Rumieńce i zmarszczki ulicy

W początkach XIX wieku wycieczki w okolice Warszawy odbywano w niezbyt wygodnych wehikułach. Rys. Jakóba Sokołowskiego z książki „Pustelnik”, 1818.

Wielu ludzi bardzo mało zwraca uwagi na wygląd ulicy. Traktuje ją poprostu jako zbiorowisko domów i drogę, prowadzącą do tego lub innego punktu miasta; zapomina natomiast o tem, że ulica ma swe własne, odmienne życie, że ma swe oblicze, swój charakter, swój uśmiech i swą łzę. Tak, ulica żyje podobnie jak i ludzie, przemienia się, starzeje i odmładza, popada w nędzę lub dochodzi do bogactwa i znaczenia. Tymi zaś, którzy najbardziej przyczyniają się do jej wyglądu i którzy ją ożywiają, są stałe typy uliczne: sprzedawcy, kramikarze, wędrowni kupcy, domokrążcy.

Oczywiście, że najbardziej może charakterystycznie i ciekawie przedstawiają się te typy zagranicą, zwłaszcza na południu i wschodzie. Tam przecież wszelkie nieomal transakcje handlowe dokonywuje się na powietrzu, a wszelkie towary można nabyć w kramikach ulicznych. Tam zamiast „lady” leży jedynie dywan czy płachta. Cała Turcja, część Bałkanów i cały Wschód jest jednem wielkiem obozowiskiem kupców, a składy i sklepy w europejskiem pojęciu należą jedynie do wyjątków. Nawet fryzjer, potrzebujący u nas luster, szczotek i różnych przyrządów technicznych do swego zawodu, tam, na wschodzie, obywa się bez tego i wykonuje swe czynności pod gołem niebem. Ale są tam też biura, które klientom za drobną opłatą piszą listy urzędowe, miłosne czy handlowe, są też kabalarki, odkrywające przed ciekawym jego przyszłość.

Oczywiście, że każdy, kto był we Włoszech przedfaszystowskich, przypomni sobie słynnych „lazzaronów” o typowym wyglądzie, wygrzewających się pod kościołami i różnemi pałacami. Typ ten, tak ozdobny i ciekawy, zginął, względnie schował się do głębi domów pod rządami Mussoliniego. Wenecja słynie ze swych gondoljerów, którzy nietylko odznaczają się romantyzmem w wyglądzie, w swych płaszczach i artystycznych kapeluszach, ale umieją też przeważnie pięknie śpiewać, jak zresztą większość Włochów, urodzonych aktorów i śpiewaków.

Równie ciekawymi są typy sprzedawców pamiątek lokalnych we Włoszech, jakoteż świętych obrazków i innych dewocjonalij w miejscach pielgrzymek. Ten ostatni typ i nam nie jest nieznany, zwłaszcza gdy jesteśmy w Częstochowie, Wilnie, Kalwarji czy na Bielanach.

Podobne zwyczaje panują również u Hiszpanów, którzy, jak wszystkie narody południa, zdradzają wielką sympatję do gołego nieba i niechętnie przebywają w murach, będących tam raczej kryjówką przed niebezpieczeństwami życia.

Każdy kraj oczywiście ma swe typowe zjawiska uliczne, wszędzie zaś są one uzależnione od warunków bytu, od stanu ekonomicznego kraju, od tysięcznych, drobnych napozór szczegółów życia. Ulica jest też ze swymi typami sprzedawców ciekawym wskaźnikiem dla ekonomisty i niejedno możnaby się z drobnych obserwacyj dowiedzieć o bogactwie danego kraju.

Jeżeli w Paryżu typ „camelota” jest nadwyraz popularny, a również czyściciela butów i chłopców, sprzedających różne drobne „wynalazki”, jak zapinki do krawatek, guziki, grzebienie i t. d., to znów Ameryka i kraje anglosaskie wogóle posiadają na swych ulicach sprzedawców o odmiennym typie.

Niektóre z tych postaci stają się zczasem niejako symbolem miasta albo w każdym razie zlewają się z niem w jedną całość. Czyż na wspomnienie Wiednia nie staje nieomal mechanicznie w pamięci postać „fiakra”, który posiada zupełnie swoiste moralne i fizyczne oblicze? Dziwaczny nieco ubiór — spodnie pepitowe, marynarka ciemna i melonik — w połączeniu z dobroduszną twarzą i pewną przedmiejską elegancją tworzy nadwyraz ciekawy i pocieszny typ. Jeżeli się znało przedwojenne miasta Małopolski, to można się przekonać, że i tu istniały imitacje wiedeńskiego woźnicy. Podobnie charakterystyczni są po dziś dzień fiakrzy wileńscy, ze swymi arcymałemi dorożkami.

Lecz nie potrzebujemy sięgać aż zagranicę, u nas znajdziemy zarówno w chwili obecnej, jak i dawniej wiele ciekawych typów ulicznych. Pod pewnemi względami typy polskiej ulicy są bodaj że ciekawsze jak gdzieindziej, większe bowiem były tu zmiany i więcej ich zginęło w ostatnich czasach.

W poznaniu tych dawnych typów przychodzą nam z pomocą przedewszystkiem karykaturzyści i artyści, obserwujący znacznie lepiej bieżące życie jak ludzie… poważni! Taki np. znawca starej Warszawy i jej typów, jak Juljusz Kossak, zachował nam postać warszawskiego dorożkarza z dawnych czasów. Jakób Sokołowski znów, karykaturzysta-amator, uchwycił swym ołówkiem typ pojazdu z czasów Królestwa Kongresowego, jakim się mieszkańcy stolicy udawali na wycieczkę za miasto.

Lecz ileż takich ciekawych typów było jeszcze w Warszawie i w innych miastach Polski! Oto postać handlarza cebulą i czosnkiem, sprzedającego również sieci, gdzieindziej znów wyłania się handlarz orzechami włoskiemi, nieraz ubrany w dziwaczny żupan, wysoką czapę, tu znów biegnie chłopak z gazetami, sprzedający „Gazetę Warszawską” i „Kurjera Warszawskiego”.

Za czasów rosyjskich, w chwili największego nasilenia wpływu rusyfikacyjnego, zjawił się na ulicach Warszawy handlarz lodami i słodyczami, który swem nawoływaniem „Sachar morożny! Sachar morożny!” zyskał sobie to przezwisko. Na niskim cylinderku nosił on rodzaj kadzi drewnianej, napełnionej wszelkiemi gatunkami lodów. Ubrany w rubaszkę, naskos zapiętą, z typową, obowiązkową brodą, był on niejako ulicznym symbolem rosyjskości i rusyfikacji. A słynny piaskarz, wiozący piasek wiślany, tak potrzebny w dawnem gospodarstwie domowem? I on jeszcze istnieje, chociaż nie jest już tak ważnym producentem jak dawniej.

Inny nieco obraz ma ulica w Małopolsce, inny jeszcze w Wielkopolsce. Tu, w dawnej Galicji, handlarze „precli” są odpowiednikiem swych kolegów warszawskich, sprzedających „obwarzanki” lub pierniki w „Ogrodzie Saskim”, zwanych naówczas „brukowcami”. Takież „brukowce” sprzedawano w połowie XIX wieku w parku łazienkowskim, gdzie młodzież zajadała je ze smakiem, popijając wodą ze źródła. Okrzyk zawodowy „Handell! Handell!”, zmieniający intonację zależnie od dzielnicy, do dziś pozostał typowym dla miast naszych.

Przekupka krakowska, „urzędująca” na rynku, jest chyba równie wiekiem czcigodna jak sama stolica podwawelska. Istotnie, czytamy o niej w kronikach, zjawia się ona w literaturze, pisze o niej wielki jej znawca i przyjaciel, Michał Bałucki. Istnieje ona do dziś dnia i broni się dzielnie przed kryzysem.

W Poznaniu do dziś dnia utrzymała się stara tradycja św.-marcińska: w tym dniu bowiem pod kościołami zjawiają się małe kramiki, w których dostać można tak zw. „uszy świńskie”, t. j. ciasto wypiekane w postaci rurki, dosyć twarde i słodkawe. Gdy pewnego razu pytałem się sprzedawczyni tych „świńskich uszu”, od kiedy datuje się ten zwyczaj, spojrzała na mnie ze zdziwieniem i oświadczyła, że jest on tak stary, jak kościół św. Marcina. Czy informacja ta odpowiada prawdzie, nie wiem, ale zapewne takie „uszy świńskie” kupowali dawni Polacy, przyjeżdżający na jarmarki do Poznania już w XVI wieku, a może wcześniej.

W Paryżu znów i w miastach francuskich wogóle odpowiednikiem jej są może handlarze kartofelków „pommes soufflées” lub „pommes frites” albo też „pailles”, które, zawijane w byle jaką gazetę, mimo to smakują świetnie, zwłaszcza podczas mrozów.

Nie można też zapomnieć o ulicznych kapelach, które ostatnio pojawiły się w naszych miastach. Ruch handlowy na ulicy reguluje samo życie. Jedne typy giną, stając się niepotrzebnymi, inne wypływają na widownię. Nowym takim nabytkiem ulicy wielkich miast to szofer. Ubrany często w skórzaną kurtkę i czapkę sportową, jest on dziwnem, przejściowem stadjum między inteligentem a człowiekiem, jak to mówiono dawniej, prostym. Ma nieraz pewne wykształcenie techniczne, często jest samoukiem, nie cieszy się ogółem zbyt wielkim mirem w społeczeństwie, może niezasłużenie.

Wielką popularnością cieszą się też sprzedawcy „kur”, gdaczących z tektury, sznurowadeł, zapalniczek niestemplowanych, których w okolicy np. dworca wiedeńskiego w Warszawie jest aż kilku.

Życie drobnych ulicznych sprzedawców nieraz musi zastanowić obserwatora. Zarobki ich są tak na oko minimalne, że dziwić się wypada, iż wogóle handel ten się opłaca. Tak, poza swą barwnością, ulica posiada również swą… szarą stronę!

Jan Maleszewski

Posłaniec miejski w czapce z numerem, Warszawa lat 30.
Posłaniec warszawski jest jednym z najbardziej oryginalnych typów ulicznych.

Tygodnik AS nr 22, 28 lipca 1935 (s. 14–15)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *