Dwa wjazdy triumfalne

Brygadjer Józef Piłsudski z płk. Sosnkowskim (po prawej) i płk. Roją (po lewej) w pochodzie do Katedry wawelskiej na uroczyste „Te Deum” z okazji ogłoszenia Królestwa Polskiego. Zdjęcie, dokonane w dniu 8 XI 1916 r.

U wrót Katedry żegnał Go w przemówieniu Prezydent Rzeczypospolitej… Stałem opodal, wpatrzony w ten przejmujący do głębi obraz i mimowoli odbiegłem myślami w przeszłość — jakże daleką, a jak dziś nam bliską…

W żałobnym, a jak triumfalnym orszaku wjeżdżała na Wawel w dniu 18 maja 1935 roku trumna z doczesnemi szczątkami Pierwszego Marszałka Polski i Wodza Narodu. Przed nią Książęta Kościoła w swych wspaniałych szatach liturgicznych i strzelistych infułach — za nią w czerni najbliższa Rodzina Zmarłego, Pierwszy Obywatel Rzeczypospolitej, przedstawiciele niemal wszystkich państw europejskich w kapiących od złota mundurach, potem Rząd, Sejm i Senat, imponujący korpus oficerski i niezliczone rzesze delegacyj — a na cokole pomnika Naczelnika w sukmanie — chłopi Ziemi krakowskiej…

Na wyniosłej wieży rozkołysał się Zygmunt stary, a serce jego zadrgało w olbrzymim spiżowym kielichu i poczęło wybijać takt żałobnej pieśni, która towarzyszyła królom naszym w ostatniej ich drodze na Wawel… Z głębi zamkowego dziedzińca zawtórował jej głuchy werbel bębnów żołnierskich… Wyciągnęły się szeregi stalowych hełmów…

Było to w roku 1916, w dniu 8 listopada. We wczesnych godzinach rannych kto żyw podążał na Wawel. W wspaniałym pochodzie ciągnęły ulicami Krakowa reprezentacje wszystkich stanów, by uczcić historyczną chwilę proklamowania Państwa Polskiego przez cesarzy Austrji i Niemiec. W pierwszych szeregach maszerowali legjoniści. Ustawiona w szpalerach ludność witała ich spontanicznemi wybuchami radości i entuzjazmu. Z okien kamienic raz po raz sypał się na ich głowy deszcz kwiatów.

A oni szli miarowym krokiem w swych szaro-niebieskich mundurach — prowadzeni przez Komendanta, co im od pierwszej chwili przewodził. I nie było chyba wówczas wśród tej wielotysięcznej rzeszy takiego, któryby nie wiedział i nie wierzył, że to oni właśnie, ich znojny żołnierski trud zdziałał ten cud, na który czekały pokolenia, że im tylko zawdzięczaliśmy „wspaniałomyślny” gest monarchów państw centralnych, jak również nagłe zainteresowanie się naszemi losami wschodniego sąsiada. Nikt też wówczas nie myślał, że chmury pojawią się jeszcze nieraz nad naszemi dążeniami państwowotwórczemi. Wszyscy mieliśmy serca i umysły przepojone wielką radością i z łzami w oczach witaliśmy kadry przyszłego wojska polskiego.

Jako uczeń V klasy gimnazjum Sobieskiego znalazłem się w delegacji sztandarowej, która zajęła miejsce na dziedzińcu przed wejściem do Katedry wawelskiej. Ztamtąd przypatrywałem się pochodowi, który niekończącym się wężem płynął poprzez bramy Wawelu na uroczyste „Te Deum”. Nagle morze głów zafalowało… O mury uderzyły gromkie okrzyki i odbite wielokrotnem echem runęły ze wzgórza. Nam, młodym chłopcom, serca żywiej zabiły; wyprężyliśmy się na baczność w oczekiwaniu Tego, o którym tak często wówczas mówiło się w klasie… I wreszcie!

Pod sklepieniem bramy Władysława IV ukazał się Brygadjer Józef Piłsudski. Z marsową miną szedł w otoczeniu swych oficerów, płk. Sosnkowskiego, Roji i innych. Proste ich mundury, na których nie błyszczał jeszcze żaden krzyż ani gwiazda; utrudzone, a jednak jakby natchnione oblicza stwarzały wokół ich postaci ów nieokreślony fluid, który zmuszał nawet obcego uczuciem i myślami człowieka do nagłego, niepohamowanego entuzjazmu.

Wpatrzeni w postać Komendanta, zapomnieliśmy o całym świecie. Dopiero głos mego ojca, który jako ówczesny prezydent miasta prowadził pochód, wyrwał mnie z zadumy. Odwołany przez niego, dostałem się do Katedry i tam po raz pierwszy w życiu znalazłem się w pobliżu Komendanta, nie przeczuwając, że jeszcze tego samego dnia zobaczę Go po raz drugi.

Oto po uroczystem posiedzeniu rady miasta z udziałem przedstawicieli całego społeczeństwa krakowskiego, jakie odbyło się wówczas w południe na ratuszu, ojciec mój wydał wieczorem na cześć Brygadjera Piłsudskiego i Jego oficerów raut w salonach pałacu Larischa. Już przy obiedzie, gdy wróciliśmy z Wawelu, matka moja pod nieobecność ojca wtajemniczyła mnie i starszą siostrę w szczegóły przyjęcia, w którem i nam, młodym, przypaść miała skromna rola w udziale. Z radości nie wiedziałem, co mam najpierw robić. Czy biec do fryzjera, czy przygotować ubranie, czy wkońcu pognać do kolegów i zwierzyć im się z zaszczytu, który dzięki kochanemu ojcu miał mnie spotkać tego wieczoru. Pamiętam, jakby to dziś było, że po wielu perypetjach domowych zdążyłem pobiec do Kusesnika, który miał sklep z odznakami wojskowemi i gimnazjalnemi, i kupiłem dwa nowe paski na kołnierz mego munduru. Potem wpadłem w wir domowych przygotowań, w których może więcej przeszkadzałem, niż pomagałem. Aż wreszcie nadeszła wielka dla mnie chwila.

Ojciec zawezwał mnie do swego gabinetu razem z siostrą i nie znalazłszy żadnej usterki w naszych strojach, dał mi na kartce tekst krótkiego przemówienia, które przy wręczaniu kwiatów Komendantowi miałem wypowiedzieć. Wyznaczył mi pół godziny na nauczenie się go na pamięć, a gdy zdałem ten wyjątkowy egzamin pomyślnie, sprowadził nas z wybiciem godziny 8-mej w dół klatki schodowej, gdzie zebrało się już mnóstwo osób w paradnych mundurach, kontuszach i frakach.

Wtem od strony ulicy doleciał nas gwar pomięszanych głosów. Wiedziałem, że zbliża się decydująca chwila i wszystko we mnie zamarło. Mogę śmiało się przyznać, że takiej tremy nie miałem nawet wówczas, gdy jako 9-letni brzdąc grałem na fortepianie przed mistrzem Paderewskim podczas jego wizyty u rodziców w r. 1910. Ale już w momencie, gdy Brygadjer Piłsudski stanął przedemną i Jego marsowe oblicze przyoblekło się w pogodny uśmiech, odzyskałem odwagę, której dodawała mi matka spojrzeniem, i wymówiłem szczere słowa powitania, a siostra wręczyła Komendantowi kwiaty. Podziękował, serdecznie nas uścisnąwszy, i prowadzony przez ojca wszedł na górę do salonów, gdzie na jego przybycie czekała już elita miasta.

Nam, dzieciom, nie pozwolono na przekroczenie progów tej „bajki” i tylko mój młodszy brat, którego pomysłowość zawsze mi imponowała, wśliznął się niespostrzeżenie pod jeden ze stołów bufetu w jadalni i tam, ukryty pod obrusem zwisającym do ziemi, brał niemy udział w przyjęciu tak długo, dopóki go nie odkrył kamerdyner i nie odprowadził do pokoju sypialnego.

Dopiero późnym wieczorem, gdy skończyła się oficjalna część rautu, ojciec przyszedł do nas i powiedział, że Brygadjer Piłsudski chce nas raz jeszcze zobaczyć. Zastaliśmy Go siedzącego w gabinecie ojca przy biurku, otoczonego gronem członków Koła Polskiego i opowiadającego dzieje pierwszych bojów legjonowych. Oparty o ścianę wsłuchiwałem się w Jego mocne, żołnierskie słowa, które w niezwykle obrazowy sposób odmalowywały niejedną historyczną chwilę. Biła z nich niespożyta energja, która wprost hipnotyzowała słuchaczy, a równocześnie niecodzienna prostota, zjednująca Mu serca dojrzałych i nas, dzieci.

Przez chwilę zatrzymał się przy jakimś problemie strategicznym i wówczas to kazał mi go rozwiązać jako wojskowe zadanie, bo przecież nie nadarmo brałem udział w szkolnych manewrach gimnazjów krakowskich, zasiadając w sztabie oddziałów kochanego „Sobka” (gimn. im. Sobieskiego. Przyp. red.). Tymczasem późna pora nocna, przebyty dzień pełen wielkich wrażeń, no i nowa, wyjątkowa emocja sprawiły, że szło mi jak z kamienia. Komendant dobrotliwie ujął mnie za rękę, wytłumaczył zawiłe kwestje i na pożegnanie wymówił następujące słowa, które zachowałem na całe życie:

— Życzę ci, chłopcze, byś wnet doczekał się razem z nami wolnej i zjednoczonej Ojczyzny!

* * *

W kilka dni potem znalazłem się przed teatrem Słowackiego, gdzie miało się odbyć uroczyste przedstawienie „Kościuszki pod Racławicami”. Na długo przed początkiem tłumy publiczności zaległy plac św. Ducha i ul. Szpitalną w oczekiwaniu Tego, który był na ustach całego miasta. Jarzący się od świateł gmach teatru, co chwilę zajeżdżające pod niego ekwipaże, z których wysiadały grupy wystrojonych pań i panów — wszystko to stwarzało wyjątkowy, uroczysty nastrój.

Nagle od strony rynku doleciała pieśń… Początkowo cicha — potężniała w miarę, jak zbliżał się do nas tłum, który ją śpiewał. W pośrodku niego, w powozie obsypanym kwieciem, z którego wyprzęgnięto konie, rozentuzjazmowana młodzież ciągnęła Komendanta w triumfalnym pochodzie do teatru. A ojciec mój, który tymczasem nadjechał z przeciwnej strony i stojąc w swym ekwipażu obserwował tę porywającą scenę, rzekł do mnie z przejęciem:

— Patrz dobrze! To już chyba budzi się wolna Ojczyzna!

Poraz drugi tego wieczoru manifestowano na cześć Brygadjera Piłsudskiego w teatrze, gdy na pauzie między aktami przeszedł On z loży ojca do ubranej kwiatami loży swych oficerów. Potem moment przysięgi Kościuszki na rynku krakowskim, podczas której Solski, odtwarzając postać Naczelnika, stał zwrócony w stronę Komendanta. Pamiętam tę chwilę, jakby to dziś było… Przejmujący werbel bębnów żołnierskich… uroczyste słowa, padające w ciszę teatru… a potem: „Jeszcze Polska nie zginęła…”

* * *

Wtem głuchy huk armat wstrząsa murami Wawelu — przywraca mi świadomość rzeczywistości. W żałobnym, a jak triumfalnym pochodzie znoszą zwłoki Pierwszego Marszałka Polski do podziemi, gdzie śpią snem wiecznym najlepsi Synowie Ojczyzny… Na dziedzińcu stoją oddziały naszej wielkiej armji. Pada komenda: Prezentuj broń! Jak struna wyciągają się stalowe szeregi — pochylają okryte w bojach chwałą sztandary… I pod strop niebieski bucha melodja potężna: Jeszcze Polska nie zginęła… Wtóruje jej głos wielkiego dzwonu, zagłuszony honorową salwą artylerji.

Patrzę na chorążego, który w swych rękach dzierży pierwszy sztandar. Łza lśni w jego oku, a wzrok biegnie przed front kompanij… tam, gdzie żołnierskie jego serce wyczuło obecność ducha Wielkiego Wodza, który odbiera swą ostatnią, pośmiertną defiladę…

Kraków, dnia 18 maja 1935 r. — Juljusz Leo

Tygodnik AS nr 13, 26 maja 1935 (s. 6–7, 30)

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *