Pierwsze wrażenie, jakie Paryż robi na przybyszu, jest oszałamiające: niekończąca się fala ludzka, wsiąkająca po drodze w różne gmachy, składy, urzędy, biura, aby za kilka godzin znów wypłynąć z nich na ulicę, sznury samochodów, taksówek, ciężarówek, motocykli itd., mieniące się reklamy świetlne, czyniące z ulic jakby kolorową, promienistą, zapalającą się i znów gasnącą mozaikę — wszystko to daje wrażenie par excellence współczesne, zlewa się w wielki koncert głosów XX wieku, potężny, ogłuszający, nerwowy i o dziwnej melodji.
Dopiero ochłonąwszy z pierwszego ataku wrażeń, dostosowawszy się do tego zawrotnego i innego jak gdzieindziej tempa, przyjezdny zaczyna „odkrywać” na swój sposób Paryż. Bo istotnie to olbrzymie miasto trzeba odkrywać. Jest tam przedewszystkiem kilka Paryżów, żyjących obok siebie, ale tylko rzadko mieszających się ze sobą, kilka Paryżów o odrębnej psychologji, trybie życia, poglądach, historji. Jest więc tyle opisywany Paryż oficjalny o wielkich arterjach — Polach Elizejskich, ave. Friedland i t. d., jest Paryż nauki i uniwersytetów — Quartier Latin, jest Montmartre, znany ze swych kabaretów, kawiarenek i specyficznego powietrza artystyczno-apaszowskiego, jest dalej elegancki Faubourg St. Honoré ze swymi wykwintnymi pałacami, jest jeszcze wiele innych dzielnic. Istnieje tam jednak nadewszystko dzielnica najbardziej historyczna i grająca zupełnie swoistą rolę — Faubourg St. Germain.
O dzielnicy St. Germain mówi się we Francji poprostu „le Faubourg”. „Dzielnica” — to jest ta jedna, ta jedyna, ta wielka i znana, o której wszyscy wszystko wiemy. Istotnie dzielnica ta pozostawiła nietylko na historji Francji, nietylko na psychologji paryżanina, ale też na literaturze francuskiej niezatarte piętno.
Czemże ona jest i czemże się tak wsławiła? Od czasów, kiedy Paryż zaczynał być stolicą państwa, co szło w parze ze zdławieniem decentralistycznych dążności feodałów i uczynieniem z butnych, niezależnych i nieraz wysoce burzliwych rycerzy-baronów jedynie dworaków i wykonawców woli królewskiej, Faubourg stał się siedzibą tych, którzy dzięki swemu stanowisku musieli znajdować się pod bokiem króla, gdyż całą ich racją bytu było krążenie wokoło jego osoby. Rodziny te, noszące nazwiska Montmorency — „pierwsi baronowie chrześcijaństwa” — Laval, Albon, Luynes, Rohan, Beauffremont, Gramont, Daumont, Cossé, Dreux i tyle innych, spędzały część roku w swych majątkach, zamkach i manoir’ach, rozsianych po całej Francji, część przy dworze królewskim, a część wkońcu w swych paryskich siedzibach, co im umożliwiało branie udziału w życiu publicznem, które wtedy rozpoczynało się z chwilą rannego wstawania króla, otoczonego specjalnym ceremonjałem, a kończyło się, kiedy król powracał do swych prywatnych apartamentów, życząc zebranym dobrej nocy.
Faubourg St. Germain był więc dzielnicą, z której wychodzili wybitniejsi ludzie, gdzie się przetapiały najważniejsze sprawy, gdzie ważyły się nieraz losy państwa. Pomimo bowiem omnipotencji królewskiej, Faubourg miał nieraz chwile samowładztwa. Tak było przedewszystkiem po restauracji Bourbonów, po r. 1814, a zwłaszcza za panowania króla Karola X, t. j. mniej więcej do roku 1830. Faubourg narzucał swą wolę państwu, kierował polityką, lansował mody, kreował przez noc z takiego czy innego krawca, jubilera, fabrykanta powozów czy dekoratora bożyszcze całego Paryża.
Jeżeli mówimy o duchu tego zakątka Paryża, musimy wspomnieć też o jego położeniu geograficznem. Nieraz określa się go też jako „rive gauche” — lewy brzeg; rozpościera się on między brzegiem Sekwany, opiera o Champs de Mars, bierze nazwę z kościółka St. Germain des Prés, głównemi zaś jego ulicami, biegnącemi równolegle, to ulice de Grenelle, Saint-Dominique, de l’Université, Varenne, jakoteż już mniej ważne des Petits-Augustins, Bellechasse, du Bac itd. Odznaczają się one tem, że nie posiadają prawie wcale kawiarni, restauracyj, składów sklepowych i t. d., natomiast niezliczoną ilość starych pałaców, „hôtels particuliers”, zawsze pięknych i ciekawych, nieraz imponujących, wspaniałych swą architekturą, ogrodami i zabytkami w nich się znajdującymi.
Oczywiście, że i w Faubourg St. Germain życiowa maksyma „według stawu grobla” ma swe znaczenie. Były przecież czasy — zwłaszcza po restauracji Bourbonów — kiedy niejeden mieszkaniec tej dzielnicy poza nazwiskiem i tytułem posiadał jedynie pustą kieszeń. Musiało się to odbić na jego siedzibie. O ile więc niektóre pałace, jak np. Mazarin, Berwick, de la Bourdonnaye, Harcourt, Avaray, Brissac, Matignon, zamieniony później na ambasadę austrjacką, Mailly-Nesle, siedziba kochanki Ludwika XV, księżnej de Châteauroux, Salm — obecnie pałac Legji Honorowej — odznaczają się iście królewską wystawnością, o tyle inne są znacznie skromniejsze. Zawsze jednak pałace te wyróżniają się portalem, zakończonym jakąś figurą, herbem właściciela lub inną artystyczną ozdobą, posiadają wewnątrz podwórzec honorowy (cour d’honneur), a bardzo często duży, nieraz jak na stosunki miejskie olbrzymi ogród, który daje pełne złudzenie wsi. Budynki służbowe, stajnie i inne dodatkowe są częstem zjawiskiem w tej części Paryża: służba przecież, liczna i różnorodna, była do ostatnich nieomal czasów miernikiem wielkości i znaczenia rodziny.
Podobnie jak między ludźmi, tak i między dzielnicami istnieją rywalizacje. Takie współzawodnictwo zaznacza się od przeszło wieku między Faubourg St. Germain a Faubourg St. Honoré, gdzie od czasów Ludwika XVI osiedlili się nuworysze ówcześni, bankierzy i wielcy przemysłowcy, mający nieraz więcej pieniędzy od swych sąsiadów, ale za to mniej gustu i smaku. Wszak Balzac, ów genjalny biograf wszystkich sfer ówczesnej Francji, każe mieszkać swemu bohaterowi, bar. de Nucingen, wzbogaconemu Niemcowi, w Faubourg St. Honoré, podczas gdy arystokratyczne bohaterki jego powieści zamieszkują niedaleki St. Germain.
Dziś oczywiście i w Faubourg Saint Germain kryzys zrobił swoje, redukując wydatki, zmuszając do zwolnienia części służby. Lecz arystokratyczna ta dzielnica przeżywała może i gorsze chwile w swej egzystencji, nie pozbywając się mimo wszystko swego charakteru, swych poglądów, a nadewszystko wszechwładnie tam panującego wielkiego tonu. Tradycje starej Francji, związane organicznie z wielkiemi datami jej historji, uszlachetniły nietylko mury, ale przedewszystkiem ludzi.
Wśród starych murów unosi się ten wytworny duch, na który złożyły się wieki estetycznie prowadzonego życia, duch, który swe składniki zapożyczył zarówno z bohaterskich walk Francji, jak też z jej galanterji, dowcipu, literatury i sztuki. Powietrze dzielnicy Saint Germain nie jest przepojone benzyną, ani też drogiemi i nieraz zbyt silnemi perfumami: jest ono jednak daleko czystsze jak gdzieindziej. Nie słychać w spokojnych ulicach o majestatycznych pałacach tej ciągłej pogoni za pieniądzem i za czasem, jaka opanowała wszystkie inne arterje olbrzymiego miasta. Faubourg Saint Germain nie spieszy się, nie ugania za zyskiem, gdyż widział i bogactwo, i nędzę, widział potęgę i upadek, do ostatniej kropli wychylił czarę rozkoszy życia i wie dobrze, że najważniejszą rzeczą jest zachowanie umiaru i harmonijne korzystanie z egzystencji.
Przechodząc wśród pięknych budowli, ma się wrażenie, jak gdyby od tych murów wiał jakiś majestatyczny chłód, jak gdyby one same i ludzie w nich mieszkający byli zmęczeni tem życiem współczesnem i woleli zatrzymać wskazówki na zegarze życia, niż być świadkami coraz żywszego i bardziej potępieńczego tempa współczesnych stolic. Lecz może jest to złudzenie? Może to nie zmęczenie, a poprostu spokój człowieka, który wiele przeżył i którego nic już nie dziwi?
Faubourg Saint Germain nie ma sobie równego na świecie. Wprawdzie i inne miasta posiadają dzielnice, w których skupiało się życie pewnej sfery, jak np. Praga ze swoimi pałacami podhradczańskiemi, otoczonemi wielkiemi ogrodami, lub Rzym, lecz żadna z tych dzielnic nie zdołała dochować do dnia dzisiejszego swego charakteru w tak niezmienionej i czystej formie. Dlatego też ten zakątek Paryża znalazł swych biografów, którzy starali się utrwalić te wszystkie nastroje i cechy charakterystyczne, których nigdzie indziej znaleźć nie można. Takimi archeologami dzielnicy Saint Germain byli Balzac, Proust i inni.
Bo kamienie potrafią mówić i opowiadać przeszłe dzieje, trzeba się tylko umieć z niemi zaprzyjaźnić.
Jan Maleszewski
Tygodnik AS nr 15, 9 czerwca 1935 (s. 12–13, 15)