Nowela. John Mickey
Jak wiadomo, Szkoci nie odznaczają się zbytnią rozrzutnością. Możnaby to ująć nawet w postaci konkretnego twierdzenia, że są poprostu… skąpi. Bardzo skąpi. Nie szkodziło im to bynajmniej, a nawet wręcz przeciwnie, konta bankowe rosły jak na drożdżach, natomiast opinja publiczna coraz bardziej na nich ostrzyła swój dowcip, puszczając w świat niezliczone „kawały” o Szkotach.
Mr. Sandy O’Verlock, który wiódł purytański żywot w rodzinnym Edynburgu, nie skalał nigdy swej opinji najmniejszym choćby zbytecznym wydatkiem. Nie należał nawet do związku antynapiwkowego, który zawiązał się dwa lata temu w Edynburgu, a którego programem była walka z dawaniem napiwków kelnerom w kawiarniach, szoferom etc. etc. Mr. Sandy mawiał, iż sympatyzuje z akcją antynapiwkową, nie może atoli należeć do związku, w którym składka roczna wynosi całego szylinga, gdyż jego wydatki kawiarniane nie przekraczają jednego szylinga w ciągu roku.
Mr. Sandy O’Verlock na wieść o zorganizowaniu tygodnia rozrzutności, mającego zrehabilitować Szkotów, zapalił się do tej akcji i po krótkiej walce wewnętrznej oświadczył z dumą swym przyjaciołom i krewnym, że wyjeżdża na Rivierę, aby tam w ciągu propagandowego tygodnia przekonać cudzoziemców, że ta Szkocja, którą oni znali z anegdotek o skąpcach, wcale nie jest krajem jakichś obrzydliwych Harpagonów i że Szkot potrafi tak samo się bawić i wydawać pieniądze na lewo i prawo, jak pierwszy lepszy obywatel Francji, Anglji czy Stanów Zjednoczonych.
Kiedy poraz pierwszy znalazł się we wspaniałej sali gry w ruletę, z pewnością nikt nań nie zwrócił uwagi. Postawił 100 franków na rouge i wygrał; potem postawił na trzynastkę i znów wygrał. Wychodząc z Kasyna, miał przy sobie 20 tysięcy franków, wygranych w przeciągu niecałych trzech kwadransy. Oczy wszystkich były utkwione w chudej postaci Mr. Sandy’ego, który spokojnie układał banknoty w przegródkach portfelu i notował coś w małym notesie w ceratowej okładce z firmy „Paddy et Paddy, eksport skórek od sera”. Jakaś pani podbiegła do niego:
— Czy pan posiada jakiś system? Przegrałam właśnie ostatni tysiąc franków! Proszę pana o radę…
— Nie grać więcej! — odpowiedział krótko Mr. Sandy i pospiesznie opuścił Kasyno.
Następnego dnia znów siedział jakie trzy kwadranse i znów wygrał. Tym razem trzydzieści tysięcy franków. Ludzie z niedowierzaniem kręcili głowami. Od szeregu lat nie pamiętano takiego szczęśliwego gracza. Trzeciego dnia pomyślna passa Mr. Sandy’ego osiągnęła kulminacyjny punkt: siedemdziesiąt tysięcy franków! Mr. Sandy z takim samym, jak i pierwszego dnia, spokojem układał pieniądze w portfelu i wyciągał swój notes firmy „Paddy et Paddy”, gdy nagle podszedł do niego jakiś młodzieniec i, skłoniwszy się uprzejmie, rzekł:
— Szanowny pan proszony jest do biura Kasyna. Dyrektor pragnie z panem mówić.
Mr. Sandy O’Verlock wzruszył tylko ramionami i, nic nie odpowiedziawszy, udał się za nieznajomym młodzieńcem.
— Czy mam zaszczyt z Mr. Sandym O’Verlock? — zapytał siedzący za olbrzymich rozmiarów biurkiem otyły, niski pan z długą, czarną brodą.
— Do pańskich usług…
— Panie drogi! — zaczęła odrazu broda. — Pan mnie zrujnuje! Pan mi bank rozbije! Zlituj się pan, nie przychodź pan więcej do Kasyna! Dam panu dwa razy tyle, ile pan wygrał, ale niech pan…
— Nie ma pan prawa mi zabraniać wstępu do Kasyna! Płacę za wstęp tak samo, jak każdy inny gracz, no, a że szczęście mi sprzyja, więc cóż!…
— Ja potrafię panu zabronić! — pienił się apoplektyczny grubas, siedzący w wielkim ceratowym fotelu. — Nie chcę tego jednak uczynić! Proszę pana, wiem, że mnie pan zrozumie! Proponuję panu 240 tysięcy franków…
— Nie, panie dyrektorze, nie zgadzam się! Nie zgadzam się i żegnam!
Z głębi fotela odezwało się ciche westchnienie rozpaczy.
Mr. Sandy nie powrócił jednak do sali gry. Wyszedł z Kasyna i, pomimo iż w tej samej chwili z przed gmachu domu gry odjeżdżał autobus, Mr. Sandy skinął na stojącą opodal taksówkę. Kazał się zawieźć do małej, zacisznej kawiarenki, gdzie jadał od kilku dni śniadania. Znów wyjął swój ceratowy notesik i począł coś pisać. O tej porze kawiarenka była prawie pusta. Prócz stolika Mr. Sandy’ego tylko jeden pod oknem był zajęty; siedziała przy nim młoda dziewczyna, na którą zresztą nie zwrócił on uwagi. Zamówił sobie butelkę czerwonego wina i pił drobnemi łykami.
Młoda kobieta, siedząca przy stoliku pod oknem, wydawała się czemś zaniepokojoną czy zdenerwowaną. W pewnym momencie niechcący potrąciła filiżankę z kawą, która, spadłszy na podłogę, obryzgała jej suknię. Mr. Sandy podszedł do nieznajomej i począł ją uspokajać:
— Niech się pani nie martwi! Suknia napewno się nie zniszczy, a zresztą… — zawahał się chwilę i powiedział prędko: — kupię pani nową suknię!
I sam przeraził się tem, co przed chwilą powiedział. Przecież nigdy nic nie wiadomo; jeżeli to jest kobieta z towarzystwa, to go wyśmieje. Jeżeli nie — to może się zgodzić, a wtedy? Mr. Sandy, pomimo swych trzydziestu dziewięciu lat, dzielnie wytrwał w stanie kawalerskim. Nie orjentował się w sprawach mody kobiecej, gdyż z kobietami nigdy nie miał do czynienia. Wiedział tylko, że zagranicą kobiety strasznie dużo wydają na stroje… Ale… słowo się rzekło!
Młoda kobieta początkowo roześmiała się trochę dziwnie, czem Mr. Sandy poczuł się zażenowany; kiedy usiłował wytłumaczyć, że jest cudzoziemcem, że nie uczynił tej propozycji z chęci poniżenia jej, samotnej młodej kobiety, odpowiedziała:
— To, co panu powiem, zdziwi pana zapewne: propozycja pańska jest conajmniej ekscentryczna, ale ponieważ pan jest cudzoziemcem i nie znam pana zupełnie, przyjmuję ją. Wie pan, widziałam wczoraj u „Lucile” śliczną, gładką sukienkę z crêpe-mat, jest skromna i niedroga! Albo naprzykład ten komplet u „Jeana” z georgette jest prześliczny. Jeżeli pan chce, możemy go zaraz oglądnąć. Garçon, płacić!
Mr. Sandy O’Verlock i panna Gina Marinzoni zostali przyjaciółmi. Ale nad ich przyjaźnią, jak ciężka chmura, zawisła po trzech dniach konieczność wyjazdu Mr. Sandy’ego w związku z zakończeniem „Tygodnia rozrzutności”. W ciągu ostatnich trzech dni Mr. Sandy wymykał się stale przed południem i znikał na pół dnia. Ostatniego dnia uznał, że Gina byłaby doskonałym materjałem na żonę, i nieoczekiwanie oświadczył się o jej rękę.
Gina przyjęła jego propozycję ze zdumieniem i nagle nieoczekiwanie rozpłakała się, kiedy Mr. Sandy oświadczył jej, że musi jeszcze jeden raz pojechać do Kasyna.
— Pierwszego dnia wygrałeś dwadzieścia tysięcy, drugiego trzydzieści, a trzeciego siedemdziesiąt! — wyrzuciła przez łzy.
— Gino! Skąd ty o tem wiesz? Czyś była w Kasynie? — zapytał zdumiony.
— N… nie… to jest… ja… słyszałam — jąkała się.
— Gino! To mi się wydaje nieprawdopodobne! W tej chwili wszystko mi musisz wyznać! Więc znałaś mnie od pierwszej chwili mojego pobytu na Rivierze? Skąd masz takie dokładne informacje?
— N… nie, nie powiem, za nic na świecie! — szlochała dalej. — Jesteś wstrętny! Prosiłam cię, żebyś więcej nie jeździł do kasyna, a tyś mnie okłamywał! Straciłam wszystko! O, jaka ja jestem nieszczęśliwa!
Mr. Sandy patrzył na nią ze wzrastającem zdumieniem:
— Gino, ja absolutnie nic nie rozumiem! Dlaczego jesteś nieszczęśliwa? Dlaczego wszystko straciłaś?
— Dy… Dyrektor obiecał mi dziesięć procent od twojej wygranej przez pierwsze trzy dni, jeżeli mi się uda ciebie odciągnąć od przychodzenia do kasyna!
Mr. Sandy był wstrząśnięty.
— Ależ, Gino, ja wcale nie jeździłem do Kasyna! Robiłem tylko spacery po okolicy. No, uspokój się, maleńka, i pospiesz się z pakowaniem rzeczy, bo zostało nam pół godziny do odejścia pociągu! Ale, ale… Masz tu kartkę papieru i pióro i napisz do dyrektora Kasyna…
— Ja? Cóż ja mam mu napisać?
— Żeby wpłacił te twoje dziesięć procent na moje konto w Edinburgh-Bank Lt. Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy zrezygnować z twojej prowizji!
Sięgnął po słuchawkę i zatelefonował do portjera:
— Hallo! Tu Sandy O’Verlock, pokój 204 na trzeciem piętrze. Proszę zarezerwować dla mnie sleeping do Paryża! Dwie osoby! Może być trzecią klasą!…
Tygodnik AS nr 14, 2 czerwca 1935 (s. 9–10)