stolik.

Ręce moje, przed paroma sekundami prężące się do zboksowania ewentualnego napastnika, zacisnęły się teraz mocno wokoło ramion i pleców spotkanego po trzech latach przyjaciela. Był to Leman, mój żywy, prawdziwy Krzysztof Leman… Powoli i delikatnie wysunął się z moich nieco za silnych uścisków i delikatnie ujął moje dłonie. Przytulił je do piersi. Milcząco patrzył tylko w moje oczy, patrzył, jakby chciał patrzeniem wyrwać z nich wspomnienia całej najcudniej i najradośniej przeżytej wspólnie młodości.

Dopiero teraz widziałem twarz jego dokładniej i… przeraziłem się. To był przecież tylko cień twarzy mojego dawnego Krzysia. Zgubił się na niej ślad subtelnego uśmiechu, który zawsze siedział jakby murowany w zagięciach warg, czaił się w kącikach czułych, ciemnych oczu, przesuwał się po gładkiem, białem czole. Teraz miałem przed sobą wprawdzie zarysy dużego, prostego nosa, mocno wydatnej brody i wysuniętych proporcjonalnie kości policzkowych (wszystko to było charakterystyczne dla dawnego Lemana), ale nos i te policzki, i broda wyostrzone były do niemożliwości i obciągnięte brudnożółtą skórą. Czoło było jak przedtem wysokie i nieco łysiejące, lecz miast białości przywarł do niego jakiś niesamowity, zmarszczony wyraz. Schudł, podniszczone ubranie fałdowało się na nim nieestetycznie i widziałem, że ręce mu się trzęsły jak u starca. Tylko oczy patrzyły na mnie te same co przedtem, bardziej może nawet aksamitne i silniej płonące wciąż nieugaszonym ogniem.

— Krzysiu, Krzysiu mój — szeptałem, gładząc jego drżące ręce.

Pytałem, indagowałem: skąd, jakim sposobem, gdzie, poco… Wiedziałem, że w parę miesięcy po moim wyjeździe miał udać się na rok do Hiszpanji, dzięki jakiemuś rządowemu stypendjum, wiedziałem, że Hiszpanja była najsilniejszem marzeniem młodego pisarza. Ale tu — w Szanghaju?…

Nie odpowiadał. Czasem pomrukiwał coś niewyraźnie i niechętnie. Postanowiłem go wyciągnąć z tej budy. Zaproponowałem udanie się na kolację do mojego hotelu. Odmówił. Potrząsał głową, wskazując oczami tylko na swoje wytarte ubranie. Zrozumiałem. — Może w takim razie zaprosisz mnie do siebie — zaproponowałem. Zgodził się ze smutnym uśmiechem.

Nie spodziewałem się, że z Krzysztofem Lemanem, jednym z najlepiej zapowiadających się pisarzy młodego pokolenia polskiego, może być aż tak źle. Mieszkał w niemożliwie brudnej izdebce, mieszczącej się przy herbaciarni chińskiego pensjonatu. Kiedy usiedliśmy obydwaj na prymitywnie skleconem z drzewa łóżku (krzeseł nie było), zaskrzypiało ono i zaczęło się walić. Nie było innej rady i usadowiliśmy się na ziemi, na przegryzionej przez myszy ryżowej macie. Było mi poprostu strasznie w zaduchu wąskiego pokoiku, a równocześnie cudownie w bliskości tego chłopca, którego najbardziej kochałem ze wszystkich swoich lwowskich przyjaciół.

Znowu zacząłem zarzucać go pytaniami. Odpowiadał krótko i węzłowato. Nie mogłem go sprowokować mimo wysiłków do żadnych bardziej szczegółowych wyjaśnień jego obecnego stanu. Zniecierpliwiłem się.

— Słuchajno, Krzysztof, do stu djabłów… Wiesz, że ze mną niema żartów. Spiorę cię na kwaśne jabłko i nawet nikt się za tobą nie ujmie. Co ty mnie tu będziesz mówił: „pojechałem do Hiszpanji, a potem do Peru, a potem na Cap, a potem do Bombaju” i tak dalej, i tak dalej, i wreszcie do Chin? Powiedz mi, skąd brałeś się na tych wszystkich krańcach świata, co cię tam gnało i z czegoś wreszcie żył, co robiłeś?…

Nie chciał mówić. Nacisnąłem mocniej. Wreszcie… Zapalił papierosa, popatrzył mi się w oczy:

— Zawsze żyliśmy z sobą najbliżej, mój Mary. Ufaliśmy sobie jak bracia. Ale w to, co ci teraz opowiem, nie uwierzysz. Będziesz uważał mnie za warjata, jeśli już teraz mnie za takiego nie masz…

W tej chwili ścisnęło mi się serce przeczuciem czegoś okropnego. Prawie że zwidziała mi się w tej chwili straszna śmierć Krzysztofa, do której było już tak niedaleko. Nie dałem tego po sobie poznać. Klepnąłem go po kolanie i zachęciłem do opowiadania.

— Czy pamiętasz Renatę Girardową, żonę Bolka Girarda? — rzucił nagle.

— Pamiętam.

— Pamiętasz zatem, że na krótko przed twoim wyjazdem na Wschód zadurzyłem się trochę w niej, a właściwie nie w niej, lecz w jej niesamowicie żółtych włosach i metafizycznym uśmiechu. Pamiętasz, wyśmiewaliście mnie wszyscy. Ona też. Czasem przychodziłem do nich. Mieszkali oboje za miastem w tym słynnym domku, który zbudowali sami z drzewa. Bolek — architekt i malarz, ona — doktór filozofji, zajmująca się nieco literaturą. Właściwie do niczegośmy nie doszli, bo ona kochała bardzo Bolka…

Przerwałem:

— Krzyś, proszę cię, nie bajdurz mi tutaj o Girardowej, ale mów, co cię do Chin zawlokło.

Leman uśmiechnął się. Ciągnął dalej:

— Właśnie. Otóż niedługo potem, kiedy ty z nami się pożegnałeś, Bolek dostał posadę na prowincji i wyjechał. Renata została w mieście. Nie wpłynęło to zresztą na zmianę naszego stosunku, co najwyżej spotykaliśmy się częściej, rozmawiając o najróżniejszych, przeważnie makabrycznych historjach. Mówiła mi kilka razy, że jest bardzo dobrem medjum. Nie zwracałem na to większej uwagi.

— Jednej soboty wracałem od kolegi do domu ulicą, biegnącą obok parku. Pachniało liljowo od bzu w ogrodach. Nagle obudziła się we mnie przemożna chęć zobaczenia Renaty. Nie widziałem jej już od paru dni. Przypomniałem sobie o jej medjalnej sile. Poprostu dla żartu i nie wierząc w powodzenie, „zażądałem” metafizycznie od swoich myśli, żeby ona właśnie znalazła się na mojej drodze. Słuchaj, ty musisz mi wierzyć. Nie przeszedłem nawet dwudziestu kroków, kiedy spotkałem Renatę.

— I mnie się to ostatecznie zdarzało, że spotykałem kogoś, jeśli bardzo tego chciałem — mruknąłem.

— Naturalnie. Zdarza się. Renata zatrzymała się i podała mi rękę: „Wie pan, że kiedy weszłam w tę ulicę, byłam pewna, że pana spotkam”. I przez cały czas opowiadała mi o najdziwaczniejszych swoich myślach. Było świeżo po deszczu i na pustem przedmieściu nie paliły się latarnie. Weszliśmy do domu. I tu zaczęło się wszystko. Jak wiesz, w domku tym mieszkali tylko oni oboje. Teraz ona sama.

— Kiedy weszliśmy do hallu, było zupełnie ciemno. Elektryczności tam niema. Przysunęła się do mnie blisko — czułem to, bo w ciemności nie widziałem nawet jej żółtych włosów — i szepnęła: „Niech pan tu poczeka. Ja w ciemności widzę, więc pójdę po światło”. Odeszła. Słyszałem jej kocie wspinanie się po drewnianych schodach. Wydało mi się w tej chwili, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. Że ja jestem jeden tutaj żywy i rzeczywisty. Że Renata umarła w ten dzień rano czy popołudniu i że to jej fantom mnie tutaj zawiódł. Było przecież tak upiornie ciemno.

— Za chwilę gdzieś w górze słabo zalśniło światło. Na szczycie schodów, wiodących do pokoi z hallu, stanęła Renata, osłaniająca ręką migocącą świeczkę. W żółtawem świetle z twarzy jej było widać tylko złote włosy i jasny w tej chwili uśmiech. Nie zapraszała mnie słowami — kiwała tylko śmiesznie i makabrycznie zarazem ręką. Teraz byłem już prawie pewien, że to upiór. Szedłem jednak po schodach jak urzeczony, szedłem po swoje przeznaczenie.

Słuchałem w milczeniu. A on mówił dalej:

— Usiedliśmy w jej pokoju na niskim tapczanie. Płonęła tylko świeca w dziwacznie rzeźbionym lichtarzu. Opowiadała mi o swojem życiu. A potem zegar wydzwonił północ. Oczekiwałem, że Renata, upiór Renaty, rozwieje się w ciemności. Zamiast tego Renata objęła mnie swojemi ramionami. Teraz nie myślałem już o niczem, nie snułem niesamowitych domysłów. Wiedziałem, że żywą kobietę trzymam w swoich ramionach.

— Wyszedłem rano. W południe w kawiarni spotkałem Alę Sawicką. Na wstępie poinformowała mnie, że dzisiaj wieczorem wraca Renata. Zbladłem. „Skąd wraca?” — wykrztusiłem. „Ano z Monastyrki. Pojechała przed trzema dniami odwiedzić Bolka”. Musiałem przestraszyć Alę. Wybiegłem jak szaleniec. Zamknąłem się w domu. Siedziałem, nie widząc nikogo i nie jedząc prawie przez tydzień. Mózg bolał mnie. Po tygodniu wyszedłem. Spotkałem Bolka, który już wrócił i dzielił się ze mną wrażeniami wiejskiemi. Opowiadał mi też, że Renata była u niego przez trzy dni i wyjechała ubiegłej niedzieli rano. Pytał się także, co robię po całych dniach, bo Renata kilka razy na dzień do mnie telefonuje z zaproszeniem na herbatkę i nikt się nie zgłasza. Nie wiem, telefon wyłączyłem w napadzie niesamowitego nastroju. Nie skusiły mnie nawet listy Renaty, zdziwione i zapraszające, których kilka dostałem. Nie mogła zrozumieć, co się stało, że po jej przyjeździe ze wsi unikam jej. Nie widziałem jej już więcej. Powoli się uspokajałem i powracałem do normalnego trybu życia, kiedy przyszło stypendjum i wyjechałem do Hiszpanji…

Westchnął ciężko i otarł chustką spocone czoło. Cicho a przejmująco szepnął mi prosto do ucha:

— Przyszła do mnie w Toledo…

— Kto? — wrzasnąłem i ciarki przebiegły mnie w zimnym dreszczu.

— Ano, Renata. Mieszkałem w małym hoteliku na placu Dominikanów. Pewnego wieczoru — leżałem już w łóżku — otworzyły się drzwi mojego pokoju. Usłyszałem szelest. Przyszła tak, jak wtedy — owej nocy… Jedną dłonią zasłaniała słabe światło małej świeczki. Widać było tylko jej żółte włosy i tkliwy, a przytem straszliwy uśmiech. Zbliżyła się do mnie blisko, bliziutko i… dotknęła mojej twarzy ręką. Wrzasnąłem, zdaje się, przeraźliwie i zemdlałem. Służba hotelowa, która przybiegła mnie ratować, myślała pewnie, żem oszalał. I ty pewno w tej chwili myślisz to samo…

Niestety tak. Nie mówiłem tego głośno, ale wiedziałem, byłem pewien, że mój przyjaciel, Krzysztof Leman, chluba polskiej młodej literatury, oszalał. Nie bałem się go jednak. Silniej tylko ścisnąłem dłoń jego w mojej. Kochałem go przecież.

— I tak już było ciągle. Co parę dni, w nieregularnych odstępach czasu, przychodziła nocami z tą świecą i z żółtemi włosami, i tkliwym uśmiechem. Mdlałem wtedy z obłąkanym okrzykiem na ustach i zbiegali się ludzie. Zaczęło mnie coś gnać po świecie. Głupio i naiwnie łudziłem się, że ucieknę przed nią. Naturalnie o żadnej pracy nie mogło być mowy. Myślałem, że dalekość oceanu ochroni mnie przed widmem. Straciłem stypendjum. Nagryzmoliłem parę głupawych korespondencyj i zdobyłem nieco pieniędzy. Wyjechałem do Peru. Cudem znalazłem pracę na jakiejś polskiej farmie. Nie mogłem pracować. Nocami przychodziła do mnie moja straszliwa kochanka. Uciekłem. Byłem w Afryce — w Cap. Temi rękami, temi rękami, których małość i niezgrabność tak zawsze wyśmiewaliście, grzebałem za diamentami na kopalni sir Zacharowa. Renata nie zlękła się i caplandzkiego skwaru ni diamentowego trudu. Przychodziła do mnie. W Bombaju odnalazłem znajomego — był wicekonsulem Rzeczypospolitej. Dostałem nędzną posadę w biurach konsulatu. Nie wytrzymałem. Ona przyszła za mną. Musiałem gnać dalej. Zbiegłem całe Chiny, gnany przez widmo, byłem kulisem, żołnierzem, faktorem… Wreszcie zostałem tłumaczem u tego starego złodzieja, który mnie tutaj żywi… A ona przychodzi, wciąż przychodzi i czuję, że niedługo już znowu gdzieś stąd zemknę. Może na Syberję, a może na Alaskę. Tam zimno, może nie zechce tam za mną przyjść — kończył ze strasznym uśmiechem.

Szał już zupełnie wyraźnie czaił się w kącikach jego źrenic. Cóż mogłem powiedzieć biednemu Krzysztofowi. Siedziałem w milczeniu, gdy on nagle wybuchnął:

— Za co, Boże mój, za co?… Przecieżem jej nic nie uczynił. Nic, nic… Przecież jej nie skrzywdziłem, przecież ona sama… Czego mnie dręczysz? Renato, Renato…

W tej chwili posłyszałem rumor jakiś w korytarzu. To go uspokoiło. Byłem pewien, że uda mi się wyleczyć go z halucynacji i zabrać z sobą do kraju, tak był posłuszny i uległy. Jak dziecko. Nagle… zerwał się z powiększonemi w przerażeniu oczami, wykrzywił usta zbielałe i zaczął głucho jęczeć. Skrzywiony palec pokazywał w kierunku drzwi.

Spojrzałem i… przestałem wierzyć w swój zdrowy umysł. Od drzwi zbliżała się Renata. Tak, tak, jej żółte włosy, pamiętałem ją przecież, jej dziwaczny uśmiech, jej różowa sukienka, którą spowił mrok… Strach zdławił mi oddech. Byłem pewien uduszenia się. Mimo to zebrałem ostatki sił i podniosłem się na spotkanie zbliżającego się zjawiska. Usłyszałem straszliwy krzyk Krzysztofa i odgłos padającego na podłogę ciała. Zjawa rozwiała się w mroku pokoju.

Szybko znalazłem właściwe wytłumaczenie. Uległem psychozie, wytworzonej opowiadaniem Krzysztofa. Przecież służba herbaciarni, którą indagowałem, nie widziała żadnej kobiety o żółtych włosach z ogarkiem świecy w ręku. W duchy nie wierzę z zasady.

