Zwierzęta, które pasą się na łące fantazji…

Katedra Notre Dame w Paryżu posiada liczne postacie fantastycznych istot, będących niejako personifikacją grzechów ludzkich.

Pewnego razu, przed wojną, zaelektryzował mnie jeden berliński tygodnik, który zamieścił fotografję nowych nabytków tamtejszego „Zoo”. Były to konie o tułowiach ludzkich i, jak pismo twierdziło, stanowiły jedyne egzemplarze na całym świecie. Znając już mitologję, zawyrokowałem, że są to poprostu centaury, i wszyscy byli tą oryginalną wiadomością równie przejęci, jak ja sam, aż do chwili, kiedy, spojrzawszy na pierwszą stronę tygodnika, odkryli, że drukowany był… pierwszego kwietnia!

Umysł ludzki między wieloma innemi cechami, nieraz niewytłumaczalnemi, posiada skłonność do zapełniania życia tworami własnej fantazji. Robi to wrażenie, jakby mu było zbyt nudno i zbyt jednostajnie na tym świecie, jakby ci, co po nim naprawdę chodzą, zamało byli ciekawi. Człowiek chętnie odziewa w postać konkretną swe marzenia, swe przekonania, swe uczucia i w ten sposób zaludnia ten glob ziemski lokatorami, którzy bezwątpienia odznaczają się większą barwnością niż wszyscy inni.

Któż z nas nie pamięta tych niezliczonych postaci, spotykanych na egipskich zabytkach, mumjach, pomnikach i t. d., a wyobrażających ludzi o głowach ptaka, byka, psa itd.? Któż nie pamięta Sfinksa, owej przysłowiowo tajemniczej postaci, królującej na piaskach Sahary? Czyżby te postacie były jakąś starożytną maskaradą? Przeciwnie, to symbole różnych wierzeń Egipcjan, to ucieleśnienie pewnych zalet czy wad charakteru ludzkiego, to wytwory owej pochopności ludzkiej duszy do tworzenia mitów, legend, baśni i fantazji.

Nieraz zdarza się nam zaobserwować pewne podobieństwo między człowiekiem a zwierzęciem. Mówi się, że ktoś ma „psią głowę”, „końską szczękę” i t. d. Z drugiej znów strony mówi się popularnie o cechach charakteru tego lub innego zwierzęcia. Uważamy lisa za chytrego, psa za wiernego i t. p. Z tych zapewne elementów, w połączeniu z pewnemi wierzeniami religijnemi, ludy starożytne tworzyły postacie pół-ludzkie a pół-zwierzęce. Wspaniałe postacie lwów z ludzkiemi głowami i skrzydłami, jakie spotykamy w sztuce assyryjskiej i babilońskiej, lub koni o brodatych, swoistą koroną nakrytych głowach, stanowią może najciekawsze tego przykłady.

Ta skłonność ludzka do puszczania wodzy fantazji w zakresie takich sztucznych tworów wyszła przedewszystkiem na korzyść poezji, literaturze i sztuce. Bo czyż nie jest cała mitologja grecka i rzymska jedynie wielką, wspaniałą, subtelną poezją? Czyż „Metamorfozy” Owidjusza, z historją o licznych fantazyjnych istotach, snujących się po pięknej, bezkresnej łące wyobraźni, zasianej przecudnemi, woniejącemi kwiatami, nie są przedewszystkiem dziełem poetycznem, zanim jeszcze nie stały się odzwierciedleniem wierzeń religijnych Rzymian? Czytamy w mitologji o syrenach, kuszących między przysłowiową Scyllą i Charybdą przepływających marynarzy, by ich następnie pogrążyć w odmętach morza, czytamy o centaurach, pół-koniach a pół-ludziach, o satyrach, odznaczających się wielką skłonnością do miłostek, czytamy o tylu innych cudownych stworach, że w końcu zaczynamy naprawdę wierzyć w ich istnienie.

A cóż dopiero powiedzieć o średniowieczu! Wszak czasy te, przesiąknięte ortodoksyjną wiarą, lubiły ucieleśniać wszystkie cechy charakteru ludzkiego, inklinacje, cnoty czy grzechy, w postaciach fantastycznych, a szukając na każdym kroku wpływu djabła, umiejscawiały go w różnych, w fantazji spłodzonych postaciach. Dosyć popatrzeć na cudne rzeźby katedry Notre Dame w Paryżu czy też w Chartres, St. Denis, Alençon czy gdzieindziej, aby zobaczyć duszę średniowiecznego człowieka. Te różne chimery, wykrzywione złośliwie, ze spiczastemi uszami, podobnemi do uszu, jakie malarze dają djabłu, te wszystkie syreny, pół-kobiety a pół-ryby, te dziwożony, harpje, gryfy, jednorożce — to wszystko symbole ludzkich skłonności, dobrych czy złych, to symbole ludzkiego życia.

