Lifar w Polsce

Sergjusz Lifar, as francuskiej sztuki choreograficznej, w jednej ze swych najbardziej efektownych póz tanecznych. (Studjo „Piaz” — Paryż)

Od wielu lat wszystkie stolice świata rozbrzmiewają peanami zachwytu na cześć Sergjusza Lifara, genjusza tańca.

Obecnie powitaliśmy go w Warszawie. Komu i czemu zawdzięczamy przyjazd Lifara do Polski? Karolowi Szymanowskiemu i jego „Harnasiom”.

Lifar przygotowuje tańce w „Harnasiach”, których premjera w paryskiej operze ma się odbyć już w maju. Lifara zaprosił Szymanowski do siebie do Zakopanego, gdzie mu pokazał nasze góry, górali, ich tańce, stroje i obyczaje, jednem słowem to wszystko, z czego wyrosły, na czem się opierają „Harnasie”, do których przygotowała kostjumy i dekoracje Zofja Stryjeńska.

Wielka Opera Paryska ma wystawić na wiosnę prapremjerę „Harnasiów”. Sergjusz Lifar jest od pięciu lat baletmistrzem Opery Paryskiej. Jemu więc przypadnie w udziale pierwsze opracowanie taneczne tego baletu. Aby poznać tańce zbójnickie, pojechał na zaproszenie Szymanowskiego do Zakopanego, by studjować tańce naszych górali na miejscu. Ambasada polska w Paryżu pragnęła uczcić go, zapraszając na występ w Warszawie. Ze względu na te starania francuskie Ministerstwo Sztuk Pięknych zezwoliło Lifarowi w drodze wyjątku na jeden występ w Warszawie.

Jak się okazało, bawił w Warszawie już nie po raz pierwszy. W jakich okolicznościach poprzednio? I jak doszedł do takiej sławy? Opowiada nam o tem w sposób następujący:

— Urodziłem się w Kijowie w burzliwym roku 1905, jako syn urzędnika państwowego, pochodzącego z zamożnej niegdyś rodziny ziemiańskiej.

— Podobno w żyłach pańskich płynie również krew polska? — przerywamy.

— Dokładnie tego nie wiem, ale coś takiego musiało być, bo gdy w roku mego urodzenia włościanie spalili dwór mojego stryja, spłonęła między innemi wielka i bardzo cenna bibljoteka książek polskich…

Opowieść toczy się dalej:

— Urodziłem się w czasie burzy i w czasie jej trwania dojrzewałem. Jako kilkunastoletni młodzieniec szalałem w latach wojny i rewolucji, zaciągając się ochotniczo do wojska białego i czerwonego naprzemian, więcej porywany pędem wyładowania energji, niż ideowością. Aż tu pewnego dnia koleżka powiedział mi: „Chodź, pogapimy się na ładne dziewczynki!” i zaprowadził mnie do… szkoły baletowej, gdzie wykładała wówczas Bronisława Niżyńska (siostra wielkiego Wacława, mego niedoścignionego wzoru i ideału). Tu zaznałem nagle olśnienia. Poczułem, że taniec artystyczny musi się stać treścią mego życia. Rzuciłem wszystko i wbrew straszliwym sprzeciwom rodziny wstąpiłem do szkoły Niżyńskiej.

— Niżyńska wnet ją opuściła, emigrując zagranicę. Została baletmistrzynią we Wiedniu, a potem u Djagilewa w Paryżu. Po dwóch latach wezwała do siebie pięciu uczniów kijowskich. Jednego z nich ja zastąpiłem. Pojechałem…

— Tu zaczyna się moja tragedja. Miałem niebywałe trudności przy przekraczaniu granicy. Aresztowano mnie. Uciekałem! Znów łapali. Już — już miałem być rozstrzelany… Cudem wydostałem się z tego piekła, przybywając do Warszawy i tu… wpadłem z deszczu pod rynnę…

— Jakto? Tu przecież chyba pana nie rozstrzeliwano, ani nie więziono?

— Gorzej… pozostawiono mnie samemu sobie… Bez grosza przy duszy!… bez paszportu. A cóż znaczy człowiek bez paszportu? Niech pan sobie wyobrazi, że w banku leżały dla mnie pieniądze, przysłane mi na podróż przez Djagilewa, ale nie mogłem ich podjąć, nie mając najmniejszego dowodu osobistego. Mój wygląd obszarpańca (zostałem na granicy przez sowieckich żołnierzy ze wszystkiego ograbiony) nie wzbudzał najmniejszego zaufania. Mieszkałem… na ławce w al. Ujazdowskiej, lub w ogrodzie Saskim. Jedynem mojem pożywieniem całodziennem była wyproszona bułka, lub kawał czerstwego chleba. Noclegi gdzieś na Nalewkach, czterdzieści osób w dusznej piwnicy… Byłem u kresu rozpaczy. Coprawda, przybyłem z kraju nędzy. Ale tam cierpieli wszyscy. Tu zaś, patrząc na przepych pałacyków al. Ujazdowskiej, widząc przez okna bale, choinki… wydałem się sobie taki nędzny, ja, tułacz bezdomny, przecież też lepsze czasy pamiętający… Mijały długie tygodnie… Kilkakrotnie byłem bliski samobójstwa. Byłbym je popełnił, gdyby wreszcie pewni państwo nie zajęli się mną i nie dopomogli do otrzymania paszportu. Do dziś dnia mam polski paszport… Odrazu otrzymałem pieniądze i pojechałem… Wszystkie moje męki i udręki opiszę w książce, która ukaże się niedługo…

Gdy tylko Lifar dostał się do Djagilewa, wszystko poszło gładko, więcej nawet. Nikt jeszcze tak szybko nie stąpał po szczeblach karjery artystycznej. Jako 15-letni chłopiec zaczął się uczyć tańca, jako 20-letni już podbił cały świat, jako 25-letni został baletmistrzem Opery Paryskiej, a gdy ma zaledwie 30 lat, jest już u szczytu sławy. Jest cały przepojony tanecznością, rytmem i teatrem tylko żyje. Wszedł w stare mury Teatru Wielkiego i nie chciał z nich wyjść… A gdy patrzał na ćwiczenia naszego zespołu baletowego, mówił, że mu serce rośnie na widok zwłaszcza małych dziewczynek, zaprawiających się w kunszcie tanecznym.

Miał przyjechać z partnerką, ale przybył ostatecznie sam. Na nasze pytanie w tej sprawie odpowiedział:

— Ja miałbym tu przywozić tancerkę? Przecież wy tu macie najzdolniejsze siły taneczne świata. Stąd się najwyżej wywozi, jak to czynił zawsze Djagilew.

Jako partnerki wybrał sobie trzy gracje zespołu Teatru Wielkiego: Barbarę Karczmarewiczównę, Antoninę Nawiecką oraz dwukrotną laureatkę konkursów międzynarodowych — Sławską. Podobały mu się także w sposób specjalny Jadwiga Hryniewiecka i Ola Glinkówna, które specjalnie oklaskiwał. Powiedział:

— Z takiemi talentami, jak macie w zespole, podjąłbym się zawojować cały świat. Zbladłyby dawne „ballets russes” (które zresztą składały się niemal wyłącznie z elementu polskiego) wobec „ballets polonais”. Zajmijcież się tem wreszcie!… Trudno o lepszą propagandę…!

Oby ten zew nie przeminął bez echa…

Tygodnik AS nr 1, 3 marca 1935 (s. 31–32)

Udostępnij ten artykuł