Do kresu złudy

Zaczął się zmieniać w innego człowieka… (ilustracja Charliego)

Nowela. — Juljusz Mieroszewski. Ilustrował Charlie. Część druga.

W numerze 8 „Asa” rozpoczęliśmy druk noweli Juljusza Mieroszewskiego p. t. „Do kresu złudy”. Treść pierwszej części przedstawia się następująco: paryska wytwórnia filmowa Colison ma wielki kłopot z Gruzinem, Pawłem Jusofem, który gra główną rolę w filmie „Mężczyzna nie przebacza”. Oświadczył bowiem, że nie zagra w tym filmie, opartym o jego własne, wysoce oryginalne przeżycia, ostatniej sceny, w której ma zabić własną żonę. Jusof opuścił Rosję po nieszczęśliwem małżeństwie z Sonią, gdyż nie rozumiał jej — on, potomek bogatej rodziny gruzińskiej, ona ideowa komunistka. Lecz i drugie małżeństwo nie dało mu szczęścia. Zrozpaczony dyrektor Colison, któremu grozi spowodu przerwania nakręcania filmu bankructwo, prosi znanego psychoanalityka, dr. Gleowitza, o radę. W tym samym czasie policja paryska poszukuje znanego szpiega-kobietę, znaną jako B. 17, i w tym celu aresztuje trzy kobiety noszące nazwisko miss Wickerfield i jeżdżące za fałszywym paszportem. Okazuje się jednak, że żadna z nich nie jest poszukiwaną B. 17. Nakoniec do dr. Gleowitza przybywa pewna młoda, wykwintna dama, prosząc go o poradę i zaznaczając, że strona finansowa nie gra w tym wypadku żadnej roli.

Gleowitz pochylił głowę, poprawiając coś na biurku. Nieznajoma zgasiła papierosa i podniosła swe piękne oczy na lekarza.

— Chciałam się pana zapytać, czy nie podjąłby się pan, doktorze, wrócić mi utraconej miłości?

Gleowitz ściągnął lekko brwi. Luźne podejrzenia zaczęły się pomału zazębiać.

— Jak to łaskawa pani rozumie? — uśmiechnął się. — Wybaczy pani, ale przyznaję, że jestem trochę zaskoczony.

— Kochał mnie przed paru laty — podjęła spokojnie nieznajoma — pewien młodzieniec. Przez własną lekkomyślność utraciłam jego wzajemność. Powody są banalne i nie będę ich przytaczać. Wkrótce jednak przekonałam się, że jego miłość jest jedynym sensem mego życia. Porzuciłam wszystko: dom, rodzinę, ojczyznę — aby go odszukać i powtórnie zdobyć. Po dwu latach odnalazłam go tu, w Paryżu. Lecz cóż z tego? On już mnie nie kocha; inaczej przebudował swoje życie, zmienił się, pokochał inną kobietę. Jeśli to jest w mocy pana, wróć mi pan jego miłość! Opowiadają cuda o panu, profesorze. Przecież pan sam gdzieś napisał, że dopóki człowiek żyje, wszystko można jeszcze w nim naprawić i zmienić.

W gabinecie zapadło milczenie. Pierwszy odezwał się doktór Gleowitz.

— Wątpię, czy istnieje na świecie człowiek, któryby potrafił zadośćuczynić pani żądaniu. Gdybym posiadał moc wskrzeszania wygasłych uczuć, byłbym dziś najbogatszym człowiekiem Francji. Mogę pani jedynie udzielić następującej rady: miłość powraca niekiedy równie niespodziewanie, jak odchodzi. Niech pani nie traci nadziei i osobistym urokiem, którego nie poskąpiła pani natura, stara się powtórnie zainteresować owego pana. To radzę pani jako doświadczony człowiek; psychoanaliza lekarska jest bowiem w tym wypadku bezradna.

— A sugestja? hypnoza? ten potężny wpływ, jaki pan wywiera na pacjentów?

Gleowitz rozłożył bezradnie ręce.

— Nie mogę się tego podjąć, łaskawa pani. To nie leży w zakresie moich możliwości.

— Za żadną cenę? — zapytała nieznajoma, akcentując wyraźnie ostatnie słowo.

— Nawet za miljon dolarów — odparł Gleowitz. — Dobry lekarz musi być trochę kuglarzem, nigdy mu jednak nie wolno być oszustem.

— Trudno.

Nieznajoma podniosła się i wyciągnęła z uśmiechem dłoń do lekarza. Doktór Gleowitz odprowadził ją w milczeniu do drzwi gabinetu.

Zaledwie wspaniały Packard zniknął za zakrętem, do gabinetu doktora Gleowitza wszedł niski, szczupły pan w binoklach, z siwiejącą, przystrzyżoną bródką.

Gleowitz powitał go w milczeniu, nie wstając z krzesła. Przybyły sprawdził, czy drzwi są szczelnie zamknięte, przysunął sobie bliżej krzesło i, usiadłszy wygodnie, zaczął mówić szeptem, nie poruszając prawie wargami.

— B. 17. Każdy dzień jej życia oznacza dla nas niebezpieczeństwo, którego nie da się wprost określić.

Gleowitz bawił się, rozkręcając swój automatyczny ołówek.

— Dlaczego nie zadenuncjujecie jej wywiadowi francuskiemu? — zapytał po chwili, również szeptem.

Szpakowaty pan poprawił binokle i chytrze się uśmiechnął.

— Gdyby to było możliwe, nie czekalibyśmy na pańską radę, doktorze. Obecnie jest to lady Silvey, brytyjska poddana. Żaden rząd, a już najmniej francuski, palcem jej nie tknie.

— Czy to możliwe? — W głosie Gleowitza odbiło się wahanie.

Nieznajomy zmrużył swe szare oczy.

— Gleowitz! Pan wie, że my nie mylimy się nigdy.

— Kiedyż nastąpiła ta metamorfoza?

— Dwa lata temu. Wyjechała służbowo do Londynu. Tam z nami zerwała, poznała lorda Silvey i została jego żoną. Miała pracować dla nas w najwyższych sferach Londynu.

— No, a lord Silvey? — wtrącił dr. Gleowitz.

— To są pytania godne pensjonarki! — uśmiechnął się szpakowaty gentleman. — Lord Silvey umarł, rzecz prosta, w trzy tygodnie po ślubie, przepisawszy testamentarnie swój cały majątek na żonę. Dla agentki z naszej szkoły był to drobiazg.

Gleowitz zapalił cygaro i, zapatrzywszy się w błękitny dym, zamyślił się.

— No… a?

— Pan żartuje? Pół Scotland Yardu strzeże jej osoby dzień i noc. To jest dziś miljonerka, a przytem doskonały fachowiec. Armja detektywów nie opuszcza jej ani na chwilę. Wątpię, czy jest rewolwer, którego kula przebiłaby karoserję tego czarnego Packarda.

— A dlaczego nie możecie jej publicznie zdemaskować? Przecież taką rzecz da się przeprowadzić zupełnie anonimowo.

Pan w binoklach skrzywił się z niesmakiem.

— Ona zbyt dużo wie. Przemyśleliśmy bardzo dokładnie ten problem. Musi zginąć — proponujemy panu…

Gleowitz odłożył cygaro i ujął za słuchawkę. Połączył się z hotelem Ritz.

— Hallo! Czy mógłbym mówić z lady Silvey?

Nie pomylił się; lady Silvey rzeczywiście stanęła w tym hotelu.

— Dr. Gleowitz — powtórzył portjer — zaraz… wprawdzie lady Silvey przyjmuje tylko między 4 a 5 popołudniu, lecz spróbuję…

Po kilku minutach lady Silvey stała przy aparacie.

— Hallo — tu dr. Gleowitz. Przypadkowo mój służący wdał się w rozmowę z pani szoferem i dzięki temu udało mi się panią odszukać. Rozmyślałem wiele nad pani oryginalną sprawą i może dałoby się coś zrobić…

W telefonie zabrzmiał szczery kobiecy śmiech.

— Ależ to już niepotrzebne, doktorze! Wszystko jest na jak najlepszej drodze i sądzę, że dam sobie świetnie radę. Pan wybaczy, że pana trudziłam, ale zakochana kobieta… zresztą czułam się dziś bardzo zdeprymowana. Pan rozumie, doktorze! Dziękuję, dziękuję najserdeczniej!

Gleowitz odłożył słuchawkę. Pan o szpakowatej bródce nie pomylił się. O osobistem zetknięciu z lady Silvey nie miał już co marzyć.

Odkąd dr. Gleowitz pojawił się w IV pawilonie wytwórni filmowej Colison et Co., zapanowały tam dziwne stosunki. Na drzwiach wiodących do studio No IV przybito tabliczkę z krótkim i lakonicznym napisem: „Wstęp wzbroniony!”, a portjer Duboisier otrzymał rozkaz niewpuszczania absolutnie nikogo. Gleowitz przyjeżdżał swą ciemną limuzyną w towarzystwie de Rola i Colisona codzień o 10-tej rano i wyjeżdżał późnym wieczorem. Pawła Jusofa od tygodnia nikt nie widział. Inspicjent Stamp utrzymywał, że z polecenia dra Gleowitza nie opuszcza on wogóle ani na chwilę IV pawilonu. Duboisier nie dawał temu wiary. Faktem niezbitym było, że w czwórce nie pracował żaden mechanik ani żaden operator. Obywano się tam zupełnie bez personelu technicznego.

