Trzy gracje naszego baletu

Olga Sławska. (Fot. Van Dyck — Warszawa)

Zdarzyło mi się być świadkiem nowoczesnego „sądu Parysa”, który wypadł bardzo oryginalnie…

Było to niedawno, gdy gościł w Warszawie Sergjusz Lifar i gdy, jeszcze przed głośnym potem incydentem, baletmistrz Teatru Wielkiego, Ciepliński, usłużnie prezentował mu swój zespół, aby Lifar mógł sobie wybrać partnerkę, jedną partnerkę, jak początkowo zamierzał. Ponieważ przegląd całego zespołu byłby zbyt uciążliwy, baletmistrz Ciepliński wraz ze swym zastępcą Pianowskim odrazu pokazali gościowi słynące z talentu i urody „trzy gracje” baletu Teatru Wielkiego: Basię Karczmarewiczównę, Tosię Nowicką i Olgę Sławską.

Lifar patrzał, patrzał i… nie mógł wybrać… Oświadczył mi:

— Teraz rozumiem piekielne męki Parysa…

Cała trójka tymczasem pierzchnęła już po wykonaniu kilku ewolucyj i zdaleka tylko zerkała niecierpliwie na wynik wyboru. Każda marzyła o tem, aby móc zatańczyć z tak doskonałym artystą o światowej sławie i tak… pięknym chłopcem…

Lifar po namyśle powiedział nam:

— Już wiem, kogo wybiorę.

Słuchamy z natężeniem… Odpowiedź pada:

— Wszystkie trzy. Chciałem wykonać tylko jeden duet, a zrobię trzy.

A oto parę słów Lifara o jego partnerkach, wypowiedzianych wobec podpisanego — słów, które najlepiej charakteryzują i oceniają talent trzech artystek.

— Olga Sławska była mi wymarzoną Sylfidą. Tańczyła z uduchowieniem, będącem niezbędnem i nieodzownem uzupełnieniem techniki klasycznej. To poetka tańca, a jej subtelna uroda predestynuje ją do sławy wszechświatowej, zresztą już częściowo uzyskanej przez wielkie nagrody na dwóch konkursach międzynarodowych.

— Tosia Nowicka, o idealnej dla tancerki wiotkiej postaci i kształtach figurynki z Tanagry, tańczyła jak we śnie i tak właśnie powinno było być. Byłem nią wręcz zachwycony i upojony.

— Basia Karczmarewiczówna — to perełka najczystszego klasycyzmu, tradycyjnego i niepokalanego. Jakby miała naprawdę skrzydła u ramion, tak fruwała ze mną w „Błękitnym ptaku”.

Cała trójka dostała na pożegnanie jednakowe fotografje z pięknemi dedykacjami i każda z nich rzekła nam z zachwytem:

— Był to najpiękniejszy wieczór mojego życia… Tańczyłam z Lifarem!

Jak trafny i słuszny był sąd Lifara o naszych artystkach, a zwłaszcza o ballerinie Sławskiej, mamy świeży dowód, oglądając piękne widowisko baletowe w Teatrze Wielkim w Warszawie. W balecie „Coppelia” w rolach głównych wystąpili ballerina Karczmarewiczówna i solista Zadejko. Na dalszych przedstawieniach w tych samych rolach ukazali się: ballerina Sławska i baletmistrz Ciepliński. Dobry to pomysł dublowania tych ról przez artystów. Ta druga obsada była o tyle ciekawsza od pierwszej, że Ciepliński wystąpił po raz pierwszy na scenie warszawskiej jako tancerz charakterystyczny, a Sławska po raz pierwszy zatańczyła główną rolę w balecie i to tak niepospolicie trudną. Debiut Sławskiej był naprawdę szczęśliwy.

Po przedstawieniu docieramy do jej garderoby, prosząc o parę słów wywiadu. Wpierw rozmawiamy z baletmistrzem Cieplińskim, który mówi nam o swej ulubienicy i pupilce:

— Teraz dopiero widzę, że słusznie dwukrotnie triumfowała na konkursach międzynarodowych. Odrazu wyczułem w niej ogromny talent i dlatego zająłem się nią specjalnie. Z całą odpowiedzialnością za moje słowa stwierdzam, że Sławska może się stać gwiazdą na miarę światową. Ma ku temu wszystkie warunki. Gdy wyjadę znów zagranicę, biorę ją ze sobą i obowiązuję się zrobić z niej polską Pawłową czy Karsawinę.

A sama debiutantka? Jeszcze ciężko oddechając po ogromnym wysiłku, mówi:

— Czekałam na taki wieczór od wielu lat… od zarania mojej pracy tanecznej… Miałam ogromną tremę… Od paru nocy okropne sny… Ale teraz zato tyle radości!… Tyle szczęścia! Niema większej rozkoszy, niż taniec i oklaski…

Napewno myślą tak wszystkie trzy gracje naszego baletu…

H. L.

Tygodnik AS nr 6, 7 kwietnia 1935 (s. 25)

Udostępnij ten artykuł