„Asy” naszej rewji i filmu na cenzurowanem.
Fotografja à la minute — to zdjęcie dla ludzi, którzy się śpieszą. Nie daje nam sprecyzowanego pojęcia o tym, którego przedstawia, ale pozwala mniej więcej określić typ jego urody i służyć może do identyfikacji.
Fotografja à la minute ma pod pewnemi względami przewagę nad piękną fotografją artystyczną. Występują bowiem na niej drobne, a bardzo charakterystyczne rysy, niewidoczne na zdjęciu wyretuszowanem. Te właśnie szczególiki są często znamienne dla danego człowieka i dlatego o ile chcemy kogoś z fotografji poznać, wolimy to uskutecznić na podstawie jego zdjęcia à la minute, a nie artystycznego obrazka fotograficznego.
Fotografujemy twarze à la minute. — Dlaczego nie mielibyśmy w ten sam sposób fotografować i wewnętrznej strony człowieka, jego psychiki? Taką „roentgeniczną” fotografję otrzymamy wówczas, gdy komuś nieprzygotowanemu zadamy niespodzianie kilka krótkich pytań, na które musi on bezzwłocznie odpowiedzieć.
Mniejsza o to, czy odpowiedzi będą szczere, czy też nie. Już z samego rodzaju i sposobu ich ujęcia możemy wyciągać podobne wnioski, jak na podstawie fotografji à la minute. „As” pragnął dać swym Czytelnikom takie właśnie fotografje słynnych gwiazd i gwiazdorów naszej rewji i w tym celu zwrócił się do nich z czterema pytaniami. Brzmiały one następująco: Jakie jest pana (i) życzenie? Jaka kobieta, wzgl. mężczyzna jest w pana (i) typie? Co można najgorszego powiedzieć o kobiecie? Na jakie pytania pan (i) najchętniej odpowiada?
A teraz posłuchajmy rezultatu tej ankiety:
Stefcia Górska.
Jesteśmy w „Hollywoodzie” i w czasie pauzy rozmawiamy z Stefcią Górską — „specem od temperamentu”, jak ją nazywa sympatyczny conferencier „Starej Bandy” p. Jarossy. Ma ona jedno życzenie: pragnie wiele podróżować, ale… nie sama. To żadna przyjemność, gdy się tak niema kogoś bliskiego w czasie podróży. Całkiem inaczej się czuje w towarzystwie sympatycznego młodzieńca. Określonego typu mężczyzny nie posiada: „dziś ten, a jutro inny” — w każdym razie musi on mieć „coś”. Pani Stefcia to „coś” specjalnie silnie akcentuje: „tak, coś, co kobietę bierze! psiakość!” Widać, że mówiąc to jest myślami przy tym swoim typie — może nawet jest to ktoś ściśle określony, ale… to już prywatna sprawa pani Stefci.
Przechodzimy zkolei do „sprawy kobiecej” i słyszymy, że: „najgorszem co można powiedzieć o kobiecie, to to, że jest stara”. P. Górska zastrzega się jednak, że uważa wszystkie koleżanki za młode. „Inaczejby się poobrażały” — dodaje z uśmiechem.
A teraz: jakie pragnęłaby usłyszeć pytanie? Przedewszystkiem: czy wierzy w miłość? Nato w tej chwili znajduje odpowiedź; jedno słówko: „bardzo!” A jak bardzo, to pokazuje nam szerokiem rozłożeniem rąk.
Wywiad skończony… pani Stefcia udaje się na scenę, a z nami rozpoczyna rozmowę jej sympatyczny kolega, „kuzynek z Grajdołka”:
Tadeusz Olsza.

Pragnie on „nareszcie być pełnoletnim”. — Jakże mamy to rozumieć? Przecież chyba już ukończył 21 lat? — To tak, ale czuje się wciąż tak młodym… Czyżby zresztą żądano od niego, by zmienił swój genre i wywiad ten traktował poważnie? — napewno nie!
Przechodzimy więc do rozmowy o kobietach i dowiadujemy się od sympatycznego artysty, iż „w jego typie jest każda, która mu się podoba”. Inne niech więc nie tracą napróżno czasu (przypisek red.). I tak mimo wszystko mają one zasadniczo duże szanse u p. Olszy, który jest szczerym ich przyjacielem. Twierdzi on stanowczo, iż o kobietach nie można powiedzieć naprawdę niczego złego, gdyż nawet „najgorsza kobieta lepszą jest od najlepszego mężczyzny”. Istnieją tu wprawdzie wyjątki, ale jak wszystkie wyjątki — są poto tylko, by potwierdzać regułę.
Najprzyjemniejszemi dla p. Olszy, to pytania pięknych pań, zwłaszcza takie, które mogą doprowadzić do… porozumienia. Ponieważ jest jednak trochę i prozaikiem, chętnie odpowiedziałby komuś, kto np. zapytałby się go, czy potrzebuje i weźmie od niego 1000 złotych? Wedle zapewnień gwiazdora odpowiedź brzmiałaby: „tak”. Nie potrzebujemy chyba dodawać, że w obecnych ciężkich czasach takie prozaiczne życzenie jest całkiem zrozumiałem, nawet dla pięknych Czytelniczek „Asa”, które może oczekiwały zgoła czegoś innego od artysty.
Zkolei staje przed nami w zbroi średniowiecznego rycerza:
Edmund Minowicz.

Pragnąłby on nareszcie „być w teatrze”. W tych dwóch słowach mieści się bardzo wiele — chęć służenia prawdziwej sztuce i możność artystycznego wypowiedzenia się. Czy teatr ten posiadałby repertuar klasyczny, czy też tylko rewjowy, niema właściwie znaczenia. Powinien tylko być w swoim rodzaju pierwszorzędnym.
Jako partnerkę widziałby p. Minowicz chętnie „swój typ”, to jest kobietę, która „naprawdę” się podoba — na scenie jako artystka, w życiu zaś jako przedstawicielka prawdziwego sex-appealu. Nie musi ona być koniecznie aktorką — zawód tu obojętny, a decydującem jest tylko słówko „naprawdę”.
Za zupełnie „wykończoną” w jego oczach uważa on niewiastę, o której się mówi: „ona byłaby dobrą żoną”. To prawie tak, jakgdyby o mężczyźnie powiedziano, że „jest poczciwym”.
Czy jednak można wierzyć p. Minowiczowi, że są to jego prawdziwe przekonania, skoro najchętniej odpowiada on na pytania, które nie wymagają prawdy w odpowiedzi?
Nie zastanawiamy się dłużej nad tem i z zapasem naszych pytań podchodzimy do prawdziwego „asa” sztuki rewjowej. Jest nim:
Konrad Tom,

który odpowiadając nam, czuje się naprawdę w swoim żywiole. Sam bowiem był dziennikarzem i jako taki pisywał początkowo do gazet rosyjskich, potem łódzkich i warszawskich, zdobywając sobie miano doskonałego feljetonisty.
Obecnie zamierza on znowu powrócić do dziennikarstwa, ponieważ nie cieszy go praca w teatrze. Na te minorowe nastroje sympatycznego artysty wpłynęło w znacznym stopniu zachowanie się publiczności w teatrze, która — jak twierdzi — jest dla aktorów wręcz nieżyczliwą. P. Tom, jak zresztą i jego koledzy, skarży się specjalnie na Warszawiaków — publiczność krakowska i lwowska jest jego zdaniem bez porównania przychylniejszą. W związku z tem wyraża też swe najgorętsze pragnienie, by ten stosunek publiczności do teatru zmienił się jaknajprędzej.
Następna odpowiedź p. Toma jest dla nas zgoła nieoczekiwaną. Jeśli idzie o typ jego kobiety, to uważa on przedewszystkiem na to, by była nią osoba pracująca — wszystko jedno, w jakiej dziedzinie, byle tylko miała swe stałe zajęcie. W zgodzie z tą opinją pozostaje pogląd artysty, że najgorszem jest, jeśli kobieta stanowi „typ obojętny”. Domaga się więc od niej wyrazu, choćby nawet najgorszego gatunku.
Konrad Tom, uosabiający typ pieśniarza, aktora, autora scenarjuszy i dziennikarza w jednej osobie objaśnia nas jeszcze, że chętnie odpowiada na te wszystkie pytania, które nie dotyczą jego spraw osobistych — ze specjalną przyjemnością lubi udzielać informacji laikom o rzeczach, na których sam dobrze się rozumie. Rozwodzi się też szeroko na temat sposobu komponowania utworów tanecznych, które stają się potem przebojami. Szczegóły tych niezwykle ciekawych wynurzeń artysty podamy Czytelnikom innym razem.
Narazie musimy opuścić gościnne progi „Hollywoodu” i w poszukiwaniu za innemi gwiazdami przenosimy się do Resursy Artystów, gdzie przy zielonym stoliku „króluje”
Kazimierz Krukowski.

Sympatyczny „Lopek” przerywa partję bridge’a, by na nasze pytania dać odpowiedź à la minute.
Jego pragnieniem jest udział w dobrym filmie amerykańskim i to takim, w którym gra Miriam Hopkins, gdyż ona właśnie jest jego kobiecym ideałem.
Nie uzasadnia nam, dlaczego tego pragnie — zresztą słusznie. Jest to przecież uczucie, a uczuć się nie uzasadnia. Może myśli o Miriam dlatego, że jest przeciwieństwem najgorszego zarzutu, jaki — zdaniem jego — można postawić kobiecie, a mianowicie, że jest niekobiecą.
Nasza rozmowa, choć prowadzona w tempie naprawdę à la minute, wzbudza zniecierpliwienie u kilku panów, którzy kręcą się koło naszego stolika — to partnerzy bridge’owi p. Krukowskiego. Nie dziwimy się więc, że przynajmniej w danej chwili „Lopek” odpowiada najchętniej na „krótkie pytania”. Wyczerpujemy ich zapas i rozglądamy się wkoło za dalszemi „objektami” naszego błyskawicznego reportażu. Po tej plejadzie gwiazdorów łakniemy koniecznie rozmowy bodaj z małą gwiazdeczką, ale zato żeńskiego rodzaju.
I los nam sprzyja, bo za kulisami „Teatru Letniego” odnajdujemy w garderobie najmilszego, jakiego świat wydał od starożytności począwszy, aż po dzień dzisiejszy — „Orestesa”, którego uosabia piękna
Lena Żelichowska.
Przed chwilą jeszcze czarowała ona na scenie widzów „Pięknej Heleny” — teraz zwierza nam się, że najgorętszem jej pragnieniem byłoby podróżować i to „dużo, wszędzie, tak po całym świecie”. Za towarzysza wybrałaby sobie starszego pana, bardzo poważnego i posiadającego dobre serce. Prawdopodobnie prowadziłaby z nim długie rozmowy i to wyłącznie na tematy poważne, ponieważ uważa, że najgorszem, co można powiedzieć o kobiecie, to to, że jest „pustą lalką”.
W stosunku do mężczyzn czuje się pani Lena bardzo pewną — każdemu z nich potrafi odpowiedzieć na wszystkie pytania. Trzeba przyznać, że artystka posiada tu znaczny „handicap”, ponieważ dyskutujący z nią mężczyzna, jeśli równocześnie patrzy na jej wysmukłą kibić, napewno niejeden raz w czasie rozmowy traci wątek myśli.
Po zbliżonej w wyglądzie do strażackiej drabinki schodkach dostajemy się do garderoby najbardziej może lubianego przez publiczność teatrów rewjowych artysty. Jest nim
Adolf Dymsza.

I któżby pomyślał, że rozmawiamy tym razem z jednym z „najskromniejszych” w Polsce ludzi? Bo trzeba Wam wiedzieć, Czytelnicy, że Dymsza wogóle żadnych życzeń niema. Kobietami nie zajmuje się, gdyż „już wyrósł z tych lat”. Jest groźnym — jeśli mamy mu wierzyć — wrogiem płci pięknej, a za najobraźliwsze dla niej uważa samo określenie: „kobieta”. Nie chce tego dalej uzasadniać, bo wtedy żadna niewiasta nie przyszłaby więcej do teatru, w którym występuje i… „byłaby plajta” — a jeszcze dalsze konsekwencje: nie usłyszałby więcej ulubionych pytań. Dotyczą one naturalnie „money” i brzmią, jeśli o niego chodzi, w ustach producentów filmowych lub dyrektorów teatralnych jak nieziemska muzyka…
Skonsternowani temi odpowiedziami opuszczamy garderobę Dymszy i po pewnych perypetjach z „arystokratycznymi” bileterami cyrku dostajemy się do gwiazdora, którego podobizna znajduje się w zbiorach chyba każdej pensjonarki. To
Igo Sym.

Występuje on jako partner Hanki Ordonówny w oryginalnem widowisku, żywcem przetransplantowanem z Wiednia na teren warszawski i jak zwykle ma… powodzenie. Szybko przekonujemy się, iż jest człowiekiem szlachetnym i poważnie myślącym, skoro pragnąłby „żyć dla pracy, a nie pracować na życie”. Nie określa nam „swego typu” kobiety, gdyż za często już mówił i pisał na ten temat.
Obawia się też, że takie publiczne zwierzenia spowodowałyby ponowny napływ listów pań, oznajmiających mu, iż są właśnie w tym jego typie.
Sym lubi odpowiadać na pytania życiowo praktyczne, oraz takie, które mimo poważnego brzmienia postawione zostały w sensie żartobliwym. Widzimy więc z tego, iż artysta posiada pewne zamiłowanie do kontrastów.
Na artystycznym naszym firmamencie błyszczy jeszcze wiele innych, pięknych gwiazd… Uśmiechają się one do nas i na drodze swych jasnych promieni przesyłają tym razem Czytelnikom „Asa” tylko krótkie pozdrowienia… Szerzej napiszemy o nich innym razem.
C. L.
Tygodnik AS nr 5, 31 marca 1935 (s. 13–15, dokończenie s. 31)