Inspicjent Stamp twierdził uparcie, że Jusof zwarjował przy nagrywaniu ostatniej sceny, w której miał zamordować nożem swą partnerkę. Colison, nie chcąc dopuścić do skandalu (zbyt wielkie były długi jego wytwórni!), zamknął go w czwartem studio, odizolował od świata i powierzył opiece Gleowitza. Jeżeli ten nie przywróci mu zdrowia, Colison zbankrutuje.

Duboisier sceptyczniej zapatrywał się na tę sprawę. Stamp był znany ze swej żyłki do sensacji; zbyt długo pracował w amerykańskich wytwórniach, które produkowały awanturnicze filmy z Harry Peelem. I on jednak przyznawał, że jest mu zupełnie niezrozumiałe postępowanie szefów: Colisona i de Rola.

Zdaniem zarówno Stampa, jak i Duboisiera, nie bez znaczenia był fakt, że co kilka dni do wytwórni przyjeżdżała pięknym Packardem elegancka dama, natarczywie dopytując się o Pawła Jusofa. Duboisier utrzymywał nawet, iż parokrotnie usiłowała go przekupić.

Studio IV mieściło się na wysokim parterze. Bezpośrednio do niego przylegał mały pokoik, obity całkowicie miękką materją. U góry, w samym środku sufitu, paliła się jedna mocna żarówka. Na fotelu w tenisowem ubraniu siedział Jusof. Obok niego, z nieodłącznym cygarem, de Rola. Gleowitz stał oparty o okno, z rękami w kieszeniach. Dzień po dniu powtarzano scenę, aż Paweł zaczął się zmieniać w innego człowieka…

[W tem miejscu opis seansów w studio IV zajmuje dolne szpalty s. 10, których nie udało się odczytać w całości ze skanu.]

…zlała się w optyczny akord z zimnym błyskiem oczu. Usta wykrzywił okrutny grymas rozkoszy. Lady Silvey padła cicho na dywan z przebitą piersią, z niewydobytym krzykiem przerażonej rozpaczy.

W następnych sekundach i minutach wypadki potoczyły się taką lawiną, że wszyscy stracili głowę. Przytomność zachowali tylko lekarz pogotowia, który skonstatował śmierć lady Silvey, oraz policjanci.

„Paris Soir” podał dokładny przebieg przewodu sądowego. Ława przysięgłych uwolniła od winy i kary Pawła Jusofa, skazując na rok więzienia, z zawieszeniem wykonania wymiaru kary, reżysera wytwórni Colison et Co. — de Rola. W motywach tego nieoczekiwanego wyroku zaznaczył sąd, że Paweł Jusof nie traktował swej gry jak zawodowiec; przeżył bowiem powtórnie przed objektywem najistotniejszą część swego życia. Sprawcą zbrodni był de Rola. On bowiem, wywierając moc swego wpływu, jaki często reżyser koncentruje na aktora, narzucił Jusofowi koncepcję mordu. Idea zemsty, początkowo Pawłowi zupełnie obca, drogą wielokrotnie powtarzanej sugestji zaczęła wnikać do jego duszy, osadzać się i nawarstwiać. De Rola tylokrotnie zmuszał Jusofa do grania fatalnej sceny, aż wydobył z niego pozytywną reakcję: świadomość, że takie zakończenie tej sprawy jest dobre i zgodne z jego przekonaniem. Paweł nie uważał bowiem epilogu scenarjusza za literaturę; przeciwnie, ustosunkowywał się do niego jako do jednej z możliwości zlikwidowania swej miłości do Soni, którą okazała się tragicznie zmarła lady Silvey. De Rola, w celu osiągnięcia pełni artystycznego wyrazu, dążył i wydobył z Pawła Jusofa drogą uporczywej sugestji, że koniec scenarjusza został przez niego z pełnem przekonaniem zaadoptowany jako własny pogląd.

Sąd paryski dopatrzył się w powyższem przymusu moralnego i na tej podstawie uniewinnił Jusofa.

Dr. Gleowitz zeznawał jako świadek. Najprawdopodobniej był w zmowie z de Rola, zapewniwszy go uprzednio, że nic mu nie grozi.

Tygodnik AS nr 9, 28 kwietnia 1935 (s. 9–11)

Udostępnij ten artykuł