Chciałem wyciągnąć Krzysztofa ze sobą, zabrać go do swojego hotelu. Cieszył się jak dziecko. Przez dwie godziny układaliśmy plany życiowe. Obiecywał sobie zabrać się znowu do pisania — tyle przecież miał tematów. Uspokoiłem go niemal już zupełnie. Czuł się pod moją opieką bezpieczny nawet przed widmem Renaty. Prosił tylko, żebym go zostawił jeszcze jeden dzień w brudnym chińskim pensjonacie. Musi przecież załatwić wszystko, związane z jego dotychczasowem „stanowiskiem”.

Tego ranka wróciłem później niż zwykle do hotelu. Musiałem załatwić jeszcze coś w biurze okrętowem i dlatego nie mogłem wypocząć. Zrobiłem to dopiero popołudniu. Późnym wieczorem zamierzałem wybrać się do chińskiej dzielnicy po Lemana.

Obudziłem się o dziewiątej. Byłem zaledwie w połowie ubrany, kiedy czysty służący hotelowy z niesmakiem wprowadził do mojego pokoju najbrudniejszego, jakiego w świecie widziałem, Chińczyka. Nie mówił nic, lecz przeczucie ścisnęło moje serce. Tego samego Chińczyka widziałem wczoraj w herbaciarni Krzysztofa. Nie myliłem się. Kiedy przyszedłem naprędce ubrany za swoim przewodnikiem do pensjonatu — Krzysztof Leman konał.

Był przy nim rozkładający ręce lekarz i paru obojętnych policjantów. W piersi miał niedużą ranę. Lekarz pokazał mi leżący na stole nóż do rozcinania książek, pęknięty, w srebrnej oprawie. Zapytałem: „Kto?”. Policjanci i lekarz ruszyli ramionami. „Nie wiadomo. Nikogo nie było. Pewnie sam”.

Zbliżyłem się do konającego. Żył jeszcze. Kurczem ostatnich sił chwycił moją rękę i przyciągnął moją twarz do swoich szepczących ust. Mówił:

— …ona przyszła…

Nie wymówił ani słowa więcej.

Zająłem się pogrzebem. Spoczął mój biedny Krzysztof na prześlicznym cmentarzu katolickim w Szanghaju. Chciałem zabrać na pamiątkę skrwawiony, srebrny nóż, który mu śmierć przyniósł. Napróżno go szukałem… Prawdopodobnie skradł go któryś z Chińczyków.

Po tygodniu byłem już na morzu, a po dwu tygodniach informowałem zasmuconych przyjaciół w kraju o śmierci Krzysztofa. Pytałem się również o Girardów. „Są, są — odpowiadano mi — mają nawet ślicznego jednorocznego synka”. „A Renata?” — pytałem. „Jest wciąż ta sama — dużo mówi, uśmiecha się „metafizycznie” i nie ufarbowała sobie tych żółtych włosów”.

Postanowiłem więc odwiedzić Girardów. Mieszkali tam, gdzie przedtem. Drżałem nieco mimo silnych nerwów, wchodząc przez furtkę do ogrodu. „Temi ścieżkami — myślałem sobie — on, Krzysztof, szedł w otchłań. A teraz tam, w Szanghaju… Eh…” Byłem już opanowany, kiedy rozpocząłem rozmowę z Renatą Girardową. Pokazała mi swojego bobaska.

Nagle spokój mnie opuścił… Zacząłem się trząść jak osika. Drżącym palcem pokazałem na biureczko Renaty, zasiane uroczemi gracikami.

— Skąd pani to ma? — zapytałem, krztusząc się.

Popatrzyła na mnie zdziwiona.

— Dostałam od Bolka po urodzeniu naszego syneczka. Ale co się z panem dzieje, panie inżynierze?

Nie odpowiedziałem. Nie mogłem odpowiedzieć. Na biurku leżał srebrny nóż do rozcinania książek — ten z Szanghaju… Rdzawe plamy lśniły na jego ostrzu.

Maciej Freudman

Tygodnik AS nr 16, 16 czerwca 1935 (s. 9–10, 12)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *