Nowela myśliwska. — Zygmunt Jordan.
Jeszcze nie przebrzmiały echa obławy wilczej, wspomnień ośnieżonych borów i zasypanych wiosek, a tu już wiosna puka do okien, szczelnie na zimę zaopatrzonych. Niewiadomo skąd — przyszła o wieczorze, zahuczała wichrem, zadzwoniła w szyby ciepłym deszczem, noc całą srogi, wichrowy bój toczyła ze starą, nieustępliwą zimą, aż na rano wkroczyła zwycięska, przy wtórze szumu potoków, co zewsząd runęły przez pola i drogi, dążąc spiesznie, aby z biegiem rzek zanieść wieść radosną na północ, ku morzu…
A dopiero wczoraj była zima…!
W kuchni stoi gajowy i uśmiecha się siwemi oczyma, choć twarz ściąga w poważny, służbisty wyraz.
— One już dni kilka próbowały tokować, panoczku; ot i dzisiaj zagrały dobrze! Znaczy się: Wiosna już jest! Budę ja już onegdaj poprawiwszy, drzewo na opał przygotowane dawno — tylko jechać!
Chce się biec i krzyczeć z radości; w głowie szumi od tej wieści, jak po winie! Wymarzone, wyczekane toki głuszcowe już się zaczęły! To największe, najbardziej tajemnicze misterjum puszczy!
Uciążliwym jest marsz kilometrowy z bagażem, po bagnie, którego spód jest miejscami zamarznięty, że woda sięga zaledwie do pół łydki, a miejscami nogi natrafiają na łamiącą się skorupę lodu i wtedy wpada się do pół uda, a czasem i głębiej… I choć nie takie trudy zniosłoby się radośnie dla osiągnięcia wymarzonego celu, to jednak widok budy i wesoło trzaskającego ogniska wprawia myśliwego w błogi stan lenistwa i zadowolenia. Ściąga się z nóg wszelkie skórzane i sukienne obsłonki, które gajowi wieszają nad ogniem dla wysuszenia.
Gdzieś tam na szerokim świecie ludzie biegają za swemi zawiłemi interesami, chodzą sekwestratorzy, ktoś ma weksle jutro płatne, ktoś ustanawia rekord w ping-pongu, ktoś plajtuje, kogoś samochód rozjechał szpetnie, megafony ryczą, fabryki strajkują, a wszystko to razem nazywa się… „postęp”…
Tutaj jest zacisznie, urzędowej czapki nie zobaczysz, o… nie! Tu jest zacofanie, prymityw, cudny, niezastąpiony prymityw!
Trzeba się wygrzać przy ognisku… niedługo słońce zajdzie, pójdziemy na zapady, aby sobie „zasadzić” głuszca na ranek.
Dokoła bagno, porośnięte karłowatą sosenką i mchem bagiennym, „sphagnum”, który wydziela zapach specyficzny, znany tylko temu, kto choć raz brodził po rojstach i bagnach Wileńszczyzny czy Polesia.
Słońce skryło się za las, ptaki uciszają się, tylko gdzieś od łąk dochodzi bulgoczący głos cietrzewiego toku, a między drzewami chrapnęła słonka, przemykając tuż obok ukrytego myśliwca lotem błędnym i cichym, podobnym do lotu sowy. Natura milknie pomału, tylko na mszarze bełkocze wciąż cietrzew, a opodal zakwakała kaczka dzika, wzywając niecierpliwie kochanka.
Wtem rozległ się w górze świst piór, jakiś ogromny cień przeleciał nad lasem i w parę sekund głośny łopot skrzydeł, jakby daleki strzał, rozszedł się echem po moczarze.
To głuszec zapadł o paręset kroków na jedną z sosen, by skoro świt, na tej samej gałęzi wyśpiewać swą pieśń miłości i… może śmierci…
Łowca wycofuje się ostrożnie w stronę obozu. „Zasadził” swą ofiarę…
Już dobrze ciemno jest w lesie, gdy wracający z zapadów myśliwi i gajowi gromadzą się przy ognisku, aby pokrzepić się gorącą herbatą, coś przekąsić i zażyć kilka godzin snu przed polowaniem. Gawęda wkrótce się urywa, tylko jeden z gajowych pozostaje na straży przy ognisku. Reszta owija się w koce i futra, by po chwili zasnąć zdrowym, kamiennym snem pierwotnych mieszkańców puszczy.
Przeciągły krzyk żórawi jest hasłem do wstawania. Kubek gorącej herbaty działa ożywczo na wyziębiony nocą organizm. Za chwilę grupka myśliwych z gajowymi posuwa się w ciemności ku moczarom.
Tokowisko jest odległe o kilkaset kroków, więc zrazu idzie się bez zachowania ostrożności. W miarę zbliżania się milkną głosy, nogi ostrożnie stąpają, szukając oparcia na kępkach mchu. Wreszcie u zbiegu dwóch ścieżek grupka przystaje, rozdziela się i po dwóch, myśliwy z gajowym, zanurzają się w las. Idą na wczorajsze miejsca zapadów, by stąd zacząć najpiękniejsze i najtrudniejsze zadanie myśliwskie — podchodzenie grającego głuszca.
Tyk’yt — — tyk’yt — — — tyk’yt — — tykytyky-tykytykytryrrrs — — —
— Gra!…
Tyk’yt — — — tyk’yt — — tyk’yt — — tyk’yt — tykytykytykytrrrr — Sszszczszfsztsz…
— Dobrze gra!
Z głębi lasu dochodzą te dziwne tony, niepodobne do żadnej ptasiej pieśni, raczej, jakby ktoś zrazu uderzał dwoma drewienkami o siebie, a potem puszczał ognie sztuczne, tak zwany młynek, szumiący i syczący przy każdym obrocie. Ale właśnie dlatego pieśń głuszca jest atrakcją; jej niesamowitość pociąga, zdumiewa i nastraja.
Podchodzenie głuszca, jak wogóle myśliwstwo, to nie sport, to nawet więcej, niż polowanie… to misterjum, to nabożeństwo jakieś pogańskie, pełne czaru i uroku pierwotności. Kto raz posłyszał tę pieśń, a niema duszy giełdziarza, ten zawsze w porze toków będzie się w mieście źle czuł, ten nie uspokoi się, aż stanie o brzasku wiosennym pod sosną, z której spływać będą ku niemu kaskady dziwnej, drewnianej, a jednak wspaniałej, zachłystującej się wiosną i miłością pieśni…
— Tyk’yt — — — (stać bez ruchu!) Tyk’yt — — tyk’yt — — tyk’yt (ani drgnienia!) tykytykytrrrr — — (Napięcie mięśni, wzrok pod nogi!) — Sszszczfsztszczf — — — (Hop! — hop — hop!).
Dwa — trzy szerokie kroki i znowu stać, jak mur! Głuszec tylko w ciągu paru sekund szlifowania, t. j. syczącej części swej pieśni, głuchnie zupełnie i przymyka oczy. Poza tem jest najczujniejszym i najostrożniejszym z ptaków!
Dwa cienie posuwają się powoli w stronę, skąd pieśń dochodzi, przystają, znowu wykonują parę nieprzytomnych skoków i znów przystają. Wreszcie pieśń staje się wyraźna, głuszec jest gdzieś tuż — blisko, któraś sosna kryje wśród gałęzi cenną zdobycz, ale mrok nie pozwala jeszcze dokładnie odróżnić ptaka od zagęszczeń igliwia. Rozgorączkowany wzrok przebiega kolejno wszystkie sosenki, strzelba drży w dłoni, jeden skok pod małą sosnę i naraz…
O kilkanaście kroków, na gałęzi, zwrócony bokiem, gra swą zwrotkę wspaniały pieśniarz, rozpuściwszy skrzydła wdół i rozwinąwszy wachlarz… Opuszcza głowę, to ją wznosi wgórę, aż staje się smukły i wyciągnięty, i syczący ton szlifowania rozchodzi się wokoło, a szary, mglisty brzask wiosenny tłumi echo tego miłosnego szeptu zachwycenia…
Długo patrzy myśliwy, urzeczony tym rzadkim widokiem, aż wkońcu podnosi broń, brutalny huk strzału rozdziera ciszę i dostojny śpiewak, złamany wpół, wali się z łopotem na mech…
Dźwięczny klangor żórawi jest mu ostatniem pożegnaniem puszczy…
Tygodnik AS nr 5, 31 marca 1935 (s. 9–10)