W wielu kanadyjskich i amerykańskich miastach, przed witrynami sklepów, ujrzeć można dziwacznie rzeźbione słupy, reklamujące w taki czy inny sposób sprzedawane w tych sklepach towary. Fantastyczne postacie ptaków, zniekształcone wizerunki ludzkie — to wszystko zaś spojone ze sobą od podstawy słupa aż do szczytu w jedną ciągłość tematową, zatrzymuje uwagę przechodnia i zmusza do zastanowienia. Na pierwszy rzut oka widzi się obcą całkowicie kulturę, która dała tym słupom początek — widzi się jedną z pierwotnych cywilizacyj o specyficznym dla danego okresu czasu poglądzie na świat i życie, wyrażanym symbolicznie w tych rzeźbach poczwarnych, pomalowanych w jaskrawe kolory.
To totemy — pstrokate wykrzykniki indjańskiej myśli religijnej, groźnemi dziobami głów ptasich i wykrzywionemi twarzami karzełków strzegące resztek zamierzchłej przeszłości Ameryki, zaklętej w tych drewnianych rzezankach przez nieznanych nikomu twórców. Strzeliście wznoszą się ku niebu, rozrzucone po różnych kątach Ameryki Północnej, intrygując swą tajemniczością wielu uczonych, którzy poświęcają całe tomy t. zw. „totemizmowi”.
Cóż to jest ten totemizm? Skąd pochodzi jego nazwa? — te i tym podobne pytania cisną się natychmiast do głowy każdemu, kto po raz pierwszy spotyka się z nieznanem mu dotychczas pojęciem.
Totemizm jest to termin, wyrażający ścisłą łączność danego rodu lub klanu indjańskiego z wyobrażeniem jakiegoś zwierzęcia, grającego w tej „spółce” rolę opiekuńczego ducha rodu, od którego ród ów lub klan ma pochodzić. Takim duchem opiekuńczym może być również przedmiot martwy lub roślina, wreszcie jakieś zjawisko natury. Występuje to jednak rzadziej, tak że przeważnie zwierzęta mają tu największe uprzywilejowanie.
Zwierzęcia takiego nie wolno zabijać członkom rodu, któremu wedle wierzeń danego plemienia dało ono początek — jest świętem i nietykalnem, zabitego przypadkiem nie wolno zjeść. Natomiast gdy zwierzę pożre członka rodu swego, uważane bywa to za szczęśliwy dla pożartego traf, dla całego rodu zaś za pomyślną wielce wróżbę.
Takie zwierzę — ojca rodu lub klanu — personifikował indjanin w wysokim, rzeźbionym słupie, pełnym tajemniczych, wyobrażonych w drzewie symbolów, przedstawiających obrazowo a sugestywnie bohaterskie czyny klanu, rodu czy też poszczególnego członka rodziny indjańskiej. Również i specyficzne właściwości charakteru głowy danego rodu znajdowały w totemach swe odzwierciedlenie.
Indjanie amerykańscy, którzy odznaczali się przedewszystkiem wysoko rozwiniętą wyobraźnią, potrafili w swych słupach religijnych oddać z niewidzianą gdzieindziej wyrazistością charakter swej rasy — rasy namiętnej i okrutnej. Sępio zakrzywione nosy skrzydlatych zwierząt, groźnie wytrzeszczone oczy półzwierzęcych a półludzkich twarzy, rozwarte chciwie paszcze, trzymające pomiędzy kłami pożerane zwierzę — oto najczęściej spotykana treść tych, swego rodzaju jedynych na świecie, osobliwości.
Z tego, co powiedzieliśmy wyżej, widzimy, że totemizm jest ściśle związany z pradawnym kultem zwierząt i jako taki występował również i w starożytnym Egipcie. Tam każda prowincja ze swą lokalną stolicą na czele miała swe święte zwierzę, które, zabalsamowane, było dla zwykłego śmiertelnika niedostępnem i nietykalnem. Z kultem tym możemy spotkać się u znacznej części pierwotnych ludów globu — występuje on nietylko wśród Indjan amerykańskich, lecz także w najrozmaitszych formach u pradawnych szczepów południowej Azji, pozatem u Malajów, Melanezyjczyków, Australijczyków i wreszcie w ojczyźnie ludów czarnych — w Afryce.
Totemy amerykańskie zdobią dzisiaj fronty sklepów Nowego Świata, drzemią w mrocznych salach europejskich muzeów, murszeją w zapomnianych grobowcach przebrzmiałych już dawno dziejów. Epoki rozwoju ludzkiego podają sobie poprzez wieki ręce, przekazując umarłą myśl religijną w pomnikach współczesnej jej sztuki.
Kiedyś, po całych eonach lat, przed olbrzymiemi magazynami miast przyszłości ułamki naszej epoki będą reklamowały jakieś fenomenalne wynalazki mózgów ludzkich, dumając samotnie wśród zalewu obcych im kultur o czasach swego rozkwitu i potęgi. Prawo „panta rei” jest wieczne i nie spoczywa nigdy…
Adam Cyprian
Tygodnik AS nr 22, 28 lipca 1935 (s. 8)