Naokoło tych postaci tworzą się legendy, które w zmienionej nieco formie przetrwały do dziś i błąkają się w dalszym ciągu w licznych baśniach ludów europejskich. Jednorożec np., ulubiony temat rzeźby i malarstwa średniowiecznego, jest symbolem cnoty: broni on wdów, sierot, dziewic, a róg jego jest tak twardy, że zdoła on się tylko złamać na skale. Gryfy i harpje pilnują zaklętych księżniczek, smoki o kilku głowach stoją na straży zaklętych zamków, w których drzemie dziedziczka królestwa. Meluzyny i dziwożony to symbole niszczącego nieraz życie uroku kobiety, o której zresztą średniowiecze miało bardzo krytyczne wyobrażenie; czyhają na duszę mężczyzny, rycerza, który dopiero po przezwyciężeniu tego złego uroku otrzymuje nagrodę. Cały świat średniowieczny pełen był tych nadprzyrodzonych istot, co odbiło się też na sztuce ówczesnej. Człowiek żył z temi tworami za pan brat.

Niemniej ulubionemi były te tematy za czasów renesansu. Mityczne sceny z faunami, satyrami i bachantkami stanowiły dla niejednego malarza ulubiony temat. Dosyć przytoczyć Dürera, Rubensa, Van Dycka i tylu innych. Zależnie od charakteru malarza sceny te przybierały wyraz pogodny, jak u Rubensa, lub też np. u Dürera, Breughela odznaczały się jeszcze średniowieczną ponurością.

Ale również znacznie później, bo za naszych dni, mityczne i fantastyczne postacie stanowią ulubiony temat dla malarza. Taki Arnold Böcklin stworzył cały ogród zoologiczny, o ile tak się można wyrazić, ze swych fantastycznych istot, wśród których różne centaury, szepcące o zmroku w leśnych ustroniach z dziwożonami, wychylającemi się z rzek, meluzyny, wabiące przejeżdżających swym śpiewem, i wiele innych tworzą najciekawsze okazy. Żaden może malarz nowszych czasów nie umiał mitologji ująć tak ciekawie i tak pięknie, jak właśnie on. Wszak łąki jego pachną świeżością, jak świeżo skoszona trawa, lasy jego tchną głębią i tajemniczością, a cudne kobiety-syreny są tak ponętne, że dziwić się nie można tym, którzy dali się im usidłać.

I nasze malarstwo posiada człowieka, który zdołał wzbogacić zupełnie nowemi i oryginalnemi istotami ten zaczarowany światek. Jest nim genjalny Jacek Malczewski. Zarówno w cyklu „Zaczarowana studnia”, jak też w wielu innych swych dziełach ukazuje on nam tajemniczą kobietę-tygrysicę, o dziwnie kociej, jedwabistej miękkości i dziwnie kuszącym uroku. Łapy jej potężne, ciężkie, a jednak zwinne, zaopatrzone w duże pazury. Twarz jej nieraz przypomina twarz hożej dziewczyny, a mimo to posiada ona jakiś podstępny, złośliwy nieraz wyraz. Zjawia się ona wszędzie: siedzi na skraju drogi, którą idzie zmęczony życiem starzec, przypatruje się, jak chłopcy wiejscy podczas wybierania ziemniaków gotują sobie na prymitywnem ognisku strawę, nachyla się ona nad studnią, przy której pokrzepia się podróżny. Ta kobieta-tygrysica, to może symbol zwodniczych uroków kobiety, może to ucieleśnienie złośliwości ludzkiej egzystencji, może to jakaś aluzja polityczna? Kto to wie? Malczewskiego wielu już tłumaczyło na swój sposób, nie mogąc postawić kropki nad i. W każdym razie stworzył on wiekopomny typ fantastycznej istoty, którą wyposażył w arcybogaty, genjalny koloryt swego pędzla i swej pomysłowości. Mówiąc o symbolice w naszem malarstwie, trudno pominąć obraz Podkowińskiego „Szał”, będący również wytworem genjalnej, upiornej fantazji malarza.

I cóż dziwnego, że, mając takie możliwości ekspresji, tak bogate pole wyrażenia swych subjektywnych uczuć i nastrojów, malarz chętnie zapomina o realnym świecie i sięga do tego królestwa, które, niczem nie ograniczone, nie posiadające barjer i straży granicznej, jest bezkresnem polem, na którem można wyczyniać wszelkiego rodzaju harce — do tego królestwa, którego nie ma na mapie, ale które jest w naszej duszy — do królestwa Utopji.

Jan Maleszewski

Tygodnik AS nr 14, 2 czerwca 1935 (s. 18–19)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *